Legenda koszykówki. Na koszykarskich balach już do końca życia będzie sadzany tuż obok Charlesa Barkleya, Karla Malone’a, Johna Stocktona czy Steve’a Nasha. W gronie graczy tyleż wybitnych, co połączonych jedną dokuczliwą skazą: brakiem mistrzowskiego pierścienia. Przekrzykiwaliby się pewnie przez stół, tłumacząc co, jak i dlaczego. Że Jordan, że kontuzje, że słaby zespół, że trener, że pech... Długo wierzył, ale w końcu odpuścił. Chris Paul zdecydował o zakończeniu kariery. Nathaniel Jones był pierwszym Afroamerykaninem, który otworzył stację benzynową w Karolinie Północnej. Wszyscy w Winston-Salem i okolicach nazywali go „Papa Chili”. Uprzejmy, życzliwy, często dawał „na kreskę” – nawet wtedy, gdy wiedział, że nigdy nie doczeka się zwrotu. To przy nim, ukochanym dziadku, „najlepszym przyjacielu”, życia uczył się mały Chris. Niepozorny blaszak był jak drugi dom. Wraz ze starszym bratem, CJ-em, spędzali tam długie godziny: bawiąc się, pomagając na kasie, obsługując dystrybutor czy wymieniając opony w autach.Gdy Paul został gwiazdą koszykówki w liceum West Forsyth, dziadek pękał z dumy. Wszystkim klientom opowiadał, że „dziś zamyka wcześniej, bo musi zobaczyć w akcji ukochanego wnuka”. Nie przegapił żadnego meczu. Nie krytykował, nie wypominał błędów. Taką miał naturę: zawsze uśmiechnięty, zawsze szukał jasnych stron.14 listopada 2002 roku był jednym z najszczęśliwszych dni w domu Paulów. 17-letni Chris, kuszony ofertami z rozmaitych uczelni, zdecydował się pozostać blisko rodziny: wybrał grę dla „Demon Deacons” z Wake Forest University. To dumny „Papa Chili” jako pierwszy wsunął mu na głowę uniwersytecką czapkę. Zawsze wróżył wnukowi wielką karierę. Nie wiedział tylko, że nie będzie mu dane przeżywać jej z bliska.Kilkanaście godzin po rodzinnej uroczystości głowę 61-letniego Nathaniela Jonesa zajmowały już domowe sprawunki. Po skończonej pracy kierował się jak zwykle w stronę Moravia Street w dzielnicy Belview. Zaparkował wysłużonego białego vana, wyjął torbę z zakupami i nim zdążył obrócić się w stronę drzwi, padł uderzony w głowę. Napastnicy zakleili mu usta taśmą, po czym, jak w amoku, zaczęli bić i kopać. Ciosy spadały nawet wtedy, gdy stracił przytomność. Jak ustalono niedługo później: zmarł na atak serca. Z miejsca zbrodni zginął tylko portfel.Sprawa wkrótce nabrała ogólnokrajowego rozgłosu. Pogrążony w żałobie Paul, którego z trybun wspierała rodzina i przyjaciele, niedługo po pogrzebie rozegrał najlepszy mecz w karierze. Zdobył 61 punktów – po jednym za każdy rok życia dziadka. Na dwie minuty przed końcem, gdy licznik wybił 59 „oczek”, wszedł pod kosz i trafił za dwa z faulem. Celowo spudłował rzut wolny, po czym – zalany łzami – padł w ramiona wzruszonego ojca. O nastolatku, który w niezwykły sposób uczcił pamięć dziadka, przez kilka dni mówiła cała Ameryka. – Gdy leżałem na parkiecie po faulu, czułem, że to wszystko mnie przytłacza. Wiedziałem, że to chwila, której nie zapomnę do końca życia. Nigdy. Mógłbym wtedy umrzeć i iść do nieba – opowiadał dziennikarzom. – Wierzę, że to wszystko sprawi, że będę silniejszy. Wciąż jest mi ciężko, wciąż bardzo przeżywam jego śmierć – mówił wzruszony. – Dziadek zrobił tak wiele dla naszej rodziny. Tak trudno iść naprzód bez niego... Jestem mu wdzięczny za wszystko i nigdy go nie zapomnę.Prezent od BogaGdy miał dziewięć lat, był rozgrywającym dziecięcej drużyny futbolowej, która grała o mistrzostwo kraju. Długo dowodził również na parkiecie, aż na przeszkodzie stanął mu... wzrost. Jako 14-latek miał zaledwie 152 cm. Trener lokalnej drużyny często sadzał go więc na ławce, dając szansę znacznie bardziej wyrośniętym chłopcom. Co rusz słyszał, że jest za niski na koszykówkę, choć zdobywał najwięcej punktów i wyróżniał się w każdym meczu. – Bardzo nie lubiłem nie grać. Nie będę nikogo oszukiwał: jako rezerwowy byłem wrzodem na d... – mówił dziennikarzowi „Sports Illustrated”. Ojciec, Charles, mierzył 180 centymetrów. Pewnego dnia młody Chris przyszedł do niego z pytaniem, co może zrobić, żeby urosnąć. Ten rozłożył ręce. – W tym nie mogę ci pomóc. To sprawa między tobą a Bogiem. Od tego czasu, przez kilka lat, Paul codziennie wieczorem padał na kolana i prosił w modlitwach o „kilka centymetrów więcej”. – Pewnego dnia – wspomina mama na łamach „Sports Illustrated” – wszedł do kuchni, spojrzał na mnie z góry i powiedział: „wreszcie cię mam”. Miał wtedy 16 lat.– Wiedziałem, że Boga nie poniesie fantazja i nie będę miał ponad dwóch metrów. Dał mi wystarczająco, żebym sobie poradził. Wystarczająco, czyli 184 centymetry.Nie taki święty– Myślę, że jest jednym z tych cudownych dzieciaków, z których potem wyrastają wybitni pianiści lub genialni matematycy – mówił o Paulu Leonard Hamilton, trener zespołu Florida State, zachwycony stylem gry młodego zawodnika. – Nie sądzę, żebym kiedykolwiek spotkał tak opanowanego człowieka w tak młodym wieku. – Wielu rozgrywających potrafi zdobywać punkty, taki mamy teraz trend – mówił kilka miesięcy przed draftem w 2005 roku jeden ze skautów NBA. – Paul również potrafi, ale nawet jeśli tego nie robi, wciąż może pomóc ci wygrać. To różni go od innych. Czasem woli podać piłkę między szparę wielkości dziurki od klucza niż samemu oddać rzut. Podejmuje niemal wyłącznie dobre decyzje. Zawsze z myślą o drużynie. Przewodniczącym liceum został już jako drugoroczniak. Kilka lat później zajmował się organizacją balu maturalnego, który odbywał się w dniu meczu o mistrzostwo stanowe. Wstał wcześnie rano, pomógł w dekorowaniu sali, upewnił się, że wszystko jest na miejscu, po czym ruszył do Charlotte, poprowadził zespół do wygranej, wrócił, lekko spóźniony odebrał partnerkę i bawił się aż do świtu.Gdy kończył studia, trener zespołu uniwersyteckiego powiedział, że „nawet gdyby nigdy nie zdobył punktu dla naszej drużyny, Wake Forest i tak byłoby lepszym miejscem dzięki jego obecności”. Angażował się w każdy aspekt życia uczelni, brał na siebie mnóstwo obowiązków i ze wszystkich wywiązywał się wzorowo. To typ naturalnego lidera: człowieka, którego wszędzie pełno, który przyciąga charyzmą i sprawia, że wszyscy dookoła słuchają jego poleceń. Wiele wymaga, ale zawsze najwięcej od siebie.Był trudnym dzieckiem. Nie znosił sprzeciwu, wszystko zawsze musiało iść po jego myśli. Z dwa lata starszym bratem rywalizowali tak intensywnie, że mama musiała urywać się z pracy, by nie zrobili sobie krzywdy. Nawet jako gwiazda drużyny uniwersyteckiej, gdy grał dla zabawy z 11-letnim kuzynem, nie pozwalał mu wygrywać. Nigdy.– Tak już mam – tłumaczy, rozkładając ramiona.Choć w drafcie wybrali go New Orleans Hornets, z powodu zniszczeń spowodowanych przez huragan Katrina pierwsze dwa lata spędził w Oklahomie. Szybko stał się jednym z najlepszych koszykarzy ligi i lokalnym bohaterem. W Winston-Salem, Nowym Orleanie i wielu innych miastach założył łącznie kilkanaście różnych fundacji. Dzieciakom w rodzinnym mieście do dziś przyznaje stypendia imienia nieodżałowanego dziadka. Co roku organizuje imprezy charytatywne, na które zaprasza największe gwiazdy świata muzyki i sportu.I choć na co dzień ma „złote serce”, z piłką w rękach staje się prawdziwą bestią. Nieznośny, nienawidzący przegrywać, Paul ma na parkietach NBA wielu wrogów. Lista jego „brudnych” akcji powiększa się z sezonu na sezon, a czterominutowa kompilacja oddaje tylko małą część tego, co zdarza mu się wyprawiać wieczór w wieczór.Pomimo tego, od 2013 roku pełnił rolę prezydenta Stowarzyszenia Koszykarzy NBA. Około czterystu milionerów z wybujałym ego właśnie jemu powierzało jedną z najważniejszych funkcji w świecie zawodowego sportu. Wcale nie dlatego, że był miły. Wcale nie dlatego, że robił wszystko, o co go poprosili. Każdy z nich wiedział jednak, że ich los jest w dobrych rękach. Paul dawał im spokój i bezpieczeństwo. Jak kolegom na parkiecie.Skazany na porażkę?Gdy mówi, że w NBA widział i przeżył wszystko, nie przesadza. Zmęczony brakiem perspektyw w Nowym Orleanie, był jedną nogą w Los Angeles Lakers, gdzie u boku Kobe’ego Bryanta miał sięgnąć po upragnione mistrzostwo. Ponoć podekscytowany rozmawiał właśnie z nowym kolegą przez telefon, obmyślając kolejne ruchy, gdy dowiedział się, że komisarz NBA... zablokował transfer. Paul wylądował co prawda ostatecznie w Kalifornii, ale jako gracz „wrogich” Clippers.Towarzystwo Blake’a Griffina i DeAndre Jordana, przynajmniej w teorii, dawało gwarancję walki o najwyższe cele. Wszystko poszło jednak nie tak: pierwsze dwa lata przebojowego trio (dzięki efektownemu stylowi gry, Clippers nazywano wówczas „Lob City”) zmarnował niekompetentny trener – Vinny del Negro. Jego następca, Doc Rivers, radził sobie lepiej, ale już w pierwszym sezonie przekonał się, że objął zespół w pewnym sensie przeklęty.Zawiódł go zresztą właśnie Paul. W piątym meczu półfinałów konferencji, przy stanie 2:2 w serii, na 47 sekund przed końcem Clippers prowadzili na wyjeździe z Oklahoma City Thunder 104:97. Potem doszło do prawdziwej tragedii. Cokolwiek Paul mógł zrobić źle – zrobił fatalnie. Kajał się co prawda, że „porażka idzie na jego konto”, ale cóż z tego? Tu i ówdzie zaczęto przyklejać mu łatkę „skazanego na porażkę”.Clippers odpadli. Rok później, na tym samym etapie, przegrali z Houston Rockets 3:4, choć prowadzili w serii już 3:1. Niesmak potęgowało zamieszanie wokół właściciela klubu, Donalda Sterlinga, którego rasistowskie wypowiedzi wywołały ogólnokrajowy skandal. „Możesz sypiać z czarnymi, możesz przyprowadzać ich do domu i robić z nimi co chcesz, ale nie przychodź z nimi na moje mecze. Nie musisz się też pokazywać obok nich na zdjęciach” – mówił na nagraniach opublikowanych przez portal TMZ. Komisarz Adam Silver zdecydował o zawieszeniu miliardera, zmuszając go do sprzedaży klubu.Słoneczne odkupienieNowy właściciel, nowe nadzieje i... kolejne rozczarowania. Przede wszystkim zdrowotne. W 2016 roku Paul i Griffin wychodzili na parkiet głównie siłą woli, grając w czterech z sześciu meczów przegranej serii z Portland Trail Blazers (2:4). Rok później, znów w pierwszej rundzie, ograli ich Utah Jazz (3:4). Projekt upadł, strony się rozeszły, a Chris Paul uciekł do Houston zmagać się z łatką tego, któremu zawsze „czegoś” brakuje.Wreszcie dostał do pomocy obwodowego strzelca z prawdziwego zdarzenia (James Harden), wreszcie dostał się też (po raz pierwszy w karierze) do finałów konferencji, gdzie Rockets prowadzili z Golden State Warriors 3:2. Tymi samymi Warriors, w składzie których grali Stephen Curry, Klay Thompson, Kevin Durant i Draymond Green, tworząc być może najlepszy zespół w historii koszykówki. To jedno z większych „co by było, gdyby...” we współczesnej NBA. Chris Paul doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu grę w dwóch ostatnich meczach serii. Bez jednego ze swoich liderów, „Rakiety” przegrały i odpadły z rywalizacji. Warriors w finale do zera ograli natomiast Cleveland Cavaliers. Wielu ekspertów twierdzi, że z CP3 na parkiecie, tytuł powędrowałby gdzie indziej. Tego nie dowiemy się nigdy.W Houston rozgrywający spędził rok, po czym został oddany do Oklahomy. Tam, w zespole powszechnie skazywanym na pożarcie, miał być głównie mentorem dla młodych. Bez wielkich nadziei i oczekiwań. Ot, kolejny rok przejściowy. Ale nie z Chrisem Paulem takie numery. Thunder zakończyli sezon jako piąty zespół mocnej konferencji Zachodniej, a w pierwszej rundzie napsuli krwi... Rockets i Hardenowi. Choć przegrali, tym razem o wielkim rozczarowaniu nie było mowy. CP3 i tak zrobił znacznie więcej niż ktokolwiek od niczego oczekiwał.A może nawet: za dużo. Sam Presti, pociągający za sznurki w Oklahomie, uznał, że Paul nieco komplikuje plany przebudowy zespołu. Podzwonił więc tu i ówdzie, a najlepszą ofertę za 36-letniego rozgrywającego z opasłym kontraktem (łącznie prawie 90 milionów dolarów w tym i kolejnym sezonie) złożyli Phoenix Suns. CP3 trafił tam w listopadzie 2020 roku, tuż przed rozpoczęciem sezonu.Że był to strzał w dziesiątkę, niech świadczy wynik osiągnięty przez „Słońca” w fazie play-off. Wielu powie: to dzięki kontuzjom. To dzięki temu, że Lakers musieli grać bez Anthony’ego Davisa, Nuggets bez Jamala Murraya, a Clippers bez Kawhiego Leonarda. Czy Suns dostaliby się do finału, gdyby okoliczności były normalne? Tego udowodnić nie sposób. Niezwykłą ironią losu jest na pewno fakt, że spośród wszystkich gwiazd, zdrowy pozostał właśnie Paul. Narzekał co prawda na drobne urazy, mówiło się o lekkim naderwaniu więzadeł w prawej ręce, opuścił kilka spotkań, ale grał, biegał i dowodził. Tak jak lubi. Mistrzostwa jednak, znów, nie zdobył. Na jego drodze stanął Giannis Antetokounmpo – generacyjny talent, który poprowadził do triumfu (na razie jedynego) swoje Milwaukee Bucks.Paul tak blisko już nigdy nie był. W końcu powiedział „dość”.