TYLKO U NAS

Marek Goliszewski: trudno mi bronić „prawicy” Tuska

aktualizacja: 07:00 wyślijdrukuj
fot
Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club (fot. arch. G. Jakubowski)

Gdybym miał dziś wybierać między lewicą Millera a prawicą Tuska, to wybrałbym tę pierwszą opcję, choć premiera lubię i szanuję. Nie rozmawiamy jednak o sympatiach, tylko o interesie gospodarki i ludzi. – mówi Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club w rozmowie z Piotrem Szumlewiczem.

Kilka tygodni temu mówił Pan, że środowiska biznesu mogą odwrócić się od Platformy Obywatelskiej i poprzeć w zbliżających się wyborach parlamentarnych SLD lub PJN. Czy potwierdza Pan te deklaracje?

Potwierdzam. Nie chciałbym, aby tak się stało, ale to możliwe. To, że dziś nie ma wyraźnego zwrotu w stronę SLD czy PJN, wynika z braku programowej oferty tych ugrupowań, skierowanej do środowisk gospodarczych. Można więc powiedzieć, że PO ma jeszcze trochę czasu, by przekonać przedsiębiorców do siebie. Ale z pewnością nie podniesieniem podatków, tylko realizacją, choćby zapoczątkowaniem obietnic wyborczych, jakie poczyniła 3 lata temu. Mam w Platformie wielu kolegów, podobał mi się ich program społeczno-gospodarczy, mój głos w tej sprawie traktuję więc jako ostrzeżenie.

Kilkanaście dni temu BCC przyznało Leszkowi Millerowi Nagrodę Specjalną Business Centre Club. Czy Pana zdaniem polska lewica jest bliższa środowiskom biznesu niż partie prawicowe?

Leszek Miller otrzymał tę nagrodę za to, co faktycznie zrobił dobrego dla Polski i jej gospodarki: wprowadził nasz kraj do Unii Europejskiej, obniżył podatki CIT, uchwalił pierwszą ustawę o swobodzie gospodarczej, promował myślenie o konieczności przeprowadzenia prawdziwej reformy finansów publicznych, czyli obniżenie wydatków państwa. Ja dzisiaj nie wiem, co w naszym kraju praktycznie oznacza termin lewica czy prawica. Lewica to ta, która obniża podatki dla przedsiębiorców, a prawica to ta, która je podnosi? Biznes jest pragmatyczny. Nie daje się nabierać kto w jakiego koloru koszulce występuje, ale co autentycznie robi. I dziś, gdybym miał wybierać między lewicą Millera a prawicą Tuska, to wybrałbym tę pierwszą opcję, choć Premiera lubię i szanuję. Ale nie rozmawiamy o sympatiach, tylko o interesie gospodarki i ludzi. Trudno mi bronić „prawicy” nie tylko przed przedsiębiorcami, ale i przed własnym sumieniem.

SLD proponuje między innymi wprowadzenie podatku bankowego i podatku od konsumpcji luksusowej. Czy poparłby Pan te rozwiązania?

Nie poparłbym tych rozwiązań. To są propozycje „pod publiczkę”, które Polsce niczego dobrego nie przyniosą. Banki „odbiją” sobie podatki na szarych obywatelach zwiększonymi prowizjami. A konsumpcja tzw. luksusowa to zaledwie promil konsumpcji w ogóle i podatki nie na miarę łatania dziury w budżecie państwa. A dług publiczny osiągnął już 785 mld zł, deficyt 112 mld. Pomoc „podatkowa” z tzw. luksusu nie będzie nawet zauważalna.
BCC ostatnio bardzo surowo ocenia ekipę Donalda Tuska. Jakie są Pana główne zarzuty wobec rządu?

Te same, jakie kierują wobec mnie przedsiębiorcy, kiedy usprawiedliwiam brak działania PO; miał być podatek liniowy – nie ma; miała być dalsza redukcja klina podatkowego – nie ma; miała zostać ograniczona biurokracja – nie jest; miało być przyjazne państwo – nie jest; miało być mniej koncesji – nie ma; miała być reforma KRUS-u – nie ma nawet perspektywy; miało być dokończenie prywatyzacji – nie ma.

BCC postuluje ujednolicenie podatku VAT na poziomie 19%. Czy nie obawia się Pan, że ujednolicenie VAT doprowadziłoby do radykalnego wzrostu cen żywności i innych podstawowych produktów?

Propozycja 19 proc. podatku VAT umieszczona została w Planie Stabilizacyjno-Ratunkowym BCC jako jedno z narzędzi redukujących olbrzymi dług budżetu naszego państwa. Jednolity podatek VAT spowodowałby wzrost cen żywności, ale obniżyłby ceny produktów opodatkowanych teraz stawką 23 proc. W końcu mówimy o wzroście wpływów o około 13 mld zł! Aby zmniejszyć efekty redystrybucyjne, można początkowo objąć wyższą stawką tylko żywność przetworzoną, którą kupują gospodarstwa z wyższymi dochodami.

Podwyżka VAT w największym stopniu obciąża biednych Polaków, którzy całe swoje dochody przeznaczają na bieżącą konsumpcję. Czy nie byłoby lepiej podwyższyć podatki dochodowe dla najlepiej zarabiających Polaków?

Tzw. „najlepiej zarabiających Polaków” jest mało. Załóżmy, że są to szefowie spółek prawa handlowego. Tych jest zaledwie około 100 tysięcy, natomiast jedno czy kilku osobowych firm ponad 3,5 miliona. Opodatkowanie „najbogatszych” nie przyniosłoby ratunku dla naszej wspólnej kasy – budżetu państwa. Podniesienie stawki VAT do 19% musi być korelowane z osłonami socjalnymi. Kiedy wprowadzano liniowy VAT na Słowacji, połączono to ze znaczącym podwyższeniem kwoty wolnej w PIT. Dodatkowo: emeryci i renciści w Polsce są kompensowani za wzrost cen ich własnego koszyka zakupów, więc oni są pod ochroną. Na dożywianie biednych dzieci w szkołach zostałyby zwiększone środki.

Postuluje Pan zrównanie ustawowego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn na poziomie 65 lat. Tymczasem obecnie odsetek osób pracujących w wieku przedemerytalnym w Polsce należy do najniższych w Unii Europejskiej. Nie obawia się Pan armii bezrobotnych kobiet w wieku 60+?

Nie obawiam się. Zrównanie wieku na poziomie 65 lat w sposób stopniowy zwiększy podaż pracy też w sposób stopniowy. To da szansę paniom zareagować podnoszeniem kwalifikacji. Wzrost podaży pracy zmniejszy presję płacową, co zwiększy popyt na pracę. Aby dać kobietom większą szansę zatrudnienia, należałoby też uelastycznić kodeks pracy.
BCC krytycznie odniosło się do rządowych planów reformy systemu emerytalnego. Czy nie sądzi Pan, że wobec rosnącego długu publicznego trzeba ograniczyć rolę OFE?

To nie jest reforma systemu emerytalnego, tylko próba zmniejszenia długu i deficytu budżetu państwa za pomocą OFE, które z tym długiem i deficytem nie mają nic wspólnego. Rząd rozrzucał pieniądze publiczne na lewo i prawo, nie ograniczając wydatków. BCC ostrzegało przed kryzysem z tego wynikającym przez lata. Korzyści z „reformy” OFE dla budżetu będą tylko na krótką metę i bardzo małe – poprawią deficyt finansów publicznych zaledwie o 1,5% PKB. Nie tędy droga, tym bardziej, że obywatel traci zaufanie do własnego państwa, które łamie swoje przyrzeczenia. Albo rząd pójdzie pod prąd przed wyborami i ograniczy swoja rozrzutność, albo będziemy wszyscy mieli olbrzymie kłopoty. Ta rozrzutność również i mnie dotyczy. Dlaczego ja, stosunkowo zamożny człowiek, mam otrzymywać od państwa takie samo „becikowe” jak człowiek ubogi? A podobnych paradoksów jest więcej. Trzeba naprawdę zobaczyć, jak wydajemy pieniądze i nie traktować ich jak „kiełbasy wyborczej”. Spór o OFE to w rzeczywistości spór o istotę naszego państwa, podmiotowe traktowanie obywateli, o wiarygodność polityki i polityków, o ustrój w którym będziemy dalej żyć.

Krytycy obecnego systemu zwracają uwagę, że w samym 2008 roku OFE straciły ponad 20 miliardów złotych. Ich zdaniem w sytuacji kryzysu OFE są znacznie mniej bezpieczne niż ZUS, a nawet mogą zbankrutować. Jak by Pan odniósł się do takiego zarzutu?

W roku 2008 mieliśmy kryzys światowy na całym świecie i polskie OFE straciły 16% na przecenie akcji. Ale Irlandczycy w tym samym czasie stracili 37%. OFE miały najlepsze wyniki ze wszystkich krajów OECD. Straty zostały „odrobione” w drugiej połowie 2009 roku, a w III kwartale roku ubiegłego OFE przyniosły zyski na poziomie 442 mln zł. Ja nie jestem rzecznikiem OFE, ale mówmy całą prawdę, a nie posługujmy się mówieniem półprawd, szermowanych przez zwolenników koncepcji rządowej. W OFE wiele należy moim zdaniem poprawić, ale nie demagogią.

Rozmawiał Piotr Szumlewicz

Wybrane dla Ciebie