Sprawa przeciwko niemieckiej telewizji. Producent Nico Hofmann znowu nie stawił się w sądzie

Przed sądem w Krakowie miał stanąć jeden z najważniejszych świadków w procesie przeciwko telewizji ZDF i wytwórni UFA Fiction. Miał nim być Nico Hofmann, producent serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, przedstawiającego Armię Krajową jako bandę antysemitów. Znany filmowiec, który przy produkcji serialu korzystał ze wspomnień swojego ojca, w czasie wojny – niemieckiego żołnierza, miał m.in. wyjaśnić, dlaczego film pokazuje AK w tak niekorzystnym świetle, ignorując przy tym fakty historyczne. O tym, że Hofmann nie stawi się w niemieckim sądzie, skąd miał zeznawać za pomocą łączy wideo, jego pełnomocnik poinformował chwilę przed rozpoczęciem rozprawy.

Proces przeciw telewizji ZDF. Przed sądem niemieccy świadkowie

zobacz więcej

Proces toczy się od lipca 2016 r. Niemiecką telewizję i producenta pozwał żołnierz Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, kpt. Zbigniew Radłowski oraz Związek Kombatantów Żołnierzy AK. Oskarżyli oni niemieckich filmowców o naruszenie prawa do tożsamości, godności i dumy narodowej oraz prawa do wolności od mowy nienawiści.

Chodzi o wymowę filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”, wyemitowanego w Niemczech pięć lat temu. W serialu wyprodukowanym przez Nico Hofmanna widzowie poznawali II wojnę światową przez losy piątki młodych i sympatycznych przyjaciół z Berlina. Ich późniejsze, nawet zbrodnicze uwikłania, wytłumaczone są naturą wojny, wydobywającej z ludzi to, co najgorsze. Na tym tle autorzy filmu kilka scen poświęcili również żołnierzom Armii Krajowej. A ci bardziej przypominali zgraję rzezimieszków, którzy z odrażającym uśmiechem rzucali kwestie typu: „Żydów potopimy jak koty”, „Żydzi, podobnie jak Ruskie czy komuniści, lepiej martwi niż żywi”.

Nie ograniczali się jedynie do słów. W pamięci widzów zapadła przede wszystkim scena, w której wysyłają na pewną śmierć transport żydowskich więźniów z obozu, zamiast ich ratować.

Żeby nikt z widzów nie miał wątpliwości, kto jest kim, żołnierze w lesie nosili opaski z napisem AK, charakterystyczne dla powstania warszawskiego.

Prawda? Zależy, kto ogląda...

Nico Hofmann, który miał zeznawać przez łącza wideo z Poczdamu, to znany twórca filmowy, zajmujący się problematyką wojenną od ponad 30 lat. W wywiadzie udzielonym pięć lat temu dziennikowi „Polska the Times”, po polskiej premierze serialu, producent przyznaje, że taki obraz wojny to efekt jego rozmów z rodzicami, głównie z ojcem, żołnierzem armii niemieckiej podczas II wojny światowej. O swojej matce mówił zaś: „Była żarliwą zwolenniczką Adolfa Hitlera i należała do Związku Niemieckich Dziewcząt (BDM)”.

ZDF znów się odwołuje od wyroku za „polskie obozy zagłady”

zobacz więcej

Hofmann uważa, że od strony niemieckiej i przedstawienia wojennej wersji wydarzeń jest to film prawdziwy. Jednocześnie przyznaje, że w ukazaniu polskich żołnierzy AK ekipa serialu popełniła duży błąd i nie dziwi go już krytyka w naszym kraju.

– Sięgnęliśmy po niezwykle mocny zespół doradców, składający się z niemieckich historyków, ale po tym, co się wydarzyło (przyjęcie przez polskich widzów – przyp. red.), nie ograniczyłbym się jedynie do ekspertów niemieckich i dobrałbym sobie historyków zagranicznych. Cały film prezentuje naturalnie niemiecki punkt widzenia i to wielka różnica, czy ogląda się go z pozycji niemieckich, czy polskich – mówi Hofmann.

Historia czy fikcja

Niemiecki producent będzie teraz mógł wyjaśnić, jaka była rola historyków, których zatrudnił. M. in. o to zapyta go mec. Monika Brzozowska-Pasieka, reprezentująca polskich weteranów z AK.

– Będziemy się skupiać na trzeciej części filmu, gdzie występują żołnierze AK. Chcemy wiedzieć, jak to się stało, że zatrudniono aż pięciu konsultantów, a mimo to doszło do realizacji scen niemających nic wspólnego z prawdą. Jaki był cel zaproszenia do produkcji znanych w Niemczech historyków, skoro, jak podkreślała strona niemiecka, od początku miała to być artystyczna wizja II wojny światowej? Rodzi się pytanie, jaka była rola tych konsultantów. Czy autorzy nie chcieli przez to uwiarygodnić serialu jako filmu w istocie historycznego i czy można zatem odbierać ten film jak artystyczną fikcję, jak starają się to przedstawić pełnomocnicy pozwanych? Naszym zdaniem absolutnie nie – tłumaczy.

„Myślę tak, bo jestem Żydem i niemieckim obywatelem”

Częściowo na to pytanie odpowiedział już prof. Julius Schoeps, znany niemiecki historyk, pełniący rolę konsultanta w serialu. W 2013 r. po emisji „Naszych matek, naszych ojców” w Telewizji Polskiej, w wywiadzie udzielonym TVP, przekonywał, że w „łonie Armii Krajowej były grupy antysemickie i to nic nowego” i dodawał pojednawczo: ale były też dobre ugrupowania... lewicowe, które pomagały Żydom.

Swoje poglądy starał się usprawiedliwić mówiąc wprost: „Jestem Żydem i niemieckim obywatelem, przez to mam trochę inny punkt widzenia na te sprawy niż ktoś, kto nie jest Żydem”.

Niemiecka telewizja publiczna odpowiada przed sądem w Krakowie

Kolejna rozprawa przeciw ZDF w procesie wytoczonym przez polskiego oficera AK.

zobacz więcej

Na poprzedniej rozprawie prof. Schoeps zeznawał również poprzez łącza wideo z Poczdamu. Pełnomocnik pozwanych miał jednak wówczas wątpliwości co do tłumaczenia jego wypowiedzi. Mimo proponowanych przez sąd rozwiązań zgłaszanego problemu, niemiecki historyk nie pojawił się już po zarządzonej podczas rozprawy przerwie.

Jednak, jak podkreślali pełnomocnicy polskiej strony, zdążył powiedzieć, że jest on głównie specjalistą od Holokaustu. – To pozwala budować opinię, że konsultacja była wykonywana przez osobę, która nie ma wystarczającej wiedzy o Armii Krajowej i polskim podziemiu – mówił po poprzedniej rozprawie mec. Jerzy Pasieka, zajmujący się również sprawą.

Wątpliwe usprawiedliwienie

Niemieccy producenci filmu szybko zorientowali się, że posunęli się zdecydowanie za daleko w swobodzie interpretowania historii. Po miażdżącej krytyce płynącej z Polski ZDF wyprodukowała materiał dokumentalny pt. „Walka o przetrwanie”. Telewizja wyemitowała go trzy miesiące po premierze serialu, w niedzielę, o godzinie 23.20.

Mimo późnej pory dokument obejrzało prawie milion widzów. Niemieccy eksperci podkreślali, że film pod względem merytorycznym w porównaniu z serialem był już na pewno poprawny, ale zabrakło w nim głosu niemieckich historyków i świadków wydarzeń, co sprawiło, że obraz był ubogi w warstwie emocjonalnej.

ZDF mogło jednak uspokoić swoje sumienie i pokazać, że obiektywnie podchodzi do historii.

Sąd powołał biegłych ws. niemieckiego serialu, ZDF ich kwestionuje

W procesie cywilnym o naruszenie dóbr osobistych żołnierzy AK przeciwko twórcom niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” krakowski Sąd...

zobacz więcej

Jednak w tym samy czasie serial fabularny „Nasze matki, nasi ojcowie” sprzedawany był już na całym świecie. Młode pokolenie w Europie i dojrzała publiczność od Stanów Zjednoczonych po Japonię i Australię uczyła się wykoślawionej, ale naszpikowanej emocjami historii, poznając losy piątki sympatycznych berlińczyków i działania złowieszczej Armii Krajowej.

Serial obsypano deszczem nagród, w tym prestiżową amerykańską Emmy Awards za najlepszy miniserial telewizyjny.

W samych Niemczech serial okrzyknięto dziełem, w którym wreszcie pokazuje się historię, na jaką czekali Niemcy.

Wyrok w Strasburgu?

Jeśli niemiecka telewizja ostatecznie przegrałaby proces, musiałaby przepraszać za swoją produkcję w kilkudziesięciu telewizjach na całym świecie, gdzie serial został sprzedany. A to niosłoby już za sobą niebagatelne koszty.

Niemcy mają więc o co walczyć i nie należy się raczej spodziewać rychłego ostatecznego zakończenia sporu. – Trudno określić datę wydania wyroku, ale oceniając przebieg procesu, można wyrazić nadzieję – mając na uwadze wiek i stan zdrowia powoda kpt. Radłowskiego – na zakończenie jesienią tego roku – mówi mec. Brzozowska-Pasieka.

Dodaje jednak, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż ten wyrok nie zakończy postępowania, biorąc pod uwagę potencjalne apelacje, a także postępowania w Trybunale Sprawiedliwości w Strasburgu.

źródło:
Zobacz więcej