„Co roku jest ten sam ból”. Ćwierć wieku po największej katastrofie polskiej żeglugi

To była najtragiczniejsza katastrofa w historii polskiej żeglugi. Dokładnie 25 lat temu na Bałtyku zatonął „Jan Heweliusz”. Zginęło 55 osób; uratowało się tylko dziewięć. Po latach uznano, że prom w ogóle nie powinien był pływać.

Cmentarzyska na morzu: o największych katastrofach ostatnich lat

U południowo-wschodnich wybrzeży Korei Południowej zatonął prom pasażerski. Na jego pokładzie było 459 osób, z czego kilkaset zaginęło. Nie wiadomo...

zobacz więcej

Dla bliskich ofiar katastrofa sprzed ćwierćwiecza to wciąż niezamknięta historia. W niedzielę w Świnoujściu, skąd prom wypłynął w feralny rejs, i w kilku innych miejscach na Wybrzeżu zmarłych uczciły syreny.

– Spotykamy się co roku na uroczystościach i co roku jest ten sam ból, to samo cierpienie – powiedziała „Teleexpressowi Extra” Dorota Subicka, córka Janusza Subickiego – oficera pożarowego jednostki.

„Heweliusz” kierował się do Ystad w Szwecji. Problemy zaczęły się około czwartej nad ranem, u wybrzeży niemieckiej wyspy Rugia. Na Bałtyku panował sztorm. Potężna fala uderzyła w burtę i przechyliła statek. Pół godziny później kapitan wydał polecenie: opuścić pokład. .

Jednostka nie odzyskała stabilności. Około jedenastej Jan Heweliusz zatonął. Woda miała zaledwie kilka stopni.

Przeżyło tylko dziewięć osób. Odwoławcza Izba Morska uznała, że prom miał wadę konstrukcyjną i nie nadawał się do żeglugi. Winą obarczono też kapitana, który wyszedł w morze podczas sztormu. Dowódca jednostki nie przeżył, do końca pozostał na mostku.

źródło:
Zobacz więcej