Konsekwencje skrętu w lewo [OPINIA]

Poseł Nowoczesnej Ryszard Petru (fot. PAP/Rafał Guz)

Gdy Ryszard Petru ogłosił powstanie swojej nowej politycznej inicjatywy, skromnie nazwanej „Planem Petru”, nikt nie spodziewał się, że będzie to najważniejsze wydarzenie polityczne tygodnia. I faktycznie – nie było. Pytanie, co zrobi Petru, okazało się mniej ważne od rekonstrukcji rządu, po której niemal natychmiast przyszła dekonstrukcja opozycji.

Rekonstrukcja rządu Mateusza Morawieckiego [INFOGRAFIKA]

Skład nowego rządu jest już oficjalnie znany.

zobacz więcej

O rekonstrukcji rządu słyszeliśmy od wielu miesięcy. Aż do wymiany premiera nikt z obserwatorów życia politycznego nie miał pewności, jaka będzie skala zmian w rządzie. Spodziewano się wymiany kilku mniej popularnych ministrów, natomiast jako fantastykę odbierano pogłoski o wymianie premiera. Jeśli już się o niej mówiło, to zwłaszcza pośród opozycyjnych polityków i dziennikarzy, którzy chcieli widzieć na czele rządu Jarosława Kaczyńskiego. Choć jest on bowiem najtrudniejszym przeciwnikiem, równocześnie ma większy od lubianej Beaty Szydło elektorat negatywny. Jego przeciwnicy upatrywali w tym szansy na powrót do jeszcze ostrzejszego podziału sceny politycznej i odejście od rządu części zwolenników.

Jak pamiętamy, Beata Szydło dość niespodziewanie została odwołana ze stanowiska i to w dniu, w którym opozycja przegrała sejmowe głosowanie nad konstruktywnym wotum nieufności. Premierem nie został jednak Jarosław Kaczyński, lecz Mateusz Morawiecki.

Największym problemem była wówczas dezorientacja elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, który w swej dużej części źle przyjął odwołanie (a jeszcze bardziej – sposób odwołania) premier Beaty Szydło, z którą przez ostatnie dwa lata poczuł się związany emocjonalnie.

Prospołeczna i empatyczna, lecz przy tym gotowa do żarliwej obrony Polski za granicą Szydło była, nie tylko dla wyborców PiS, polityczną figurą matki. Potencjalny kryzys wizerunkowy mądrze zażegnano, przyznając Beacie Szydło stanowisko wicepremiera do spraw społecznych, więc, niejako, pozostawiając ją w dotychczasowej roli, przynajmniej z punktu widzenia kluczowego dla sympatyzujących z nią Polaków obszaru.

Co dalej z Antonim Macierewiczem?

Pogłoski o śmierci politycznej Antoniego Macierewicza są zdecydowanie przedwczesne – twierdzi dr Sergiusz Trzeciak. Przyznaje jednocześnie, że...

zobacz więcej

Poza tą jedną, bardzo ważną zmianą, pierwszy rząd Mateusza Morawieckiego nie różnił się jednak niczym od gabinetu Beaty Szydło. Od razu jednak było wiadomo, że jest to stan przejściowy, a kolejne zmiany planowane są na styczeń. Premier miał bowiem potrzebować czasu na ocenę ministrów i zastanowienie się, kto z nich ma pozostać częścią nowej drużyny.

Gdy w międzyczasie prezydent Andrzej Duda podpisał ustawy, dotyczące reformy wymiaru sprawiedliwości, w świecie polityki pojawiła się plotka, że w zamian za podpisy otrzyma większy wpływ na politykę rządu. Miało się to objawić zamianą Witolda Waszczykowskiego na związanego z prezydentem Krzysztofa Szczerskiego i – co byłoby jednak o wiele większym ciosem dla wyborców PiS – odwołaniem Antoniego Macierewicza z funkcji szefa MON.

Przez kolejne dni media prześcigały się w nagłaśnianiu sprzecznych ze sobą kuluarowych informacji, co pozwala wysnuć wniosek, że do ostatniej chwili nic nie było pewne. Gdy doszło do zaprzysiężenia rządu po styczniowej rekonstrukcji dla wielu sympatyków „dobrej zmiany” doszło do kolejnego prawdziwego trzęsienia ziemi. O ile bowiem, choć oczywiście posiadali oni swoich zwolenników, liczono się z odejściem ministrów Radziwiłła, Waszczykowskiego i Szyszki, o tyle mało kto chyba zakładał, że premier naprawdę zdecyduje się na rezygnację z Macierewicza. Antoni Macierewicz był bowiem kolejną osobą, która wśród wyborców PiS budziła bardzo mocne i ciepłe emocje, stając się w pewnym momencie jednym z filarów zmiany, jej ikoną i symbolem prawicowej popkultury.

Zbliżenie z Amerykanami i stworzenie WOT skutkowało absurdalnymi atakami, wśród których najczęściej pojawiał się zarzut najgłupszy z możliwych – działania na korzyść Rosji. Ataki zaś jeszcze mocniej wiązały dużą część sympatyków rządu z ministrem obrony – co zresztą widać po bardzo mocnych reakcjach na tę zmianę. I choć ostatnie wypowiedzi zarówno Jarosława Kaczyńskiego podczas miesięcznicy smoleńskiej, jak samego Antoniego Macierewicza, mówiącego o wspieraniu rządu i swojego następcy, Mariusza Błaszczaka, łagodzą sytuację, przed PiS kolejne wyzwanie z zakresu komunikacji z własnymi zwolennikami.

Szyszko: Istotna zmiana w polityce Ministerstwa Środowiska jest niemożliwa

Nie sądzę, aby nastąpiła istotna zmiana w polityce Ministerstwa Środowiska, gdyż jest ona po prostu niemożliwa - mówi były minister środowiska Jan...

zobacz więcej

Po ogłoszeniu zmian w rządzie część komentatorów uznała, że jest to fatalna wiadomość dla opozycji, ta bowiem nagle pozbawiona została prawie wszystkich tematów swojej antyrządowej narracji. W tym optymizmie przegapiono, że, tak samo jak próbowano przedstawić to po odwołaniu Beaty Szydło, można zmiany te potraktować jako potwierdzenie zarzutów.

Zmienianie ministrów dobrych i nieskompromitowanych w związku z nowymi wyzwaniami, stojącymi przed ich resortami, nie było dotąd u nas praktykowane, a politycy odchodzili z rządów najczęściej w atmosferze skandalu. I faktycznie, przez kilka godzin co bardziej złośliwi aktywiści podchwycili hasło „presja ma sens”, świętując za jego pomocą odwołanie nie lubianych polityków. Jeśli jednak opozycja mogła, przynajmniej wśród swoich przekonanych zwolenników, ugrać coś na rekonstrukcji rządu, szansę tę straciła. Co więcej, w kolejnych dniach zaliczyła być może największą porażkę od początku tej kadencji parlamentu.

Nowoczesna ukarała posłów, którzy nie głosowali nad projektem ws. aborcji

Klub Nowoczesnej ukarał naganą i karą finansową w wysokości 1000 zł posłów, którzy nie brali udziału w głosowaniu nad projektem liberalizującym...

zobacz więcej

W środę wieczorem w sejmie głosowano nad przekazaniem do dalszej pracy w komisjach dwóch obywatelskich projektów ustaw – „Stop aborcji” i „Ratujmy kobiety”. Pierwszy, zgodnie z nazwą zaostrzający przepisy antyaborcyjne, drugi wręcz przeciwnie – dopuszczający aborcję w o wiele większym, niż dotychczas zakresie.

Od dawna było wiadomo, że próbująca grać na kilka stron Platforma mieć będzie problem, gdy przyjdzie do tak mocno nakierowanych ideologicznie spraw, jak projekt środowisk lewicowych, w sejmie przedstawiony przez Barbarę Nowacką.

Okazało się, że trójka posłów, wbrew partii, narzucającej, co jest jednak nowością, dyscyplinę w sprawie światopoglądowej, głosowała zgodnie ze swoim sumieniem. Wielu innych posłów głosowanie zwyczajnie zignorowało. Podobnie stało się w Nowoczesnej, w której, jak wyszło na jaw w piątek, za zgodą kierownictwa, osoby nie popierające projektu, nie wzięły udziału w tej części obrad Sejmu. Gdy okazało się, że takich osób było na tyle dużo, by proaborcyjna inicjatywa została utracona na starcie, nawet pomimo głosowania za dalszymi pracami w komisji części posłów PiS, wybuchła bomba.

Platforma, zapominając łatwo o swoim deklarowanym, choć od dawna już nie praktykowanym konserwatyzmie, mocno wspierała protesty radykalnych środowisk feministycznych, widząc w nich siłę, która może obalić, lub przynajmniej osłabić rząd PiS.

Nowoczesna nie musiała o niczym zapominać, po prostu do balcerowiczowskiego liberalizmu dorzuciła mocny, obyczajowy skręt w lewo. Wydawało się, że jedyną stratą będzie i tak niezbyt do tego towarzystwa pasujący warszawski poseł Zbigniew Gryglas.

Tymczasem, gdy doszło do sejmowej weryfikacji poparcia dla projektu feministek, okazało się, że obie partie bardzo się przeliczyły. Najpierw nie doceniły bowiem sumień swoich posłów, później zaś – wyborców, którzy na poważnie wzięli nową, radykalnie lewicową, retorykę sejmowych liberałów.

Opozycja trzeszczy w szwach. Trzęsienie ziemi po głosowaniu w sprawie aborcji

Posłowie zdecydowali w środę w głosowaniu, że obywatelski projekt komitetu „Ratujmy Kobiety 2017”, który zakładał liberalizację obowiązujących...

zobacz więcej

W efekcie Platforma i Nowoczesna mają na głowie wzburzenie niewielkiej być może, lecz bardzo hałaśliwej grupy, której wcześniej pozwoliły sobie na tę głowę wejść. Aby ich ułagodzić, atakują własnych działaczy w sprawie, która powinna być wyłączona ze sfery partyjnego przymusu. Tym samym zaczynają tracić posłów i przyspieszają decyzję lokalnych działaczy, którzy zastanawiają się nad opuszczeniem wiecznie (choć od niedawna przecież) przegranej opozycji.

Na Nowoczesną obrażają się też partyjni zwolennicy kursu w lewo, z których trójka zawiesiła na miesiąc swoje członkostwo w partii. W efekcie N. wydaje się być rozdarta, a za chwilę może jej nie być w ogóle. Nowa szefowa klubu zabrania wszystkim, z wyjątkiem piątki wybrańców, udzielać wypowiedzi mediom. Na koniec (choć doświadczenie mówi, że to jeszcze nie jest wcale koniec) Katarzyna Lubnauer próbowała wytłumaczyć swoich kolegów zbyt krótkim doświadczeniem sejmowym, zaś Ryszard Petru w swoim stylu opowiadał dziennikarzom o dziewczynie, która usunie aborcję.

Oburzeni aktywiści zaś obie partie wydają się przekreślać, pisząc o nich w języku, zarezerwowanym dotąd do mówienia o znienawidzonym PiS. KOD bierze się wręcz za pikiety biur poselskich Platformy.

Mamy więc obraz całkowitego chaosu i rozsypki, w którym jako wyspy spokoju jawią się PSL i Kukiz’15, które lewackiego projektu nie popierają. Nadziei chwilowo trudno też upatrywać zagranicą, gdzie Europa zdaje się mięknąć w sprawie zastosowania wobec Polski art. 7, a Donald Tusk zostaje niespodziewanie przywołany do porządku przez obejmujących prezydencję Bułgarów. Skręt w lewo kończy się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością.

źródło:
Zobacz więcej