Śpiewa psalmy i marzy o robieniu szpagatów. „Ta droga była mi pisana” [WYWIAD]

Małgorzata Hutek (fot. Materiały prasowe)

– Nigdy nie uważałam, że saksofon nie jest odpowiedni dla kobiety. Ja zachwyciłam się brzmieniem tego instrumentu – przyznaje w rozmowie z tvp.info Małgorzata Hutek. Ta wokalistka jazzowa, kompozytorka i autorka tekstów ma już na swoim koncie debiutancką płytę, a ostatnio przygotowuje się do kolejnej, z tekstami psalmów. – Nie ciągnie mnie do talent show, choć wiem, że to dobry sposób na promocję – zauważa. Dodaje jednak, że „wybrała inną drogę, być może dłuższą i trudniejszą”.

Polski zwycięzca Eurowizji: nie rywalizuję, cieszę się muzyką

– Wygranie Konkursu Eurowizji otwiera bardzo dużo drzwi do różnych sal koncertowych i oznacza, że to, co robię, sprawia ludziom przyjemność i jest...

zobacz więcej

Skąd wzięła się muzyka w Pani życiu?

Pochodzę z rodziny artystycznej, moja mama jest aktorką, a tata reżyserem, więc sztuka zawsze była blisko mnie. Można wręcz powiedzieć, że wychowałam się w atmosferze teatru. Kiedy przypominam sobie marzenia z dzieciństwa, to zawsze chciałam śpiewać. To było dla mnie naturalne, ponieważ uwielbiałam występować przed rodziną i znajomymi. Oczywistą więc drogą była szkoła muzyczna.

Na początku grałam na skrzypcach, potem jeszcze trochę na fortepianie i w końcu na saksofonie. Ten instrument skierował mnie ku muzyce jazzowej. Jeszcze wtedy nie było wydziału jazzu w łódzkiej szkole, ale powstał już wtedy big band. Początkowo przyszłam tam, aby grać na saksofonie, ale później zaczęłam udzielać się także wokalnie. Mam wrażenie, że ta droga była mi po prostu pisana.

(fot. Facebook/Małgorzata Hutek)

Włodek Pawlik dla tvp.info: bycie gwiazdą to dla mnie przywilej

zobacz więcej

Bliscy wspierali ten wybór czy zniechęcali i sugerowali Pani inny pomysł na życie?

Moja rodzina dzieli się na dwa nurty: prawniczy – moi dwaj bracia są prawnikami, natomiast ja i mój brat jesteśmy muzykami. Myślę, że moi rodzice mając świadomość trudu zawodu muzyka, zawsze nas wspierali we wszystkim. Jeśli widzieli jakieś pragnienie w nas, to pomagali nam je realizować. Ogólny rozwój, nie tylko muzyczny zawsze był obecny w moim domu. Tata, namawiał mnie na studia polonistyczne i nawet przez chwilę byłam na nich, ale miłość do muzyki była silniejsza.

Rodzice nie tylko nas wspierali, ale też wytrzymywali godzinami nasze ćwiczenie na instrumentach, które spędza się na powtarzaniu fraz i poszczególnych fragmentów. Do dzisiaj pamiętam, jak miałam nuty przyklejone na lodówce i ćwiczyłam jakiś utwór. Mama gotowała, a ja grałam, więc na pewno mieli dużą cierpliwość.



Czy pojawiały się momenty zniechęcenia, bo skrzypce w pewnym momencie przestały się Pani podobać?

Grając na skrzypcach byłam mała, miałam 6-7 lat. Dzisiaj jestem wdzięczna, że nie poszłam tą drogą, bo nie byłabym wirtuozem tego instrumentu. Pamiętam, kiedy po dwóch latach grania w szkole ciągle nie „wibrowałam”, tak jak inne dzieci i chyba mnie to zniechęciło. Jasne za to było, że będę śpiewać. Po paru latach, gdy mój starszy brat, który jest oboistą barokowym, zaczął chodzić do szkoły muzycznej, zobaczyłam jak można bawić się muzyką. To wywarło na mnie ogromne wrażenie i wpłynęło na moją decyzję, że także chcę to robić. Ćwiczenie przychodzi łatwiej, gdy nie jest udręką i zmuszaniem, tylko jak widzi się efekt. Satysfakcja jest wtedy naprawdę wielka.

Myślę jednak, że w każdym zawodzie przychodzą momenty zniechęcenia, ale bycie muzykiem wyrabia w człowieku cierpliwość, wytrwałość i konsekwencję. Talent to jedno, natomiast trzeba i tak włożyć dużo pracy, spędzić godziny na ćwiczeniu, aby końcowy efekt był zadowalający.

(fot. Materiały prasowe)

„Jazz nigdy nie będzie muzyką popularną, ale ma się dobrze”. Wywiad z Włodkiem Pawlikiem już w sobotę

zobacz więcej

Gdy dostrzeżono u Pani predyspozycje jazzowe, pojawił się saksofon. Widok kobiety z tym instrumentem zawsze budził zainteresowanie.

Nigdy nie uważałam, że saksofon nie jest odpowiedni dla kobiety. Zachwyciłam się brzmieniem tego instrumentu, ale pierwszą miłością wcale nie był saksofon jazzowy. Pojawił się poprzez big band i warsztaty. Poznając kolejne utwory i ich wykonawców wiedziałam, że to jest to. Okazało się, że nie muzyka poważna jest tym, co mi w duszy gra, tylko właśnie jazz. Zostawia artyście ogromną przestrzeń do interpretacji, a z drugiej strony trzeba mieć mocno ugruntowane podstawy, żeby się swobodnie obracać w tej stylistyce.

Jakie były inspiracje, na kim się Pani wzorowała?

Taką pierwszą była Ella Fitzgerald. Jest dla mnie niekwestionowaną królową jazzu. Do tego jest bezbłędna i nawet istnieją badania, które dowodzą, że nigdy w całej swojej twórczości nie zaśpiewała nieczystego dźwięku. Co do innych inspiracji, to na początku była to muzyka big bandowa: Duke Ellington i Count Basie. Później moją wielką muzyczną miłością stał się kontrabasista Avishai Cohen. Z kolei na studiach tych inspiracji było o wiele więcej, szczególnie wokalnych, natomiast big band nie dał o sobie zapomnieć. Obecnie jestem studentką kompozycji i aranżacji.

(fot. Facebook/Małgorzata Hutek)

Michał Szpak: Nie nastawiam się, że wygram. Chcę zdobyć nie głosy, tylko serca widzów

zobacz więcej

Skąd ta silna potrzeba ciągłej nauki, edukacji?

Jest we mnie pragnienie ciągłego rozwoju i już kiedy skończyłam pierwsze studia, czyli wokalistykę jazzową pisałam swoje utwory. Wiedziałam jednak, że potrzebuję czegoś więcej. Miałam swoje ścieżki, którymi podążałam, ale chciałam zgłębić temat pisania utworów i ich aranżowania, stąd kolejny kierunek.

Przy okazji warto wspomnieć, że sama też jestem nauczycielem śpiewu i myślę, że jesteśmy obecnie trochę bombardowani przez programy talent show. Większość osób, które się w nich pojawia jest świetnie przygotowana i posiadają bardzo dobrą technikę śpiewania. Naprawdę mało jest takich, które są naturszczykami. Jako nauczyciel borykam się z tym, że przychodzą uczniowie i nie są w stanie zrozumieć, że potrzeba czasu, aby pewne rzeczy wypracować. Nie jest przecież tak, że przyjdą na kilka lekcji i już będą w stanie zaśpiewać wszystko.

Czyli zły skutek tego typu programów?

Myślę, że dwojaki. Z jednej strony ludzie chętniej śpiewają i są w tym odważniejsi, ale z drugiej strony pojawiają się chwile zwątpienia, że skoro każdy może, a ja nie, to znaczy, że jestem gorszy. Nikt nie mówi o drodze, którą ci ludzie przeszli. Oni godzinami ćwiczyli, żeby dojść do miejsca, w którym są teraz. Jest moda na to, że każdy może grać, śpiewać i jeszcze wszystkim zależy na czasie, żeby mieć wszystko od razu, natychmiast i już. Czas jest nam jednak niezbędny. Muzyka to też taka dziedzina, której nie da się zgłębić do końca.

(fot. Facebook/Małgorzata Hutek)

Monika Brodka: Wizerunek musi być spójny z muzyką, którą tworzę

– Jak w każdej pracy ludzie dążą do rozwoju i wspinania się wyżej po szczeblach kariery. Naturalną rzeczą było to, że kolejnym krokiem jest wyjście...

zobacz więcej

A Pani nie myślała, żeby zmierzyć się z formatem, typu talent-show?

Szczerze mówiąc, to miałam nawet taką propozycję. Bardzo cenię sobie jednak niezależność i to, że nikt nie ma wpływu na to, jak i co śpiewam. Konwencja tych programów sprawia, że osoby, które się decydują wziąć w nich udział, idą na pewnego rodzaju ustępstwa. Chociażby to, że ktoś za nich wybiera, jakie utwory będą wykonywać. Nie wykluczam jednak, że może za parę lat się zdecyduję.

Może najpierw trzeba zapłacić cenę za późniejszą niezależność, tak jak w przypadku Moniki Brodki czy Dawida Podsiadły? Czy to nie kuszące?

Wydaje mi się, że czasy, w których oni brali udział w tych programach były trochę inne. Ja nie czuję potrzeby płacenia takiej ceny. Wiem, że nie wszystkich zadowolę i nie wszyscy będą zachwyceni tym, co robię. Tak samo, jak mnie nie odpowiadają wszystkie stylistyki i gatunki. Nie ciągnie mnie do talent show, choć wiem, że czasem jest to dobry sposób na promocję i zaistnienie. Takim przykładem jest zespół LemON, który ma fenomenalnego wokalistę. Możliwe, że w innym układzie nie mógłby zaistnieć. Ja wybrałam inną drogę, może dłuższą i trudniejszą, natomiast cenię sobie ten trud, w trakcie którego naprawdę dużo się uczę. Mam też ogromne szczęście i przyjemność współpracować ze wspaniałymi muzykami.



Artystom, muzykom często towarzyszy rozpoznawalność, popularność. Pani tego nie brakuje?

Popularność jest czymś dobrym, jeżeli czemuś służy, bo sama w sobie jest miałka. Czy mi jej brakuje? Chyba nie. Miałam w swoim życiu epizod związany z muzyką bardziej popularną, współpracując z zespołem i doszłam wtedy do wniosku, że to nie mój świat. Zdecydowanie bliższa jest mi bardziej intymna relacja z odbiorcą. Muzycy, którzy są dla mnie popularni i znani, niekoniecznie są znani dla przysłowiowego Kowalskiego, także popularność jest rzeczą dyskusyjną.

Oczywiście dla każdego muzyka ważne jest, aby to, co robi było rozpoznawalne i miało jak najszersze grono odbiorców. Dróg do osiągnięcia tego jest jednak wiele. Być może udział we wspomnianych programach jest tą najprostszą, ale z drugiej strony budowanie „takich szczebelków” krok po kroku, jest cenniejsze.

(fot. Facebook/Małgorzata Hutek)

Szymon Chodyniecki: „Istnieję dzięki swoim fanom”

– Myślę, że piosenka „idzie” wtedy, gdy ludzie zaczynają się z nią utożsamiać. Każdy zna te emocje, które są tam opisane. Są jak najbardziej...

zobacz więcej

Wydała Pani debiutancką płytę, jak ważny to był moment na tej drodze?

To był bardzo ważny etap dla mnie, takiego dojrzewania jako muzyka. Płytę zrealizowałam sama, były to moje kompozycje. Oczywiście chciałabym, aby ta muzyka docierała do jak największej liczby odbiorców, ale najważniejsze jest, żeby dawała dobro, czasem może nawet jednej osobie. Nie traktuję jako ujmy tego, że „Grounded in love” nie stała się hitem. To był etap potrzebny, aby zdecydować, którą drogą chcę iść jako muzyk. Wiadomo, że będąc w wielkich wytwórniach o tę popularność łatwiej, ale nie mogę też powiedzieć, że żałuję czegokolwiek i że zrobiłabym cokolwiek inaczej.

O czym jest ta płyta i do kogo była skierowana?

To płyta, którą nagrałam z muzykami z mojej uczelni w Katowicach: Nikolą Kołodziejczykiem, Grzegorzem Masłowskim oraz Michałem Kapczukiem. Szukam na niej odpowiedzi na fundamentalne pytania w moim życiu: o sens miłości, życia, relacji. Można powiedzieć, że jest to płyta o poszukiwaniu.

Czy również o poszukiwaniu męża?

(śmiech) Nie, o poszukiwaniu męża nie. Rozumiem, że mówi Pan o piosence „Jak trudno znaleźć męża”. Ona się nie znalazła na tej płycie, ponieważ był to taki żart muzyczny, na który pozwoliłam sobie w tamtym roku. Wynikł po tym, jak byłam na mszy świętej „o dobrego męża” i byłam zaszokowana ilością młodych kobiet, które tam się znajdowały. To był środek tygodnia, a te dziewczyny przyszły właśnie dla tej intencji. To mi pokazało kryzys tej sfery i to, jak jesteśmy zamknięci w internetowym świecie, ale również strasznie zabiegani. Stąd wzięła się refleksja i potrzeba stworzenia utworu zatytułowanego „Jak trudno znaleźć męża”.

Czyli odpowiada Pani muzycznie na zapotrzebowanie społeczne.

To chyba bardziej pokazuje dystans, który mam do tego i sposób patrzenia na muzykę oraz kreowanie własnych muzycznych światów. Czy zapotrzebowanie? Nie wiem, ale usłyszałam, że mógłby to być hit. Nie mówię nie, może jeszcze powstanie z tego jakiś projekt w przyszłości.

(fot. Facebook/Małgorzata Hutek)

„Wolę ten dzień spędzać w pracy”. Ewa Farna jedną z gwiazd Sylwestra z Dwójką

– Zaczęłam śpiewać w wieku 12 lat, najpierw jeździłam na te sylwestrowe występy z tatą, który mnie pilnował, potem z zespołem, menadżerem....

zobacz więcej

Jak jesteśmy przy projektach z Pani udziałem, to interesującym wydaje się ten z wierszami Juliana Tuwima, na dodatek polsko-czeski. Jak do niego doszło?

To projekt czeskiej trębaczki Stepanki Balcarovej, wynik naszej przyjaźni, ponieważ poznałyśmy się w Katowicach. Ona jest kompozytorką, wspaniałą kobietą i kiedyś zapytała mnie: „jaki jest mój ulubiony polski poeta”. Powiedziałam, że Tuwim. Zafascynowała się nim i napisała muzykę do dziewięciu jego wierszy. W maju tego roku nagraliśmy album, którego premiera miała miejsce w Pradze w listopadzie.

Czyli Pani przeciwnie niż Ewa Farna, z Polski do Czech?

Trochę tak. Bardzo ciekawe doświadczenie, cudowni muzycy czescy oraz z Polski.

Jaki był odbiór w Czechach?

To bardzo ciekawe, ponieważ śpiewam po polsku, więc jest to dla nich tak, jakby ktoś u nas śpiewał po czesku. Odbiór jest bardzo dobry, a same utwory są świetnie zaaranżowane i napisane pod względem instrumentalnym. Jest przestrzeń na improwizację, więc każdy z muzyków może się zaprezentować. Stepanka po czesku opowiada publiczności o tych utworach. Z tego co wiem, to mamy bardzo dobre recenzje, choć niestety nie jestem w stanie ich zrozumieć, bo są po czesku. Przyznam się, że są to dosyć trudne utwory, wymagają całej palety brzmień i skali, tak więc z technicznego punktu widzenia są bardzo rozwijające.

(fot. Facebook/Małgorzata Hutek)

Franciszek w Oknie Papieskim: okrucieństwo nie skończyło się w Auschwitz, także dziś torturuje się ludzi

– Nie chcę mówić gorzkich słów, ale muszę powiedzieć prawdę. Okrucieństwo jeszcze się nie skończyło w Auschwitz-Birkenau. Także dziś torturuje się...

zobacz więcej

Aktualnie najmocniej zaprząta Pani głowę nowy projekt muzyczny z psalmami. To kolejna głęboka woda?

Tak, choć już trochę rozpoznana, ponieważ muzykę do pierwszego psalmu napisałam pięć lat temu. To była bardziej osobista potrzeba tworzenia muzyki do tych tekstów. Później zaczęły się one składać na cały cykl i teraz jest ich dwanaście. Zaczęliśmy grać je na koncertach, a następnie Nikola Kołodziejczyk zaaranżował ten materiał na kwartet smyczkowy. Te utwory bardzo dojrzewały we mnie, coraz głębiej je przeżywałam i rozumiałam ich sens, znaczenie. Teraz jesteśmy na takim etapie, że kończymy zbiórkę funduszy na portalu crowfundingowym „www.odpalprojekt.pl/psalmyhutek”. Bardzo dużo osób nas wspiera, nie tylko finansowo. 18 grudnia wchodzimy do studia i będziemy nagrywać ten materiał.

Kto Pani zdaniem będzie słuchać tych psalmów?

Myślę, że każdy może słuchać psalmów, bo są to teksty, które oczywiście mają swój wydźwięk religijny zarówno dla Żydów, jak i chrześcijan, ale mówią o uniwersalnych prawdach: o człowieku, o przeżywaniu codzienności, radości, a czasem o złości, gniewie, o stawaniu w prawdzie wobec siebie i Boga. Nie przewiduję, że będą to utwory słuchane na prywatkach, natomiast wierzę w to, że w każdym z nas jest taka część refleksji i potrzebujemy takiego zatrzymania w tym pędzącym świecie, by móc wsłuchać się w głos nadziei, której w tych psalmach jest naprawdę dużo. Dobro jest dostępne dla każdego i jest blisko nas.

Anna Wyszkoni przerywa milczenie. „To choroba, z którą żyje się do końca”

– Każdy, kto słyszy taką diagnozę reaguje podobnie. Najpierw pojawia się strach o życie, później obawa o śpiewanie. To był bardzo trudny czas, ale...

zobacz więcej

A Pani w jakim jest teraz momencie życia, również poza muzyką?

W takim dobrym, ponieważ jestem szczęśliwa. Muzyka faktycznie wypełnia dużą część mnie, natomiast cieszę się z małych, prostych rzeczy, z bycia blisko mojej rodziny. Mam cudownego bratanka i bratanicę, a przebywanie z nimi daje mi ogromną radość, również z moimi przyjaciółmi. Ważne jest też realizowanie się poza muzyką...

Jakieś pasje?

Nie wiem, czy to można nazwać pasją, ale mam marzenie, żeby się zapisać na akrobatykę, by móc robić szpagaty i salto. Interesuję się też psychologią śpiewania, czyli jak nasze codzienne funkcjonowanie wpływa na nasz głos, brzmienie. Człowiek i jego poznawanie jest też dla mnie pasją.

Życzę, aby udało się nie tylko z psalmami, ale także z realizacją marzeń. Dziękuję za rozmowę.

źródło:
Zobacz więcej