TYLKO U NAS

Wszyscy ludzie prezydenta. Komu Donald Trump już powiedział „zwalniam cię”

Katarzyna Chojnowska aktualizacja: 16:13 wyślijdrukuj
fot
W niespełna 8 miesięcy z pięciu doradców, z którymi Donald Trump zaczynał urzędowanie, został zaledwie jeden (fot. REUTERS/Jonathan Ernst)

20 stycznia Donald Trump został zaprzysiężony na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przed zaprzysiężeniem wszyscy zastanawiali się, kto znajdzie się w ekipie nowej głowy Białego Domu. Po zaprzysiężeniu było już wiadomo, że jedną z gwiazd zostanie rzecznik Sean Spicer. Ale tak on, jak i czterech z pięciu najbliższych współpracowników Trumpa, nie przetrwał próby czasu.

45. prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump jeszcze kilka lat temu znany był raczej z gigantycznego majątku i… telewizyjnego programu „The Apprentice”. Przez czternaście sezonów z rzędu Trump oceniał biznesowe umiejętności praktykantów. Pod koniec każdego z odcinków jeden z uczestników słyszał charakterystyczne: „you’re fired”. Wyrażenie, które dla Trumpa stało się do tego stopnia ikoniczne, że plakat z takim sformułowaniem zawisł na noszącym jego imię budynku na Manhattanie.

– Myślę, że Donald Trump nie lubi zwalniać ludzi, kropka – stwierdził jeszcze niedawno Newt Gingrichdoradca i przyjaciel prezydenta na antenie Fox News.

Tymczasem ostatnie miesiące pokazują, że ze zwalnianiem współpracowników Donald Trump nie ma większych problemów. Co nie oznacza, że „wylatują” za pierwsze przewinienia. Gdy Trump chciał przeforsować reformę służby zdrowia, która miała zastąpić „Obamacare” przed wielotysięcznym tłumem żartował, że z posada pożegna się Sekretarz Zdrowia i Opieki Społecznej. – Lepiej, żeby zdobył (głosy – przyp. red.). W innym wypadku będę musiał mu powiedzieć „Tom, jesteś zwolniony” – zapowiadał Donald Trump.

Republikanie i sam prezydent ponieśli na tym polu prestiżową porażkę. Trzech ich własnych senatorów wyłamało się podczas głosowania. A tymczasem Tom Price posadę zachował i na jaw musiały wyjść luksusowe podróże ministra zdrowia na koszt podatników, by podał się do dymisji.

Pomimo pewnej niechęci do pozbywania się współpracowników, ci jednak Trumpa opuszczają. Price stał się tylko ostatnim z całego szeregu byłych ludzi prezydenta.
Sally Yates – za niesubordynację

Kto w drużynie przyszłego prezydenta USA? – zastanawiali się w listopadzie ubiegłego roku dziennikarze. Pewniaki były dwa – Reince Priebus i Steve Bannon. Pierwszy był jednym z najdłużej urzędujących szefów Partii Republikańskiej, drugi – specjalistą od gaszenia pożarów, głównym strategiem Trumpa. Obu nie ma już w Białym Domu. Nie byli jednak pierwsi.

Serię zwolnień rozpoczęła Sally Yates. Pełniącą obowiązki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Yates została powołana jeszcze przez Baracka Obamę. W styczniu skrytykowała prezydencki dekret zakazujący wjazdu do USA obywatelom siedmiu państw muzułmańskich. Poinformowała też, że nie będzie bronić dekretu w sądach. Wtedy też ówczesny rzecznik prezydenta, Sean Spicer – bo ich też było już kilku – zarzucił jej że „zdradziła Departament Sprawiedliwości”.

– Jestem odpowiedzialna za to, by zapewnić że stanowisko, które zajmujemy przed sądem pozostaje w zgodzie z duchem tej instytucji, by szukać sprawiedliwości i zawsze stawać w obronie tego, co słuszne – mówiła wówczas Yates.

30 stycznia została dyscyplinarnie zwolniona za niesubordynację.

O byłej już p.o. prokurator generalnej zrobiło się głośno w maju, gdy stanęła przed podkomisją ds. przestępczości i terroryzmu, senackiej komisji sprawiedliwości. Yates, powiedziała wówczas, że dwukrotnie ostrzegała radcę prawnego Białego Domu o kłamstwach generała Michaela Flynna na temat jego kontaktów z rosyjskim ambasadorem. Tłumaczyła to obawą o to, że Flynn może być szantażowany przez Rosję. Sally Yates uczyniła dzisiaj „fałszywe media” niesłychanie nieszczęśliwymi – oprócz starych wiadomości nie powiedziała nic nowego – skomentował na Twitterze prezydent Donald Trump.
Flynn za kontakty z Rosją, Deare za krytykę

I to właśnie Flynn był drugą osobą, która musiała się pożegnać z Białym Domem. Zrezygnował zanim ruszyły przesłuchania przed senacką komisją. Dokładnie – został o rezygnację poproszony.

Michael Flynn opuścił Biały Dom, gdy wyszły na jaw jego kontakty z ambasadorem Rosji w Waszyngtonie, które ukrył przed współpracownikami i opinią publiczną. Doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego był najkrócej w historii – zaledwie trzy tygodnie i trzy dni.

– Niestety z powodu szybkiego tempa wydarzeń, nieumyślnie przedstawiłem wiceprezydentowi elektowi i innym niekompletne informacje dotyczące moich rozmów telefonicznych z rosyjskim ambasadorem. (...) Szczerze przeprosiłem prezydenta i wiceprezydenta, a oni przyjęli moje przeprosiny – napisał w liście rezygnacyjnym. Tłumaczenia Flynna musiały być przekonujące, ponieważ jeszcze miesiąc później w obronie byłego doradcy stawał prezydent Donald Trump. Sugerował, by postarał się o immunitet przed składaniem zeznań przed Kongresem. A sprawę nazwał „polowaniem czarownice”.

Na wstawiennictwo głowy Białego Domu nie mógł natomiast liczyć Craig Deare – szef Rady Bezpieczeństwa Narodowego Półkuli Zachodniej, który skrytykował prezydenta w prywatnej rozmowie. Ze stanowiskiem pożegnał się w lutym.
Masakra sobotniej nocy

Niespodziewanie w maju Donald Trump w trybie natychmiastowym zwolnił szefa FBI, Jamesa Comeya. Powodem było niewłaściwe prowadzenie śledztwa w sprawie obchodzenia się przez Hillary Clinton ze służbowymi e-mailami.

Później „New York Times” informował także, że Trump miał nakłaniać Comeya do zakończenia śledztwa kontrwywiadu FBI w sprawie Flynna. W Gabinecie Owalnym miał w rozmowie w cztery oczy zapewnić szefa FBI, że Flynn jest „przyzwoitym facetem” i odnosząc się do śledztwa, miał powiedzieć: Mam nadzieję, że da pan sobie z tym spokój.

W liście wysłanym do Jamesa Comeya, Donald Trump napisał, że nie jest on w stanie efektywnie kierować FBI i że potrzebne jest nowe kierownictwo agencji, które przywróci zaufanie do niej. Tymczasem Demokraci porównali zwolnienie Comeya do „masakry sobotniej nocy” w czasach prezydentury Richarda Nixona – zwolnienia w 1973 r. przez Nixona specjalnego prokuratora powołanego do zbadania zarzutów o nadużywanie przez niego władzy.
Problemy z komunikacją

Zasada „niech piszą jak chcą, byle nazwiska nie przekręcili” nie sprawdziła się w Białym Domu. Pierwszy z posadą pożegnał się w maju dyrektor ds. informacji Białego Domu Mike Dubke. Zanim dymisja została oficjalnie ogłoszona, „Politico” informowało, że Trump w ostatnich tygodniach zwierzał się swoim przyjaciołom, że jest niezadowolony z pracy Dubkego, obwiniając go za negatywne oceny prezydenta w amerykańskich mediach.

Sam Dubke swoją rezygnację motywował względami osobistymi. Odszedł po zaledwie trzech miesiącach, 90 dniach ciężkiej pracy polegającej głównie na gaszeniu pożarów wywoływanych przez rzecznika Białego Domu, Seana Spicera.

Sam Spicer także zrezygnował z pracy w lipcu. Parodie byłego rzecznika Białego Domu w wykonaniu Melissy McCarthy w „Saturday Night Live” przyczyniły się do rekordowej, największej w ciągu ostatnich 23 lat popularności programu.
 

Spicer sparodiował sam siebie podczas gali rozdania nagród Emmy. Chodziło o sytuację ze stycznia, gdy podczas konferencji oskarżył media o takie kadrowanie obrazu, aby pokazać, że w inauguracji prezydenta Donalda Trumpa uczestniczyło mniej ludzi.

– To był największy tłum, jakiego byliśmy świadkami przy okazji inauguracji. I kropka! – oświadczył Spicer.

Nowym rzecznikiem został Anthony Scaramucci i była to jedna z najbardziej kuriozalnych nominacji w Białym Domu. Na stanowisku przetrwał… 10 dni. „The Mooch” sprawił „New Yorkerowi” wspaniały prezent, bez ogródek mówiąc waszyngtońskiemu korespondentowi Ryanowi Lizzie, co myśli o Reince'ie Priebusie i Steve'ie Bannonie. Scaramucci nie przebierał też w słowach.

– Reince jest piep***nym paranoidalnym schizofrenikiem, to paranoik – miał stwierdzić. Z kolei odnosząc się do Bannona miał stwierdzić, że „nie jestem Stevem Bannonem, nie próbuję sam zrobić dobrze”.
Mocne uderzenie

Cios dla administracji Donalda Trumpa nadszedł jednak dopiero w ostatnich miesiącach. Najpierw – w lipcu – ze stanowiskiem pożegnał się szef personelu – jedna z najważniejszych osób w administracji – Reince Priebus. A to za sprawą… Anthony'ego Scaramucci’ego i jego słynnego wywiadu w „New York Times”. Scaramucci po objęciu stanowiska ogłosił, że jego głównym zadaniem będzie opanowanie wycieków tajnych informacji do prasy oraz zapowiedział, iż jeśli zajdzie taka konieczność to „zwolni wszystkich”, aby to osiągnąć. Podejrzewał, że odpowiedzialny jest za to właśnie Priebus. „Chciałbym podziękować Reince'owi Priebusowi za jego pracę oraz jego poświęcenie dla kraju. Wiele razem osiągnęliśmy i jestem z niego dumny” – napisał na Twitterze Donald Trump.

Drugi cios przyszedł 18 sierpnia. Nowa rzeczniczka Białego Domu Sarah Huckabee Sanders poinformowała, że ze stanowiska odchodzi strategiczny doradca prezydenta Donalda Trumpa Steve Bannon.

O dymisji mówiło się od jakiegoś czasu w związku z szeroko komentowaną reakcją prezydenta na zamieszki w Charlottesville. To właśnie Bannon – według mediów – miał przekonać prezydenta do złagodzenia swojej reakcji na wydarzenia w Charlottesville, aby nie antagonizować białych nacjonalistów. Ostatecznie z pięciu doradców, z którymi Donald Trump rozpoczynał urzędowanie, w ciągu niespełna ośmiu miesięcy został zaledwie jeden – wiceprezydent USA Mike Pence.

Price za latanie na koszt podatnika


Ostatnim z ludzi prezydenta, który odszedł był Tom Price, szef Departamentu Zdrowia. Znalazł się w ogniu krytyki za korzystanie z prywatnych odrzutowców podczas podróży służbowych. Amerykańskie media ujawniły, że loty kosztowały setki tysięcy dolarów.

Z drugiej strony Price nie miał ostatnio wysokich notowań u prezydenta. To właśnie on czuwał nad próbą, nieudaną , zniesienia systemu opieki medycznej czyli „Obamacare”.
Kto będzie następny?

Wczoraj w nocy prezydent Donald Trump znów uaktywnił się na Twitterze. Napisał, że Rex Tillerson nigdy nie groził, że zrezygnuje. Ten sam Tillerson, o którym prezydent tydzień temu pisał, że „marnuje czas na rozmowy” z Kim Dzong Unem.

To NBC podało informację, że na posiedzeniu zespołu ds. bezpieczeństwa narodowego Tillerson nazwał Trumpa „durniem”, a wiceprezydent Mike Pence musiał namawiać go do pozostania na stanowisku. 45. prezydent Stanów Zjednoczonych zapewnia, że pogłoski o konflikcie i rychłym odejściu sekretarza stanu to „fake news”. – Wiceprezydent nigdy nie namawiał mnie do pozostania na stanowisku, bo nigdy nie rozważałem rezygnacji – zapewnił na specjalnie zwołanej konferencji Tillerson.

Czy jest jednak pewne, że Tillerson pozostanie w Białym Domu? Amerykanie w takich sytuacjach mawiają często: w życiu pewne są tylko śmierć i podatki.

Wybrane dla Ciebie