Pogromca czołgów. Niezwykła historia polskiego karabinu przeciwpancernego wz.35

łz aktualizacja: 16:52 wyślijdrukuj
fot
Karabin przeciwpancerny wz.35 nie miał sobie równych podczas kampanii wrześniowej (fot. Wiki)

Po latach zastoju polski przemysł zbrojeniowy nabiera rozmachu. Hitem eksportowym są chociażby transportery opancerzone Rosomak, a wkrótce kontrakty może zdobyć karabinek MSBS Grot. Broń ta wpisuje się w piękną tradycję polskiej myśli technicznej, z której Polska, przed II wojną światową słynęła na świecie. Niestety, nie do końca należycie wykorzystaną, o czym świadczy choćby przykład karabinu przeciwpancernego wz. 35.

Kampania wrześniowa zakończyła się klęską Polaków, spowodowaną w znacznej mierze błędami w dowodzeniu. Jej rozmiary mogło zmniejszyć uzbrojenie, które wbrew pozorom – nie było najgorsze, a nawet pod wieloma względami przewyższało to używane przez Niemców i Rosjan.

Można jedynie już tylko spekulować, co by było gdyby bombowce PZL.37 Łoś, działa Boforsa kaliber 37 mm czy przede wszystkim karabiny przeciwpancerne wz.35 zostały należycie wykorzystane podczas kampanii wrześniowej. Czy jej przebieg mógł być inny? Broń ta Polaków od porażki pewnie by nie uchroniła, ale z pewnością napsułaby więcej krwi Niemcom i Rosjanom. Także straty po stronie obrońców byłyby prawdopodobnie mniejsze.

Szczególne miejsce w polskim arsenale Września 1939 zajmuje karabin przeciwpancerny wzór 1935 – broń nowatorska i niezwykle skuteczna. Dowódcy byli pod takim wrażeniem jej skuteczności, że… całkowicie utajnili projekt.

Intensywne zbrojenia

Zapotrzebowanie na dedykowaną broń przeciwpancerną pojawiło się po wojnie polsko-bolszewickiej. Nasze wojsko dysponowało nielicznymi czołgami i armatami polowymi kaliber 75 mm, zaś Armia Czerwona, choć ostatecznie pokonana i upokorzona przez Polaków – szybko zbroiła się, kładąc szczególny nacisk na broń pancerną.

Plan pięcioletni obowiązujący w latach 1928-32 zakładał rozbudowę przemysłu zbrojeniowego i stworzenie nowoczesnej armii. Polscy stratedzy wiedzieli, że pierwszym celem dla sowieckich czołgów będą równiny środkowej Polski. Broń przeciwpancerna była zatem jednym z priorytetów.
Karabiny miały bardzo długą lufę, która zapewniała pociskom ogromną prędkość (fot. Wiki)
W czasach gdy większość krajów Europy nadal traktowała czołgi jako uzupełnienie działań piechoty, nasi planiści przyjęli, że mogą one stanowić samodzielne jednostki, które są w stanie rozerwać każdą obronę. Zamiast skupiać się na jednym sposobie ich powstrzymania przygotowali cały system defensywny.

Nacierające czołgi miały być najpierw ostrzeliwane przez artylerię, następnie – z bliższej odległości – przez armaty przeciwpancerne, zaś gdy i to nie pomagało, pojazdy miały powstrzymywać mobilne jednostki piechoty z indywidualną bronią przeciwpancerną. Plan miał jeden szkopuł – brakowało sprzętu, ale przynajmniej było już wiadomo czego wojsko będzie potrzebowało w konflikcie nowego rodzaju.

Równoległe prace

Indywidualna broń przeciwpancerna została opracowana w Fabryce Karabinów w Warszawie przez zespół konstruktorów pod kierunkiem Józefa Maroszka. Prace rozpoczęto 1 sierpnia 1935 roku. Równolegle w Państwowej Wytwórni Amunicji Nr. 1 w Skarżysku Kamiennej rozpoczęto prace nad pociskiem do nowej broni.

Jako punkt wyjścia przyjęto broń myśliwską, ale szybko zorientowano się, że samo zwiększenie kalibru nic nie da. Trzeba było znaleźć inną sposób i skorzystano z metody niemieckiego inżyniera Hermanna Gerlicha, który ocenił, że optymalnym rozwiązaniem jest zapewnienie pociskowi wysokiej prędkości i energii. Podchwycony pomysł uzupełniono wieloma oryginalnymi rozwiązaniami. Przede wszystkim w odróżnieniu od innych tego typu konstrukcji postanowiono nie używać pocisków rdzeniowych, które przebijały pancerz dzięki mocnemu rdzeniowi. W tym przypadku użyto ołowianych pocisków kaliber 7,92 mm, podobnych do tych używanych w zwykłych karabinach.
Była jednak znacząca różnica. Dzięki niezwykle długiej lufie (1,2 metra) i silnemu ładunkowi prochowemu, pocisk osiągał ogromną prędkość – do 1275 metrów na sekundę. Nawet wystrzelony pod małym kątem nie rykoszetował, tylko wybijał w pancerzu korek dotkliwie raniąc lub zabijając członków załogi i niszcząc sprzęt.

Deszcz odłamków

Jeżeli pancerz był grubszy, pocisk wprawdzie rozpłaszczał się na nim, ale energia, którą przekazywał była tak wielka, że pancerz od środka pękał. Odrywające się od niego drobne, ale poruszające się z dużą prędkością kawałki, raziły załogę. Biorąc pod uwagę szybkostrzelność – nawet do 10 strzałów na minutę – szybko można było zatrzymać każdy niemiecki pojazd użyty podczas kampanii wrześniowej.

Były też pewne ograniczenia konstrukcyjne. Działania wysokich ciśnień przy strzelaniu, powodowało bardzo szybkie zużywanie się lufy. Często też łuski się w niej zakleszczały. Polscy inżynierowie i na to znaleźli rozwiązanie, opracowując nową łuskę i ładunek prochowy.

Pomijając szczegóły techniczne, warto jedynie napisać, że dzięki olbrzymiej energii pocisku wynoszącej około 12 tys. dżuli, można było przebić pancerz o grubości 33 mm z odległości 100 metrów, a 15-milimetrowy – z odległości 300 metrów. Maksymalny zasięg skuteczny był co prawda dość ograniczony, ale taka jest specyfika wszystkich karabinów przeciwpancernych.

Czego nie przewidzieli polscy planiści w latach 20. to gwałtowny wzrost potęgi Niemiec. Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy także nasi zachodni sąsiedzi postawili na intensywną militaryzację. Stworzyli też koncepcję wojny błyskawicznej, w której czołgi miały kluczowe znaczenie.
Pocisk wystrzelony z polskiego karabinu przebijał pancerz czołgów Panzer IV (fot. Wiki/Bundesarchiv)
Skuteczna broń

Gdy III Rzesza dokonała inwazji na Polskę rozpoczynając II wojnę światową, nasz kraj miał już niezwykle skuteczną broń przeciwpancerną. We wrześniu 1939 roku nawet najsilniej opancerzone niemieckie czołgi Panzer IV czy sowieckie T-35 przegrywały z pociskiem wystrzelonym z polskiego karabinu.

Sęk w tym, że dostępu do nich nie mieli... żołnierze. Dopiero w połowie lipca 1939 roku pierwsze egzemplarze weszły do użycia, a i to w mocno ograniczonym zakresie. To efekt wszechobecnej tajemnicy wojskowej. Projekt był tak utajniony, że oficjalnie miał być produkowany jedynie na eksport do Urugwaju, co też podkreślono w potocznej nazwie broni – „Ur”. Chodziło o to, żeby Niemcy nie dowiedzieli się nad czym pracują Polacy i nie wzmocnili pancerzy swoich czołgów, bądź nie założyli przed nimi metalowych ekranów, wówczas broń byłaby bowiem bezużyteczna.

Zestawy były dostarczane do jednostek już od 1938 roku w drewnianych skrzyniach z napisem „Nie wolno otwierać – sprzęt mierniczy” lub „Nie otwierać – sprzęt optyczny”. Skrzynie zawierające karabin, trzy zapasowe lufy i klucze do ich wymiany oraz trzy magazynki, były ukrywane w magazynach jako ściśle tajny zapas mobilizacyjny. Można je było otworzyć jedynie na rozkaz Ministra Spraw Wojskowych.

Zasady tajności przestrzegano z pełną skrupulatnością. Gdy odnotowywano przypadki naruszania plomb, otwarcia skrzyń czy ich zgubienia, Sztab Główny wysyłał specjalne komisje, które miały badać wszystkie przypadki.

Spóźniony rozkaz

Rozkaz otwarcia ściśle tajnych skrzyń wydano dopiero 15 lipca 1939 roku, ale i wówczas jedynie wybrani strzelcy oraz rusznikarze-zbrojmistrzowie otrzymali prawo do zapoznania się z obsługą broni. W tym czasie niemieccy dywersanci dokonywali już pierwszych aktów sabotażu i prowokacji, które niemiecka prasa podawała jako przykłady „polskiego terroru”.
Ledwie na tydzień przed wybuchem II wojny światowej wydano rozkaz powszechnego otwarcia skrzyń i przekazania broni żołnierzom. Szacuje się, że w tym czasie armia dysponowała około 3,5 tys. sztuk karabinów przeciwpancernych. Tymczasem zapotrzebowanie było znacznie większe i wiele oddziałów liniowych nie miało ich na wyposażeniu po niemieckim ataku.

Na szczęście karabiny przeciwpancerne były proste w obsłudze. Powszechnie stosowany zamek ślizgowo-obrotowy nie nastręczał żadnych trudności i szkolenie było szybkie. Z drugiej strony problemem było opracowanie taktyki dla użycia karabinów.

Bardzo szybko o skuteczności nieznanej im broni przekonali się Niemcy całkowicie zaskoczeni faktem, że obrońcy dysponują tego typu bronią. Po zakończeniu kampanii wrześniowej Wehrmacht przejął karabiny nadając im nazwę Panzerbüchse 35 (polnisch) – PzB 35 (p). Zostały wykorzystane między innymi podczas jednej z pierwszych operacji z użyciem komandosów, czyli ataku niemieckich spadochroniarzy na belgijską twierdzę Eben Emael. Tam potwierdziły swoją skuteczność.

Fucile controcarro 35(P)

Niemcy nie potrzebowali jednak polskich karabinów. Do których zresztą nie mieli amunicji czy części zamiennych. Potrzebowali masowej broni i opracowali własną – Panzerbüchse 39. Wycofane w końcem 1940 roku polskie karabiny sprzedali Włochom, którzy nazywali je fucile controcarro 35(P). Kilkadziesiąt sztuk trafiło też do walczącej z Sowietami Finlandii.
Z karabinów przeciwpancernych wz.35 korzystali także Finowie walczący z Sowietami (fot. SA-kuva)
Także radzieckim wojskowym spodobała się polska konstrukcja. Na podstawie broni przejętej po zakończeniu kampanii wrześniowej opracowali własne PTRD, wykorzystując w nich między innymi niektóre rozwiązania zamka opracowanego przez inż. Maroszka.

Rosjanie negatywnie ocenili natomiast ideę niewielkich pocisków wystrzeliwanych z dużą prędkością. Powiększyli kaliber, co w efekcie doprowadziło do tego, że musiano dwukrotnie zwiększyć wagę zestawu – z 9,45 kg do niemal 20 kg. To było z kolei dużym ograniczeniem dla żołnierzy frontowych. Co ciekawe, zmiany tylko w nieznacznym stopniu zwiększyły skuteczność broni.

Polskie karabiny przeciwpancerne trafiły także na Bliski Wschód. Ponoć w latach 80. podczas sowieckiej interwencji w Afganistanie mudżahedini zestrzelili z tej broni sowiecki śmigłowiec. Być może to tylko mit, faktem jednak jest, że po obaleniu Saddama Husajna amerykańscy żołnierze odkryli w irackich arsenałach kilka sztuk polskich karabinów.

Polski karabin przeciwpancerny wz. 35 to jedna z zapomnianych, choć najbardziej przełomowych broni w historii. Dziś stanowi ona chlubny dowód geniuszu polskich inżynierów. Jest także przykładem niepełnego niewykorzystania przewagi technologicznej. Takich przykładów było zresztą w historii naszej wojskowości więcej.
Ulepszanie najlepszej armaty

Przed II wojną światową Polska kupiła od szwedzkiej firmy Bofors licencję na produkcję armaty przeciwpancernej kaliber 37 mm. Zamiast produkować je na masową skalę polscy inżynierowie zaczęli ulepszać działko, które już wtedy było najlepsze na świecie. W efekcie we wrześniu 1939 roku polscy żołnierze mieli znacznie mniej egzemplarzy, niż mogliby mieć.

Warto też na chwilę zatrzymać się przy bombowcach PZL.37 Łoś. Oblatane w grudniu 1936 roku średnie bombowce były w tym okresie najlepsze na świecie w swojej klasie. Niestety, to nie ich najbardziej potrzebowała Polska zagrożona atakami ze strony III Rzeszy i ZSRR.

Bombowce to droga broń ofensywna. Zamiast nich bardziej potrzebne były nowoczesne myśliwce, które są bronią defensywną. We wrześniu 1939 roku właśnie myśliwce o wiele bardziej przydałyby się w walce z niemieckimi samolotami szturmowymi Ju-87, które obok czołgów były kluczowymi elementami niemieckiej strategii Blitzkriegu.

Wprowadzany obecnie karabinek MSBS kaliber 5,65 mm, na który wiele armii ostrzy sobie zęby, to pierwsza w historii Polski indywidualna broń strzelecka w całości zaprojektowana w kraju. Wpisuje się w piękną tradycją polskiej myśli technicznej i zbrojeniowej, będąc godnym następcą takich konstrukcji jak karabin przeciwpancerny wz.35 czy bombowce Łoś. Pozostaje mieć nadzieję, że nasi żołnierze nie będą musieli używać go na froncie.

Wybrane dla Ciebie