Ekstremalne metamorfozy. Aktorzy są w stanie wiele poświęcić dla roli

łz aktualizacja: 14:00 wyślijdrukuj
fot
Laureat Oscara Jared Leto dał się „oślepić” do roli, wcześniej zaś chorobliwie chudł (fot. materiały prasowe)

Schudnąć, żeby z człowieka zostały skóra i kości? Poddać się morderczemu treningowi bokserskiemu? Samo wydeklamowanie formułki i robienie min przed kamerą to dla wielu aktorów za mało. Niektórzy robią wiele, żeby jak najlepiej wcielić się w rolę, nawet ryzykują zdrowiem. Jednak właśnie dzięki takiemu poświęceniu Jared Leto czy Christian Bale podbijają serca publiczności.

Wymieniony w nagłówku Leto to osoba wszechstronnie uzdolniona. Jest nie tylko odnoszącym sukcesy i cenionym muzykiem rockowym, którego zespół „30 Seconds to Mars” ma rzeszę fanów. Gra na gitarze, śpiewa, koncertuje, zarabia duże pieniądze.

Aktorstwo nie jest dla niego jedynie miłym uzupełnieniem, jak na przykład dla Ryana Goslinga jeżdżenie z kapelą i granie rzewnych kawałków. Jared Leto spełnił się także w tej dziedzinie. Nie był jedynie uzupełnieniem filmów, chłopaczkiem z ładną buźką. Wyrósł na wybitnego aktora, którego angażowanie się w rolę stało się wręcz legendarne.

Kolejny popis

Jego kolejny – jak się wydaje – popis będziemy mogli obejrzeć na ekranach kin już w październiku. Leto wystąpił bowiem w filmie „Blade Runner 2049”, kontynuacji wybitnego obrazu Ridleya Scotta „Łowca androidów” z 1982 roku. Nie można jeszcze przesądzić, czy film będzie dobry, ale aktorstwo z pewnością tak.

Gosling na pewno będzie przykuwał uwagę kobiet, Harrison Ford powtarzający rolę Ricka Deckarda zapewne będzie ironiczny i wyluzowany, ale miłośnicy kina ostrzą sobie zęby na Leto. Gazety za oceanem sugerują, że wcielając się w rolę niejakiego Neandera Wallace'a specjalnie oślepł.

Oczywiście jest to tani chwyt medialny, ale trochę prawdy w tym jest. Bohater, którego gra Leto, jest niewidomy. Aktor twierdzi, że do przyjęcia roli zachęciło go imię postaci oraz scenariusz, ale z pewnością także wyzwanie, jak wiarygodnie zagrać osobę ociemniałą.
Przed występem w „Witaj w klubie” wcielający się w rolę transeksualisty z HIV Leto schudł do 52 kg (mat. pras.)
Żeby jak najlepiej wcielić się w rolę, Leto podczas zdjęć nosił specjalnie przygotowane soczewki, mętnego koloru, przez które faktycznie nic nie widział. W poruszaniu się na planie pomagali mu specjalni asystenci wynajęci przez producentów.

Groza i strach

– Wszyscy słyszeliśmy historie o Jaredzie Leto i o tym, jak potrafi zmienić się dla roli, ale nawet świadomość tego nie przygotowała mnie na to, co zobaczyłem na żywo – cmokał z zachwytu reżyser Denis Villeneuve w wywiadzie dla „The Wall Street Journal”.

– Prawie nic nie widział. Chodził z asystentem, który bardzo powoli go prowadził. To było jak oglądanie Jezusa stąpającego po świątyni. Na planie panowała absolutna cisza, co wzbudzało wręcz grozę i strach. Wszyscy na planie go podziwiali. To było tak poruszające, że prawie się popłakałem – opowiadał Villeneuve.

Sam aktor przyznał skromnie, że ta rola nie jest szczytem jego możliwości. – Nie zanurkowałem w króliczej norze tak bardzo, jak robiłem to w innych filmach – stwierdził skromnie.

Zapewne wie, co mówi. Widzowie się przekonają niedługo, a przecież pamiętają, że Leto niezwykle wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. Oczywiście na wczesnym etapie kariery miał ciekawe role, na przykład w „Podziemnym kręgu” czy „American Psycho”, ale zaczął też robić rzeczy, na jakie wielu aktorów by się nie zdobyło.
Christian Bale to mistrz transformacji (fot. mat. pras.)
Jak sięgnąć dna

Przed kręceniem dramatu psychologicznego „Requiem dla snu” Darrena Aronofskiego, w którym zagrał uzależnionego od heroiny Harry’ego Goldfarba, zamieszkał na ulicy, żeby poczuć, jak to jest sięgnąć dna. Do tego schudł 13 kilogramów, doprowadzając się do takiego stanu, że mógł w każdej chwili zemdleć na planie.

Przygotowując się do roli Marka Davida Chapmana, zabójcy Johna Lennona, w dramacie kryminalnym „Rozdział 27” z 2007 roku, z kolei przytył 30 kilogramów. Także to było sporym obciążeniem dla organizmu, lekarze przyznali, że intensywne tycie miało wpływ na jego zdrowie.

Bez reszty roli poświęcił się natomiast w filmie „Witaj w klubie” z 2013 roku, gdzie zagrał zakażonego HIV transseksualistę i narkomana o imieniu Rayon. Znów musiał schudnąć, tym razem do 52 kilogramów. – Do tego musiałem się depilować, zmienić głos na kobiecy, przyswoić dialekt – wspominał Leto.

Koledzy z planu przyznawali, że stał się nierozpoznawalny. – Nigdy nie poznałem Jareda Leto. Poznałem Rayonę. Nie znam Leto. Jared nigdy nie pokazał mi się jako Jared. Podczas pierwszego spotkania był Rayoną i próbował mnie uwieść. Całkowicie wszedł w rolę i nawet ubierał się jak Rayona – mówił obrazowo reżyser Jean-Marc Vallée.

Co za ładna dziewczyna

– Kiedy wszedłem na plan, na początku nie poznałem Matthew McConaugheya, a na widok Jareda pomyślałem: „co za ładna dziewczyna”. Weszli w role bez reszty – przyznał aktor Michael O'Neill.
Członkowie amerykańskiej Akademii Filmowej mieli w tym roku wyjątkowo łatwe zadanie. Nie było żadnych głosów niezadowolenia, gdy za wybitą rolę transseksualisty Leto otrzymał pierwszego Oscara. Sądząc po jego zaangażowaniu – z pewnością nie ostatniego.

Mistrzem w przemianach jest również, a może przede wszystkim, Christian Bale. Bez cienia przesady można powiedzieć, że jego kariera aktorska to chudnięcie, tycie i rzeźbienie sylwetki. Walijczyk został dostrzeżony już będąc dzieckiem, dzięki roli w wybitnym filmie „Imperium Słońca” Stevena Spielberga. Zagrał 11–letniego syna amerykańskiego dyplomaty, miłośnika lotnictwa, którego wojna chińsko–japońska oddzieliła od rodziny.

Wiele dziecięcych gwiazd nie radzi sobie potem w dorosłości. Bale jest jednak zaprzeczeniem tej zasady. Wyrósł na jednego z najlepszych aktorów swojego pokolenia, w znacznej mierze dzięki ogromnemu angażowaniu się w role.

Skóra i kości

Żeby w thrillerze „Mechanik” Brada Andersona z 2004 roku wcielić się w postać cierpiącego na bezsenność ślusarza schudł niemal 30 kilogramów. Po zaaplikowaniu skromnej diety, w postaci puszki tuńczyka i jednego jabłka dziennie, zostały z niego w zasadzie tylko skóra i kości. Był w takim stanie, że przysypiał na planie.

Jak na ironię, mimo swojego ogromnego poświęcenia aktor był krytykowany. – To żałosne, że dziennikarze uważają ten cały proces za chwyt reklamowy albo coś, co przychodzi z dnia na dzień, bez wysiłku. Na Boga, czy ludzie nie rozumieją, jaka to trauma? Myślą sobie: „O, ten to na pewno chudnie bez problemu, bo robił to już kilka razy”. Stanowczo podkreślam, że nie jest to ani łatwe, ani przyjemne. To okropne – przyznał potem w jednym z wywiadów.
Wcielając się w rolę Jake'a La Motty Robert de Niro przytył ponad 20 kg (fot. mat. pras.)
Przygotowując się do roli Batmana w pierwszym filmie Christophera Nolana, który miał premierę rok później, Bale przytył ponad 30 kilogramów, imponując muskulaturą. W kolejnym roku znów schudł ponad 25 kilogramów, żeby przekonująco zagrać niemieckiego pilota, więźnia wietnamskiego obozu jenieckiego.

Kolejne przemiany już nie były tak ekstremalne: a to dodatkowe 20 kilogramów mięśni do kolejnego występu w filmach o przygodach Batmana, a to znów 20 kilogramów mniej do roli upadłego boksera, który zostaje trenerem swojego młodszego brata w filmie „Fighter”, to znowu ponad 20 kilogramów do roli Batmana i „piwny mięsień” gdy grał kanciarza w obrazie „American Hustle”.

Opychał się ciastami

Wkrótce znów będziemy mogli oglądać Bale'a w nowej odsłonie. Aktor zagra Dicka Chaneya, wiceprezydenta w administracji George'a W. Busha w filmie Adama McKaya „Backseat”. Po raz kolejny musiał poważnie przytyć. Jak przyznał, jadł „bardzo dużo ciast”.

Ekstremalne oddawanie się roli popłaciło, ale trudno nie odnieść wrażenia, że w dość skromnym wymiarze. Bale ma na koncie tylko jednego Oscara – za „Fightera”. Aż trzy ma natomiast na koncie inny mistrz poświęcenia – Daniel Day-Lewis.

W przypadku Brytyjczyka wyraz perfekcjonizm nabiera nowego wymiaru. Z poświęceniem przygotowywał się do roli w filmie „Moja lewa stopa” z 1989 roku, o irlandzkim malarzu Christym Brownie urodzonym z mózgowym porażeniem dziecięcym, który mógł poruszać tylko lewą stopą. Day-Lewis regularnie odwiedzał wtedy klinikę Sandymount School Clinic w Dublinie, dla chorych z ograniczonymi możliwościami ruchowymi.
Daniel Day-Lewis nabawił się zapalenia płuc pracując nad rolą w „Gangach Nowego Jorku” (fot. mat. pras.)
By jeszcze lepiej zrozumieć ich zachowanie, nawet poza planem poruszał się na wózku inwalidzkim. A na planie, gdy musiał zmienić lokalizację, był noszony na rękach przez członków ekipy filmowej, też żeby lepiej wczuć się w rolę. Efekt – pierwszy Oskar.

Żył na pustyni

Przed występem w filmie „Ostatni Mohikanin” aktor spędził nieco czasu samotnie na pustyni w Arizonie, gdzie spał pod gołym niebem i jadł jedynie to, co udało mu się znaleźć lub upolować. Przed zagraniem złodziejaszka skazanego niesłusznie za terroryzm w filmie „W imię ojca”, kazał się zamknąć na dwie doby w więzieniu i prosił, żeby strażnicy budzili go co 15 minut i polewali zimną wodą.

Przy innej genialnej roli – także oskarowej – Billa „Rzeźnika” Cuttinga w „Gangach Nowego Jorku” Martina Scorsese, Day-Lewis praktykował u rzeźnika i przeszedł kurs posługiwania się nożem, co u tego aktora jest standardem. Chcąc wierniej odegrać XIX–wiecznego przestępcę zapadł na zapalenie płuc, bo nie chciał nosić ocieplanego płaszcza – argumentował, że takiego wynalazku w XIX–wiecznym Nowym Jorku nie znano.

O kursie bokserskim przed zagraniem terrorysty z IRA Danny'ego Flynna w filmie „Bokser” można najwyżej wspomnieć z kronikarskiej konieczności. Takie szkolenia przechodziło wielu aktorów, ale jeden, całkiem zasłużenie, za rolę pięściarza otrzymał Oskara. Choć akurat metamorfozę przeszedł nieco odmienną niż można było się spodziewać.

„Wściekły byk” to jeden z najwybitniejszych przykładów współpracy Scorsese w Robertem de Niro i kolejny dowód, jak aktor może poświecić się granej roli. Grając postać zmarłego w mijającym tygodniu, w wieku 95 lat boksera Jake'a La Motty, de Niro spędził z nim dużo czasu i chodził do niego na treningi.
Także Adrien Brody schudł szykując się do roli w „Pianiście” Romana Polańskiego (fot. mat. pras.)
Problemy z oddychaniem

To, co zrobiło największe wrażenie, to jednak ostatnia scena filmu, gdy bohater dokonuje rozliczenia z życiem. Żeby zagrać ten jeden epizod De Niro przytył 24 kilogramy. Jego organizm tak był obciążony, że aktor miał problemy z oddychaniem i pracę nad filmem trzeba było na jakiś czas zawiesić.

Z radykalnym chudnięciem musiał się również zmierzyć Adrien Brody przygotowując się do roli Władysława Szpilmana w „Pianiście” Romana Polańskiego. Aktor poszedł o krok dalej i żeby wierniej oddać uczucie osamotnienia bohatera, Żyda ukrywającego się w zniszczonej przez Niemców Warszawie, zmienił miejsce zamieszkania i przestał kontaktować się ze swoją partnerką. Oskar zasłużony.

Szans na nagrodę Akademii Filmowej nie miał koreański aktor Choi Min-sik, a przypuszczalnie nikt tak bardzo nie zaangażował się w rolę. Zgodnie ze scenariuszem filmu „Oldboy” postać grana przez Choia wychodzi z więzienia po 15 latach i mści się na wrogach. Będąc za kratami, każdy rok odsiadki zaznacza na ciele za pomocą rozżarzonego drutu. Koreańczyk nie dał się skusić na efekty specjalne i pozwalał przypalać swoje ciało.

Także aktorki są w stanie wiele znieść, żeby jak najpełniej oddać graną postać. Natalie Portman poszła za przykładem Leto czy Bale'a i też mocno schudła do filmu „Czarny łabędź”. 10 kilogramów mniej i katorżniczy trening baletowy zapewnił jej Oskara. Choć potem wybuchł mały skandal, gdy okazało się, że w tych krokach baletowych trochę pomógł jej komputer.
Charlize Theron przytyła 14 kg przygotowując się do roli w filmie „Monster” (fot. mat. pras.)
Seryjna morderczyni

Mocnego zapuszczenia się wymagała natomiast od Charlize Theron rola prostytutki i seryjnej morderczyni Aileen Wuornos w dramacie „Monster”. Zjawiskowo piękna południowoafrykańska aktorka przytyła do tej roli 14 kilogramów. Oskar również jak najbardziej zasłużony.

Theron zrzuciła zbędne kilogramy i nie miała potem problemów. Inna laureatka Oskara skończyła jednak z nieodwracalnymi zmianami organizmu. Salma Hayek, szykując się do roli malarki Fridy Kahlo w filmie „Frida” chciała mieć wąsy, jak bohaterka obrazu. Zaczęła więc golić sobie skórę nad górną wargą, aby pobudzić włosy do wzrostu. Ponieważ Hayek ma mocny, ciemny zarost, musi teraz regularnie usuwać wąsy za pomocą wosku.

– Wpakowałam się w problemy, bo teraz muszę stosować wosk, żeby nie mieć prawdziwych wąsów. Kiedy będę starsza, prawdopodobnie zacznę przypominać Pancho Villę – stwierdziła pół żartem pół serio w wywiadzie dla magazynu „Globe”.

Zmartwienie Salmy Hayek to niewielka cena. Wielu aktorów płaci o wiele więcej, żeby perfekcyjnie wcielić się w rolę. Właśnie tego oczekują widzowie.

Wybrane dla Ciebie