Widmo inwazji czy potiomkinowska wioska?

Inwazja na wschodnią flankę NATO, atak na Ukrainę, okupacja Białorusi. Te wszystkie scenariusze związane z ćwiczeniami rosyjsko-białoruskimi są mało realne. Co nie oznacza, że Zapad 2017 nie stanowi zagrożenia, zarówno w sferze bezpieczeństwa, jak i politycznej. Wskazuje na to bardzo aktywna dezinformacyjna operacja prowadzona przez Moskwę. Wszelka histeria nie jest jednak wskazana, bo służy Rosji. Co innego – daleko posunięta ostrożność i uważna obserwacja.

Ukryta „pancerna pięść”, czyli prawdziwa skala manewrów Zapad-2017

Oficjalnie w ćwiczeniach ma wziąć udział 12 700 żołnierzy. W rzeczywistości w Zapad-2017 może być zaangażowanych nawet dziesięć razy tyle ludzi -...

zobacz więcej

Oficjalnie Moskwa zapewnia, że Zapad 2017 nie są dla nikogo żadnym zagrożeniem, ale jednocześnie – nieoficjalnie – dba o to, by było jak najwięcej spekulacji na temat zagrożeń wynikających z manewrów. To wzmacnia wizerunek Rosji jako silnego i nieprzewidywalnego gracza.

Sądząc po reakcjach na Zachodzie, udało się Kremlowi osiągnąć cel, jakim było umocnienie wizerunku Rosji jako militarnej potęgi. Zapad 2017, a raczej towarzyszące ćwiczeniom działania informacyjne, mają utwierdzić USA w przekonaniu, że Rosja użyje konwencjonalnych i atomowych możliwości, aby powstrzymać działania przeciwko rosyjskim interesom. Dla Moskwy im więcej spekulacji, niedopowiedzeń i tajemnic wokół manewrów i ich faktycznych celów, tym lepiej.

Jak mówi rozgłośni Voice of America niezależny rosyjski analityk Aleksandr Goltz, nieprzewidywalność z wojskowego punktu widzenia to bardzo mocny argument. A skoro Rosji brakuje innych, właśnie ten będzie wykorzystywała coraz częściej.

– To część kampanii propagandowej, tego, co teraz nazywają doktryną naczelnika Sztabu Generalnego Gierasimowa, bo po raz pierwszy te idee zostały przedstawione w czasie jego wykładu w 2013 r. – mówi rosyjski ekspert.

„Nowe rosyjskie formacje istnieją, ale głównie na papierze”

– Moim zdaniem, w trakcie nadchodzących ćwiczeń ministerstwo obrony będzie próbowało ukrywać nie tyle wysoką, co właśnie niską gotowość bojową swoich wojskowych zgrupowań. Dlatego, że w ostatnich dwóch, trzech latach ogłoszono powstanie kilku dużych zgrupowań na kierunku zachodnim, powstała armia czołgowa, ale przy tym liczebność rosyjskich Sił Zbrojnych nie rośnie. To oznacza, że wszystkie nowe uderzeniowe formacje nie mają pełnego składu osobowego. To znaczy, że one istnieją, ale głównie na papierze – tłumaczy Goltz.

Krótko mówiąc, Zapad 2017 mają być czymś w rodzaju „potiomkinowskiej wioski”: sprawiać wrażenie wielkiej mocy armii rosyjskiej, która w rzeczywistości nie jest zbyt duża. Szczególnie w odniesieniu do NATO i USA – bo to ich potencjały Moskwa przyjmuje za punkt odniesienia.

Ale nawet przyjmując ten punkt widzenia, manewrów Zapad 2017 lekceważyć nie można.

Zapad 2017, czyli „stress test” wojennych mocy Rosji

Rozpoczynające się 14 września białorusko-rosyjskie manewry mają dwa zadania. Po pierwsze – postraszyć i utwierdzić Zachód w przekonaniu, że Rosja...

zobacz więcej

Czym grozi Zapad

Wykorzystanie przez Rosję ćwiczeń Zapad 2017 jako punktu wyjścia do operacji militarnej należy uznać za bardzo mało prawdopodobne. Po pierwsze, nie ma zmasowanej kampanii informacyjnej przeciwko państwu-celowi, usprawiedliwiającej atak. Po drugie, nie ma pewności co do braku lub ograniczonej reakcji NATO i USA. Wreszcie, Rosja nie jest militarnie i gospodarczo gotowa do regularnej wojny nie tylko z Zachodem, ale nawet z Kijowem.

Ale powody do obaw oczywiście są. Już sam fakt, że w przeszłości duże ćwiczenia były przykryciem dla przygotowania do wojny – w 2008 i 2014 zakrojone na wielką skalę ćwiczenia Rosja wykorzystała do przygotowania inwazji na Gruzję i Krym – dają pole do spekulacji. Na pewno Moskwa wykorzystuje Zapad do przesunięcia wielu jednostek na zachód – i nie chodzi wcale o Białoruś, ale o zwiększenie potencjału bojowego w eksklawie kaliningradzkiej i obwodach Zachodniego Okręgu Wojskowego.

Litwa wzmacnia kontrolę granicy

Co jeszcze musi alarmować sąsiadów? Na pewno fakt, że takie ćwiczenia odbywają się w pobliżu strategicznego tzw. korytarza suwalskiego, w bezpośrednim sąsiedztwie NATO. Jeśli chodzi o członków Sojuszu, największy niepokój wyraża Litwa, która chociażby obawia się próby ataku na ten korytarz, co odcięłoby kraje bałtyckie od reszty państw NATO.

Ze względu na duże siły zaangażowane w manewry, można się spodziewać dużej liczby incydentów, do których zwykle dochodzi nad Morzem Bałtyckim, np. naruszeń przestrzeni powietrznej. Prowokacje i możliwość demonstracji siły poprzez wtargnięcie na teren państw bałtyckich podczas tych ćwiczeń – to kolejne zagrożenie. Nic dziwnego, że Litwa wzmacnia kontrolę na 45-kilometrowej granicy z należącym do Rosji obwodem kaliningradzkim.

Czynnikiem ryzyka jest sytuacja polityczna w Moskwie. Na Kremlu nie wszyscy myślą tak samo. A zbliżające się wybory prezydenckie tylko zwiększają nerwowość i skłonność do podejmowania ryzyka. Polityka Rosji bywa coraz częściej irracjonalna i coraz częściej pragmatyka przegrywa z ideologią.

Ostatnia eskalacja napięcia w dyplomatycznych relacjach Waszyngtonu z Moskwą wymaga reakcji Kremla. Ostrej reakcji. Widać, że Putin nie chce tego robić na najwyższym poziomie – tutaj unika palenia mostów. Ale może za to uderzyć w interesy amerykańskie chociażby w Europie Wschodniej. Choć raczej nie drogą wojennej awantury.

NATO domaga się większego dostępu obserwatorów do manewrów Zapad

NATO wysyła obserwatorów na rosyjsko-białoruskie manewry Zapad-2017. Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg chce, by Moskwa i Mińsk umożliwiły...

zobacz więcej

Trudny tydzień dla Baćki

Białoruski wiceminister obrony generał Aleh Biełakonieu zapewnił, że po zakończeniu manewrów zarówno wojska białoruskie, jak i rosyjskie powrócą do swoich stałych punktów dyslokacji do 30 września.

– Manewry Zapad 2017 nie stanowią zagrożenia dla społeczności europejskiej, w tym w szczególności dla państw sąsiednich – oświadczył generał Biełakonieu, odnosząc się do wyrażanych od miesięcy obaw o wykorzystanie przez Moskwę ćwiczeń do rozlokowania wojsk dalej na zachód.

Brak jednak dowodów na twierdzenie, że Rosjanie chcą zostać na Białorusi. Infrastruktura i logistyka przygotowana obecnie dla nich ma charakter tymczasowy. Nie ma sygnałów o budowie infrastruktury pod stałą obecność rosyjskich wojsk. A pod namiotami nie zostaną – szczególnie, że za chwilę okres jesienno-zimowy.

Scenariusza krymskiego wobec Białorusi Rosjanie nie mogą zrealizować także z innego powodu. Nawet jeśli będzie ich tutaj więcej, niż deklarowane 3 000, to i tak jest to za mało. Po drugie zaś, aneksja Krymu została przygotowana już wcześniej „od wewnątrz” – bazy Floty Czarnomorskiej, liczna agentura FSB i GRU, liczne organizacje promoskiewskie wśród ludności rosyjskiej. Tymczasem Łukaszenka od dawna dba o lojalność struktur siłowych.

Rosja zbroi Białoruś?

Jeśli nie ludzie, to może tylko sprzęt? Zarzuty, że Rosja mogłaby pozostawić sprzęt wojskowy na Białorusi po przeprowadzeniu tam manewrów „to bufonada” – oświadczył 21 lipca wiceszef MSZ Rosji Grigorij Karasin. Skomentował tak wypowiedź naczelnego dowódcy sił lądowych USA w Europie gen. Bena Hodgesa o tym, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy w Europie Wschodniej, a także Ukraina są zaniepokojone, iż manewry Zapad-2017 mogą być „koniem trojańskim”, polegającym na pozostawieniu przez Rosję uzbrojenia na Białorusi. Tego wykluczyć nie można.

Jeśli Zapad 2017 jest dla Łukaszenki ryzykowny, to również z innych powodów. Wszelkie prowokacje i napięcia wywołane przez Rosjan grożą poprawiającym się ostatnio stosunkom Białorusi z Zachodem.

Nie da się do końca przewidzieć reakcji prezydenta Białorusi w przypadku rosyjskich prowokacji zwiększających napięcie z sąsiadami, których główną ofiarą byłby tak naprawdę Mińsk i prowadzona przezeń dotychczas polityka zagraniczna. I nie chodzi tylko o poprawne stosunki z Ukrainą.

„Rosja wykorzystuje ćwiczenia Zapad do uzyskiwania celów politycznych”

– To są nietransparentne manewry w związku z tym trzeba je obserwować i Polska oraz NATO to czynią – zapewnił w programie „Minęła 20” wiceminister...

zobacz więcej

Nowy front?

Ukraina będzie bardzo uważnie obserwowała białorusko-rosyjskie manewry Zapad 2017, gdyż traktuje je jako zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa – oświadczył 1 września prezydent Petro Poroszenko podczas wizyty w Charkowie na północnym wschodzie kraju.

Równolegle do ćwiczeń Zapad 2017 Rosja będzie przeprowadzać serię różnych przedsięwzięć bojowego przygotowania wzdłuż granicy z Ukrainą. Od początku lata można zaobserwować przerzut wojsk rosyjskich ku Ukrainie – nawet z tak odległych obszarów, jak zachodnia Syberia. Lwia część tych sił kierowana jest nie prosto na zachód (kierunek Białorusi i krajów bałtyckich), ale właśnie na południowy zachód, ku Ukrainie. Rosja jednak nie ma dziś takich sił przy granicach z Ukrainą, by zdecydować się na otwartą wojnę.

Nie można natomiast wykluczyć rosyjskich prowokacji podczas ćwiczeń Zapad 2017. Chociażby naruszania ukraińskiej przestrzeni powietrznej przez latające nad Białorusią rosyjskie samoloty. Gdyby ukraińska obrona przeciwlotnicza otworzyła do nich ogień, Moskwa oskarżyłaby Kijów o agresję przeciwko Państwu Związkowemu. To stawiałoby Mińsk w trudnym położeniu – Łukaszenka musiałby się określić w konflikcie rosyjsko-ukraińskim; dotychczas umiejętnie lawiruje.

Z północną Ukrainą tak łatwo nie pójdzie

Moskwa nie musi wprowadzać na terytorium Białorusi tysięcy żołnierzy i setek czołgów z nowo sformowanych armii. Wystarczy baza wojsk obrony przeciwlotniczej z formalnym zadaniem ochrony południowych granic Białorusi w przestrzeni powietrznej. Kilka–kilkanaście wyrzutni S-400 może zapewnić Rosji panowanie w powietrzu nad północną częścią Ukrainy – z Kijowem.

Zagrożenia wkroczeniem „zielonych ludzików” do północnej Ukrainy jednak nie ma. Choćby z tej racji, że w graniczących z Białorusią obwodach nie ma nastrojów prorosyjskich ani potencjalnej „piątej kolumny”, jaka została wykorzystana na Krymie i w Donbasie.

Zobacz więcej