TYLKO U NAS

Spekulant, badylarz, prywaciarz i chomikarz – PRL potrzebowało wrogów państwa

aktualizacja: 10:28 wyślijdrukuj
Antyspekulacyjne patrole wojska i milicji na bazarze Różyckiego, sierpień 1981 (fot. arch.PAP/CAF/Marek Broniarek)

„Lać w mordę” i nie sprzedawać kilku sztuk tego samego towaru jednej osobie radzili przechodnie pytani przez reportera „Dziennika Telewizyjnego” o walkę ze spekulantami. Władza przeciw nim wyprowadzała milicję i Państwową Inspekcję Handlową. Wojna o handel trwała przez wszystkie lata PRL-u.

– Działalność prywatnych zakładów rzemieślniczych jest społecznie przydatna, o ile ta grupa zawodowa nie bogaci się kosztem swoich klientów i państwa. Nie wiadomo, ilu mamy bezkarnie działających kombinatorów, którzy zarabiają miliony kosztem nas wszystkich – mówił reporter „Dziennika Telewizyjnego” w 1984 r. I przekonywał, że ludzie ci mają wspólne cechy. – Są pazerni, bezwzględni w interesach, czują pogardę do innych, którzy mają mniej od nich – wyliczał.

Handlarz – spekulant – wróg

Przykłady? Handlarz sprowadzał dżinsy i sprzedawał je na bazarze za 11 tys. zł; krawiec „załatwiał” sobie atrakcyjne tkaniny, których nie było szans kupić na rynku.

W połowie lat 80. przed sądem stanął człowiek, który codziennie rano kupował pieczywo w piekarni, a potem sprzedawał z zyskiem w miejscowości, w której nie było sklepu. To, że klienci byli zadowoleni, nie miało znaczenia – spekulant w czasach PRL był wrogiem kraju.

Historyk ze Szkoły Głównej Handlowej dr Andrzej Zawistowski wyjaśnia, że nazywano tak przede wszystkim ludzi, którzy łamali monopol państwa w obrocie jakimś towarem. W gruncie rzeczy byli to przedsiębiorczy obywatele, których propaganda chętnie wykorzystywała do pokazywania Polakom, kto jest winny złej sytuacji na rynku i wszechobecnych braków.
W ramach walki ze spekulantami, paserami i złodziejami służby PRL przeprowadzały liczne akcje. „Łapankę na spekulantów” zorganizowano w 1983 r. Efekt to 140 kg galaretki owocowej z najnowszą datą produkcji, wódka, papierosy i odzież.

Na front walki ze spekulacją rzucono wówczas 200 milicjantów, 130 żołnierzy WSW i kilkudziesięciu kontrolerów PIH. Ruszyli na największe w Lublinie targowisko. Zatrzymano wówczas 130 spekulantów, zarekwirowano 700 kg cukru, kilkaset butelek wódki, słodycze, konserwy, przeciery pomidorowe i kawę, a nawet zapałki.

Milicyjna akcja „Rynek”

Jesienią 1984 r. ruszyła akcja o kryptonimie „Rynek”. W mediach informowano, że na jednym z bazarów można było kupić aparaty telefoniczne za 4 tys. zł. Handlował nimi pracownik Radomskiej Wytwórni Telefonów; montował je ze skradzionych z fabryki elementów. W jego mieszkaniu odkryto kolejne 40 kompletów jeszcze niezłożonych aparatów.

W „Dzienniku” chwalono się, że zatrzymano też pracownika z fabryki wyrobów precyzyjnych im. Karola Świerczewskiego w Warszawie. Sprzedawał wyniesione z zakładu suwmiarki. Przy okazji wytknięto nieskuteczność procedur i działania straży przemysłowej i kontroli wewnętrznej w zakładach.
Do „pasożytów społecznych” zaliczano też często prywaciarzy i badylarzy, czyli osoby, które mimo wszechobecnego monopolu państwa nie bały się brać spraw w swoje ręce. Własna inicjatywa przedstawiana była jako działanie wrogie wobec kraju. Bo, jak zauważa dr Zawistowski, nie mogło być tak, że ktoś lepiej funkcjonował niż gospodarka centralnie sterowana.

Koncesje, domiary, wysoki czynsz

Aby utrudnić prywatną działalność, władza wprowadzała liczne przepisy, które piętrzyły trudności. Prywatni kupcy i producenci musieli starać się o koncesje. Utrudniano wynajem lokali lub żądano wysokich czynszów. Tuż po wojnie skutecznym batem na prywatną inicjatywę był domiar, czyli podatek naliczany temu, u kogo stwierdzono dochód wyższy od wcześniej zadeklarowanego. Zmorą było też odgórne ustalanie cen i marż.
Palec władzy wskazywał także na innego winowajcę – chomikarza, który kupował w nadmiernych ilościach, gromadził, a potem wymieniał. Aby z tym walczyć, wprowadzano limity dzienne sprzedaży.

Batalię toczono także na bazarach, na które co jakiś czas wkraczali milicjanci. Tu często trafiali na towary przywożone z zachodu. Na warszawskim lotnisku dziennie odprawiało się 6 tys. pasażerów. W wakacje celnicy rekwirowali 1,5 kg złota i 36 tys. dolarów.

Bitwa o handel

Pierwszą skuteczną bitwą przeciw prywatnej inicjatywie była ta o handel, wytoczona tuż po wojnie. Właścicielom sklepów, którzy zawyżali ceny, groziło do pięciu lat więzienia. Wprowadzono pierwsze koncesje i utrudnienia np. przy zakupie towarów w hurtowniach.

W ciągu dwóch lat do 1949 r. liczba prywatnych sklepów spadła z ponad 134 do 78 tys. Zastąpiły je Powszechne Domy Towarowe, które stworzyły sieć kilkudziesięciu wielkich domów towarowych.
Prywatną inicjatywę piętnowano na każdym kroku. Uczyniono z niej kozła ofiarnego winnego pustych półek w sklepach.

„ Lać w mordę”

Przechodnie pytani przez reportera „Dziennika Telewizyjnego”, jak walczyć ze spekulantami, radzili nie sprzedawać kilku sztuk tego samego towaru jednej osobie, prowadzić systematyczne naloty na bazary, przeznaczyć do walki więcej wojska i milicji, a nawet „lać w mordę”.

  Władza chętnie oficjalnie piętnowała tych, którzy zapełniali lukę rynkową. Jednak procederu nigdy nie wypleniono skutecznie, bo ludzie ci dostarczali często produkty pierwszej potrzeby, których w sklepach brakowało.

Wybrane dla Ciebie