TYLKO U NAS

„Wal, a potem się chowaj”. Polacy kontra najstraszniejsza armia świata

Adam Cissowski aktualizacja: 09:53 wyślijdrukuj
fot
40 Polaków zostało zaatakowanych przez Czerwonych Khmerów w nocy (fot. Stringer/REUTERS)

Była to mało znana misja, a zarazem pierwsza polska bitwa po II wojnie światowej. Większość z żołnierzy, którzy w latach 1992-1993 pojechali do Kambodży nigdy nie strzelała do ludzi i nawet nie spodziewała się, że ta umiejętność będzie im potrzebna. Gdy w środku nocy polską bazę zaatakowali Czerwoni Khmerzy, nasi nie poddali się, chociaż kazano im wywiesić białą flagę. – Ostrzeliwaliśmy napastników metodą: wal, a potem się chowaj – wspomina w książce „Pole śmierci” ich dowódca płk Wiesław Słoniewski.

W związku z zawarciem porozumień pokojowych, kończących trwającą od 1978 roku wojnę domową, Rada Bezpieczeństwa ONZ zdecydowała o wysłaniu w październiku 1991 roku Misji Przygotowawczej ONZ w Kambodży (UNAMIC). Miała ona za zadanie opracowanie założeń i przygotowanie gruntu pod pierwsze w tym kraju demokratyczne wybory. Nad ich przebiegiem miały czuwać Tymczasowa Administracja ONZ w Kambodży (UNTAC), a ochronę zapewnić międzynarodowe siły pokojowe.

Wśród nich znalazł się polski kontyngent wojskowy w składzie: batalion logistyczny, Centralna Składnica Zaopatrzenia i Wysunięta Baza Logistyczna (łącznie ok. 200–300 żołnierzy), który początkowo przygotowywany był do misji w Saharze Zachodniej. Do stolicy w Phnom Penh udali się oni latem 1992 roku, po zaledwie miesięcznym kursie szkoleniowym na potrzeby sił pokojowych ONZ. Polski kontyngent liczył około 700 osób, czyli znacznie więcej niż pierwotnie zakładano.
Polscy żołnierze w kambodżańskiej prowincji Kompong Thom (fot. z książki „Pole śmierci”)
Woda w cenie marihuany czy whisky

Pierwotnie trafili oni do byłego francuskiego klubu golfowego pod stolicą. Czekały na nich betonowe baraki bez moskitier i toalet, za to z mnóstwem insektów i węży. Wodę pitną, która nie doleciała, musieli kupować na straganie w tej samej cenie, co woreczek marihuany czy butelka whisky, czyli za dolara. Po dwutygodniowej aklimatyzacji, jak pisze w swojej książce Piotr Głuchowski, żołnierzy rozlokowano w bazach docelowych sześciu kompanii. Jedni trafili lepiej, inni „trochę gorzej”.

Wybrańcy, których skierowano na plażę koło Sihanoukville, dawnego francuskiego kurortu mieli jak na wakacjach – ciepłe morze i wydmy. 40 Polakom z czwartej kompanii przyszło stawiać namioty na podmokłym pustkowiu przy lotnisku w Siĕm Réab. Dalej była już tylko dżungla. – Nie mieli strojów odpowiednich dla tego klimatu, w bazie lała im się woda na głowę, nie mogli też odbierać ani wysyłać listów – wylicza Głuchowski.

Dostawali też najmniej pieniędzy ze wszystkich kontyngentów narodowych, a ze względu na to, że z gorąca powysiadały im agregaty chłodnicze, musieli na własny koszt żywić się sucharami i mięsem z puszek.
Msza św. w Sihanouxville na zdjęciu Jerzego Niedbały (fot. z książki „Pole śmierci”)
Konflikty i pokusy

Warunki klimatyczne, a także faktyczne odcięcie od świata powodowało konflikty wewnątrz kompanii. „Już po pięciu miesiącach służby w warunkach klimatu tropikalnego dochodziło do powstania pierwszych konfliktów między żołnierzami, którzy kwaterowali wspólnie w niewielkich pomieszczeniach” – pisał we wspomnieniach płk Kazimierz Zawiliński, przełożony wszystkich Polaków na misji UNTAC.

Pojawiła się też potrzeba zabicia czasu po zakończeniu obowiązków, a pokus w postaci alkoholu, narkotyków, a przede wszystkim tanich i często nieletnich prostytutek nie brakowało. – Ci ludzie mieli wtedy po 30 lat, wyjechali daleko od swoich żon, sióstr, matek i kochanek. Wyobrażam sobie tych facetów w miejscu, gdzie można się tanio napić i zamówić dziewczynę – tłumaczy Głuchowski. Zresztą kraje, takie jak: Kambodża, Wietnam czy Tajlandia od dawna uchodziły za krainy seksu i biznesu, w których moralność jest rozluźniona.
Wysadzanie laterytu podczas polskiej misji w Kambodży (fot. z książki „Pole śmierci”)
Obraz Kambodży rodem z filmu

Wyjazd na misję do Kambodży dla polskich logistyków, kierowców, magazynierów, mechaników samochodowych, księgowych czy tłumaczy miał być okazją do zarobienia pieniędzy. 500 dolarów miesięcznie, jakie stanowiła pensja oficera ONZ, to były półroczne zarobki komendanta ówczesnej szkoły w Polsce. Zadaniem kompanii było wspieranie transportu i dostaw operujących w obszarze Siĕm Réab żołnierzy z Francji i Bangladeszu. Ci ostatni mieli w zamian zapewnić naszym bezpieczeństwo.

Żaden z polskich wojskowych nigdy nie celował przecież do człowieka, a o zagrożeniu ze strony Czerwonych Khmerów nie zostali nawet uprzedzeni. – Oglądałem film Rolanda Joffé'a „Pola śmierci” i Kambodża kojarzyła mi się jak najgorzej: kraj zrujnowany, jeden wielki grób – wspominał Słoniewski. Problem w tym, że przekonanie, że Pol Pot to przeszłość było błędne. Czerwoni Khmerzy mieli się wciąż całkiem nieźle, kontrolowali trzy prowincje na zachodzie kraju, zajmowali się handlem, przemytem narkotyków i kontrolowaniem prostytucji. Mieli więc środki na prowadzenie działań zbrojnych.
Polacy w trakcie swojej misji budowali także mosty (fot. z książki „Pole śmierci”)
Wartownik z kijem i broń pod kluczem

W dżungli stworzyli oni pod wodzą Pol Pota quasi państwo oparte na skrajnym terrorze. Uaktywnili się niedługo po przyjeździe Polaków na misję, w kwietniu 1993 roku atakując osadę Chong Kneas, zaledwie 10 km od bazy 4. kompanii. – Wzdłuż całego północnego brzegu jeziora Tonle Sap unosiły się na wodzie setki trupów – pamięta do dzisiaj płk Słoniewski. Czerwoni Khmerzy uchodzili za najstraszniejszą armię świata, a wielu z nich spędziło na wojnie całe życie. Jak zauważa Piotr Głuchowski „byli okrutni, zdemoralizowani i przesiąknięci komunistyczną ideologią”.

Tymczasem bazy Polaków przez ten czas pilnował wartownik z kijem do przepędzania głodnych dzieci, a cała kompania była wyposażona była w 10 karabinów typu Ak-47, rakietnicę, kilka pistoletów TT i parę granatów, na wszelki wypadek... zamkniętych w magazynie. Tylko dzięki intuicji dowódcy w połowie kwietnia w obozie pojawiły się głębokie na 1,5 metra kanały, ciągnące się od namiotów aż po ogrodzenie. Ten labirynt okopów okazał bezcenny w czekających ich potyczce, do której nie mogli być przygotowani.
Budowane transzeje, które w momencie ataku Czerwonych Khmerów okazały się bezcenne (fot. z książki „Pole śmierci”)
Zaatakowani we śnie

Główne siły Pol Pota zaatakowały 3 maja miasto Siem Reab, którego broniły wojska rządowe, czyli Ludowe Siły Zbrojne Kambodży. Na polską bazę przy lotnisku Czerwoni Khmerzy napadli niespodziewanie w nocy, wyrywając żołnierzy ze snu. – W pierwszym od wojny boju wojska polskiego dowodziłem z początku w majtkach. Ostrzeliwaliśmy napastników metodą: wal, a potem się chowaj – relacjonował płk Wiesław Słoniewski. Trudno było oszacować liczbę napastników, ale mogła być ich nawet setka.

– Spadły na obóz rakiety, granaty, prowadzili bezpośredni ogień z broni ręcznej. Nie widziałem żołnierza w obozie, który poruszałby się inaczej niż czołgając – wspominał jeden z obrońców. – Gdy napastnicy docisnęli, kazałem porzucić kontenery i wycofać się w transzeje. Musieliśmy się ścieśnić, bronić mniejszej powierzchni, ale bardziej skutecznie – dodawał płk Słoniewski. Dowództwo z Phnom Penh, gdy dowiedziało się, że w 10 minut załoga wystrzelała dwa tysiące sztuk amunicji, czyli połowę stanu, rozkazało: „poddać się!”.
Krzysztof Frydrych i jego ciężki karabin maszynowy - CKM (fot. z książki „Pole śmierci”)
Niespełna półgodzinna potyczka

O wywieszaniu białej flagi, do czego zobowiązał ich dowódca batalionu płk Kazimierz Zawiliński, nie mogło być jednak mowy. – Gdy usłyszałem rozkaz poddania się udałem, że coś nam połączenie przerywa – wyjawia płk Słoniewski. Wszystko potoczyło się bardzo szybko i trwało raptem niecałe pół godziny, między 4.55 a 5.15 nad ranem. W efekcie nie wiadomo dokładnie ilu Khmerów zginęło, ale po polskiej strony straty były niewielkie – zaledwie jeden ranny żołnierz. Z odsieczą naszym przyszła w końcu Legia Cudzoziemska, ale starcie było już rozstrzygnięte.

Oficjalnie sprawa bitwy szybko okryła się tajemnicą, a to dlatego, że Polacy jako misja pokojowa nie mieli mandatu do działań zbrojnych. – Formalnie my się w ogóle nie powinniśmy bronić samodzielnie – zauważa płk Słoniewski. Gdyby jednak mieli polegać na żołnierzach z Bangladeszu, to nie wszyscy wyszliby z tego żywi. Skutkiem ubocznym była trauma, w wyniku której jeden z Polaków zamknął się w sobie, a inny wpadł w szał i został wysłany na leczenie. Ostatecznie bazę przedwcześnie opuściło kilkunastu żołnierzy.

– Ponieważ nie wykonałem rozkazu, złożyłem raport o zwolnieniu ze służby, ale został odrzucony i nikt więcej nie wspominał o niesubordynacji – kończy płk Wiesław Słoniewski. Więcej o bitwie Polaków z Czerwonymi Khmerami można przeczytać w książce Piotra Głuchowskiego – „Pole śmierci”.
  • 4. kompania stacjonująca przy lotnisku w Siĕm Réab (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • wasacz Kalinski (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • odprawa w sihanouksville (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • przegląd (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • oller most (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • starszy chorazy (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • ciezarowka (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • bomby (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • helikopter milewicza (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • RPO w Pursat (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • major wieslaw (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • Dziura po strzale (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • za workami (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • w namiocie (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • szef kompanii st chor jozef piotrowicz (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • zbrojownia (fot. z książki „Pole śmierci”)
  • gebka-trupp (fot. z książki „Pole śmierci”)

„Pole śmierci”, czyli nieznana bitwa Polaków z Czerwonymi Khmerami

Wybrane dla Ciebie