Polowanie na dziennik lekcyjny i wyprawkę szkolną. „Szkoła w służbie PRL”

aktualizacja: 09:00 wyślijdrukuj
(fot. TVP)

Jeden podręcznik na kilku uczniów, sala chemiczna bez bieżącej wody, permanentny niedobór papieru toaletowego i polowanie na wyprawkę szkolną. Z tym mierzyli się co roku 1 września uczniowie szkół za czasów PRL.

Nylonowe fartuchy, plakaty z gołąbkami pokoju, biało-czerwone goździki, przemówienia, przedstawiciele władz państwowych - inauguracja roku szkolnego łatwo wpisywała się komunistyczną narrację, „aby Polska Ludowa rosła w siłę”. Szkoła miała kształtować socjalistycznego ducha i odpowiednią postawę. Wszystko pod hasłem: „Służymy socjalistycznej ojczyźnie”.

Zjeżdżali więc włodarze z centrali i lokalni przedstawiciele administracji. W 1986 r. ogólnopolską inaugurację roku szkolnego zorganizowano w Cieszynie, gdzie miejscowy zespół szkół obchodził 90-lecie. Przyjechała minister oświaty, a nawet delegacje zakładów pracy. Ale kiedy podniosła atmosfera uroczystości relacjonowanej przez „Dziennik Telewizyjny” opadła, ukazywała się prawdziwa, centralnie sterowana rzeczywistość tamtych czasów. Podstawowy kłopot ucznia – problemy z podręcznikami. Talony na nowe książki dostawali tylko najlepsi, reszta musiała sobie „załatwić” komplet. Najczęściej kupowała je od kolegów z wyższych klas. Czasami niepotrzebne książki oddawano do szkoły i potem rozdzielano kolejnym rocznikom. Wieloletnie użytkowanie pozostawiało ślady – brakowało stron i okładek.
Polowanie na wyprawkę

We wrześniu 1984 r. w niektórych typach szkół brakowało podręczników. Reporter „Dziennika Telewizyjnego” badał ten problem w XXVI LO w Łodzi. Uczniowie szukali książek w antykwariatach, a nawet sięgali po podręczniki akademickie. Te jednak były bardzo drogie.

Na pomoc ruszyli rodzice. Jeden z ojców odbił w pracy kilka egzemplarzy, które przechowywano w klasie i wypożyczano pojedyncze egzemplarze. Uczono się wspólnie, dzięki temu jedna książka wystarczała dla kilku osób. – Pożyczam książkę od koleżanki z równoległej klasy, która ma lekcje łaciny w inne dni niż my – mówiła jedna z uczennic tego LO.

W czasach PRL, aby skompletować wyprawkę szkolną, trzeba było wykazać się nie lada zdolnościami czy znajomościami. W sklepach brakowało wszystkiego, na specjalne dostawy do sklepów można było liczyć dopiero u progu roku szkolnego. Już samo kupowanie zeszytów wymagało czasu i rozeznania, w którym sklepie, którego dnia rzucą zeszyty w linie, a w którym – w kratkę.
„Zasady higieny to punkt honoru uczniów”

– Czy szkolna toaleta może tak wyglądać? Nieprawdopodobne, a jednak – mówił reporter „Dziennika Telewizyjnego” w 1987 r. odwiedzając szkolę w Kalinowie–Czosnowie, a konkretnie jej toaletę, która wygrała też ogólnopolski konkurs: Nasza szkoła czysta i zdrowa. W klasach przygotowano kąciki czystości, czyli miednice z wodą i mydło. Hasła zapewniały, że przestrzeganie zasad higieny to punkt honoru uczniów tej szkoły. Jednak wspomnienia większości uczniów z tamtego okresu są zgoła inne.

Siedem rolek papieru toaletowego na głowę

Woda w kranach była zimna, brakowało mydła i papieru toaletowego. Tego ostatniego często nie było w prywatnych domach, a co dopiero w urzędach czy zakładach pracy. Kiedy pojawiał się w sklepach, wywoływał spore poruszenie, na ulicach można było spotkać ludzi ubranych w korale z rolek papieru.

W 1988 r. produkowano siedem rolek papieru toaletowego na głowę warszawiaka rocznie. Jeszcze gorzej było województwach wałbrzyskim czy jeleniogórskim – zaledwie cztery. Mawiało się, że życie w PRL jest „szare jak papier toaletowy i długie jak kolejki po niego”.
Złe oświetlenie i brak wody w laboratorium

Sporo zastrzeżeń miała w szkołach Państwowa Inspekcja Pracy. W 1986 r. sprawdziła szczecińskie placówki, a wyniki kontroli w „Dzienniku Telewizyjnym” oceniono jako szokujące. Warsztat Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 miał złe oświetlenie, uszkodzone narzędzia, brakowało wyposażenia. A przecież „uczeń szkoły zawodowej miał być przodownikiem pracy i postępu technicznego”. W laboratorium Zespołu Szkół Ekonomicznych nie było bieżącej wody. Odczynniki chemiczne przechowywano w pojemnikach po żywności. Nie było wentylacji. Józef Dominiczak z PIP mówił reporterowi „Dziennika Telewizyjnego”, że wszędzie tam, gdzie istnieją zagrożenia dla uczniów, Inspekcja wkracza z pełną stanowczością. – Ze szkół młodzież powinna wynieść określone wzorce – przekonywał.

Zajęcia sportowe na korytarzach

Niedobory wyposażenia były dniem powszednim w szkołach. Placówki były też przeludnione. W 1984 r. na warszawskim Gocławiu w jednej ze szkół zamiast 400 uczniów uczyło się 1 tys. dzieci. Budowane na szybko placówki nie miały sal gimnastycznych, zajęcia z wychowania fizycznego odbywały się na korytarzach.
Szkoła, której nie udało się wysadzić w powietrze

W 1984 r. do szkoły podstawowej w Gdańsku pod osłoną nocy wkradli się nastoletni uczniowie i próbowali ją wysadzić w powietrze. Odkręcili kurki z gazem, ale przeciąg, który spowodowało wybite okno, zapobiegł kumulacji gazu. Kolejnego dnia wrócili i odkręcili przeciwpożarowy hydrant. Milicja szybko wytypowała sprawców. Motywem okazał się... dziennik lekcyjny. Jeden z uczniów zdążył zaliczyć 13 dwój z języka polskiego. Ponieważ chłopcy nie mogli go znaleźć, postanowili wysadzić szkołę.

Wybrane dla Ciebie