TYLKO U NAS

Tysiąc kilometrów, by przełamać tabu i poprosić o pomoc dla chorych

aktualizacja: 09:30 wyślijdrukuj
fot
Łukasz Mizeracki w drodze (fot. Facebook/„Prosto przez Polskę”)

1100 km przez całą Polskę, na piechotę. Po to, by pobyć ze sobą samym, spotkać się z ludźmi i opowiedzieć im o idei pomocy hospicyjnej. Łukasz Mizeracki dzięki „podróży od serca”, która trwała prawie dwa miesiące, postanowił zwrócić uwagę na potrzeby Hospicjum Onkologicznego Świętego Krzysztofa na warszawskim Ursynowie. A w drodze spotkało go kilka niespodzianek. I „pogodził się z przebiegiem spraw”.

Łukasz Mizeracki przeszedł Polskę po przekątnej, z Bieszczadzkiego Parku Narodowego przez Jędrzejów, Włoszczową, Chrząstwę, Sieradz, Oborniki aż do Świnoujścia. Mówi o sobie, że lubi chodzić, ale określenie „chodzenie” to w tym przypadku zbyt mało. Sport, trekking to jego pasje. Do tej pory najdłuższą trasą, którą przeszedł, liczyła 900 km.

– Pierwszy raz w długą trasę wybrałem się drogą św. Jakuba z granicy francusko-hiszpańskiej do Santiago de Compostela, a potem jeszcze kawałek nad Atlantyk. Przeszedłem wtedy ok. 900 km. Przez Polskę zrobiłem ok. 1100 km. Po camino spodziewałem się, że trasa będzie bardziej dzika, odludna i średniowieczna. Myślałem, że będę wędrował po bezdrożach. A trasa jest pełna ludzi i dość skomercjalizowana. Dopiero tu, w Polsce na wielu odcinkach miałem wrażenie, że wędruję po miejscach dość odludnych, przez lasy. Trasę miałem wytyczoną dość pobieżnie. Rano sprawdzałem, w którą stroną idę i szedłem tak długo, na ile starczało mi sił – powiedział Łukasz Mizeracki portalowi tvp.info. O swojej podróży przez Polskę i spotkaniach z ludźmi opowiadał na profilu na Facebooku, pt. „Prosto przez Polskę”.
Suma doświadczeń

„Rok temu w moim życiu zaszła duża zmiana. Moja mama trafiła do hospicjum. Nie cieszy mnie fakt, że tam była, ale cieszę się, że w tym właśnie. Jestem przekonany, że to wspaniałe miejsce i czuję potrzebę odwdzięczenia się za dobroć, jaką tam otrzymaliśmy. Wcześniej niewiele wiedziałem o tym, jak funkcjonują hospicja. Myślę też, że nie jest to wiedza powszechna. Chciałbym więc przy okazji mojej wyprawy nieco przybliżyć ten temat. Jasne jest też, że działalność hospicjum wymaga finansowania i do takiej pomocy również zachęcam” – napisał na swoim fanpage’u, który śledzi prawie 900 osób.

Na plażę nad Bałtykiem dotarł 22 lipca. Czekał na niego... komitet powitalny.



Pytany o dni szczególne odpowiada, że każdy miał swoje znaczenie. – Cała podróż była sumą doświadczeń. Bywały dni, gdy spotykałem wielu ludzi, bywały takie, że przez 40 kilometrów nie spotkałem żywego ducha. Odpowiadało mi to, że te dni się przeplatały. Ciekawy był np. jeden z dni, gdy dotarłem już niedaleko Goleniowa. Ze trzy osoby rozpoznały mnie na ulicy i pozdrawiały. Na początku nie wiedziałem, co się dzieje, potem uświadomiłem sobie, że musieli czytać mój fanpage – opowiada Łukasz Mizeracki.
Życie koryguje plany

Zanim wyruszył, planował noclegi w plenerze, gdzieś w leśnej głuszy. Życie, a właściwie spotykani po drodze ludzie, skorygowało te plany.

– Gdy wyruszyłem, nie zakładałem, że ludzie będą mi pomagać. Miałem nocować na dziko, w namiocie albo na hamaku rozpiętym między drzewami w lesie. Nie miałem ścisłego planu. Chciałem pokazać, że warto ufać ludziom i liczyć na nich. Trzeba jednak pamiętać o tym, że inni nie wiedzą z góry, że potrzebna nam pomoc, że czegoś potrzebujemy. Trzeba dawać sygnały. Właściwie każdego dnia miałem gdzie nocować. Codziennie ktoś oferował mi pomoc – mówi.

Na trasie czekali ludzie, którzy koniecznie chcieli się z nim spotkać, pogadać i ugościć czymś pysznym. Np. świeżo usmażonym schabowym.
Poczucie „bycia w drodze”

– Na początku spontanicznie pukałem do drzwi jakiegoś domu i pytałem o nocleg. Potem zmieniłem taktykę, przypomniałem sobie o Facebooku i o moich wpisach. Nie byłem człowiekiem znikąd, odludkiem z lasu, dzięki profilowi „Prosto przez Polskę” byłem wiarygodny. Pisałem na forach różnych miast, że przychodzę, pytałem, czy ktoś ma ochotę się ze mną przejść, porozmawiać, potowarzyszyć mi chwilę. Wspominałem, że jeśli ktoś chciałby mi udzielić noclegu, to będzie super. I ludzie przychodzili się za mną spotkać i proponowali mi też, żebym u nich spał – opowiada Łukasz Mizeracki.

Choć po drodze zdarzały się chwile zwątpienia i nękały go kontuzje, osiągnął cel. – Im bliżej byłem Świnoujścia, tym bardziej rósł mój entuzjazm. Cieszyłem się, że się uda. Zniechęcenie pojawiało się raczej na początku, podczas samotnej wędrówki. Po czterech czy pięciu dniach doszedłem do drogi, na której zobaczyłem znak drogowy, który pokazywał, że ile kilometrów jest do Warszawy. Pomyślałem, że gdybym wsiadł do jakiegoś samochodu, to niedługo byłbym w domu, a jeśli będę iść, to niedługo znajdę się za lasem. Poszedłem jednak dalej. Niosła mnie adrenalina, poczucie „bycia w drodze”. A potem pojawiła się kontuzja, zapalenie ścięgna i musiałem zrobić sobie dwa tygodnie przerwy. Wróciłem na trasę, bo tego chciałem – mówi.

„Hospicjum to powrót do domu”

Hospicjum przy ul. Pileckiego 105 na warszawskim Ursynowie, które działa pod opieką Fundacji Hospicjum Onkologicznego św. Krzysztofa, w 1996 r. przyjęło pierwszych 23 pacjentów. Wcześniej działało jako hospicjum domowe. W 2009 r. zostało rozbudowane, teraz opieką hospicjum stacjonarnego może być objętych jednocześnie 34 chorych.

Nad chorymi czuwa zespół pielęgniarek, lekarzy, psychologów i rehabilitantów. Pomagają nie tylko chorym, ale i ich rodzinom.

Każdego roku opieką paliatywną objętych jest około 2000 chorych w opiece domowej oraz ok. 1000 pacjentów w hospicjum stacjonarnym.

Jedno z haseł, które znajdziemy na stronie FHO brzmi: „Hospicjum to nie jest miejsce, gdzie się umiera. Hospicjum to powrót do domu”.

Żeby pomagać, trzeba mieć jednak fundusze. A tych ciągle brakuje. „W FHO brakuje artykułów spożywczych, higienicznych i biurowych, Funkcjonowanie naszej placówki jest coraz trudniejsze. Te środki, które pozyskujemy, nie pokrywają nawet w 80 proc. kosztów opieki, które ponosimy” – tłumaczy Fundacja i prosi o wsparcie.

Kolejnym problemem hospicjum są tzw. nadwykonania – tylko w pierwszym półroczu kosztowały FHO dodatkowe 270 tysięcy złotych. „Robimy, co do nas należy. Do tej pory nie musieliśmy stawać przed dylematem: nie mamy pieniędzy, nie przyjmujemy. Ten problem może wkrótce stać się realny” – tłumaczy Fundacja. Co roku trzeba też pamiętać o tym, by mądrze wykorzystać jeden proc. swojego podatku. Można go przekazać hospicjum.



Pacjenci i ich rodziny pytani o hospicjum mówią o życiu bez bólu, o bezpieczeństwie i godności.
„Wielu osobom otworzyły się oczy”

– Na Facebooku przy każdym wpisie zachęcałem ludzi, żeby odwiedzili stronę Fundacji Hospicjum Onkologicznego św. Krzysztofa w Warszawie. Chciałem, żeby sami zobaczyli, jak można pomóc, co tam się dzieje. Nie chciałem nikogo do niczego namawiać. Sam nie lubię, gdy ktoś mnie do czegoś na siłę przekonuje. Gdy ludzie pytali, dlaczego wybrałem się w taką podróż, zaczynałem opowiadać. Często nawiązywała się rozmowa, mówili o swoich doświadczeniach związanych z chorobami nowotworowymi, o rodzinie. Ja opowiadałem o mamie, która umarła w hospicjum. Może te moje rozmowy wywołały kolejne, wśród znajomych i przyjaciół tych, których spotkałem. Wiem z doświadczenia, że często ludzie nie chcą mówić o nowotworze, o śmierci, boją się tego, nie potrafią znaleźć słów. Wiele osób ma też wypaczony obraz hospicjum. Sam niewiele wiedziałem, zanim moja mama nie zachorowała. Gdy szukałem takiego miejsca dla mamy, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Myślę, że wielu osobom teraz otworzyły się oczy – opowiada Łukasz Mizeracki.

– Ludzie wolną unikać tematu śmierci i choroby, to dla nich za trudne. Czasem miałem wrażenie, że z nikim, tak jak ze mną, o tym nie rozmawiali. A przecież to nie jest temat tabu. I nie ma tych jedynych, mądrych słów. Mnie samemu to dobrze zrobiło. Dzięki temu, że publicznie opowiadałem o swoich doświadczeniach, pogodziłem się w pewien sposób z przebiegiem spraw – tłumaczy.

Kolejne wyprawy

Podróżnik musi być w podróży. Gdy kończy jedną, już zaczyna planować drugą. A może i trzecią. – Kolejna wyprawa będzie wzdłuż wybrzeża Bałtyku, najchętniej brzegiem morza, po plaży, z wiatrem wiejącym w plecy. To będzie tylko ok. 500 km, początek w Świnoujściu – mówi Łukasz Mizeracki.

Wybrane dla Ciebie