TYLKO U NAS

Czysta robota kasiarzy. Ukradli miliony, wpadli przez kobiety

łz aktualizacja: 18:00 wyślijdrukuj
fot
Sprawcy usłyszeli wysokie wyroki (fot. arch.PAP/CAF/Eugeniusz Wołoszczuk)

Sztama ze skarbnikiem, wywiercony otwór w suficie, pończochy na twarzach, związany i zakneblowany strażnik, wywiezienie autem marki warszawa 12 mln zł. Tak wyglądał wirtuozerski napad na bank w Wołowie na Dolnym Śląsku. Łupem kasiarzy padła równowartość 8 tysięcy ówczesnym średnich pensji. Wszystkich rabusiów złapano, stosując najnowsze zdobycze kryminalistyki. Mija właśnie 55 lat od skoku stulecia.

Tło

Ponure czasy reżimu socjalistycznego w połowie rządów Władysława Gomułki. Podsłuchy, inwigilacja. Kasiarze nie mają łatwego życia. Ręce świerzbią, banki – złodziejski Mount Everest – stoją, ale nie ma jak na nie napadać. Służby skutecznie utrudniają działanie zorganizowanym grupom.

Półświatek jednak żyje. Leopold Tyrmand w „Złym” opisuje, że „porządni” gangsterzy pochowali się w jeszcze głębszych odmętach. Zakamuflowani boją się wychynąć i zorganizować „fest robotę”. Śmiałkowie się jednak znajdują.

Miejsce

Wołów ma jeden bank, ciągle wykorzystywaną pamiątkę po czasach kapitalizmu. Do tej filii Narodowego Banku Polskiego we Wrocławiu trafiają utargi ze wszystkich okolicznych agencji handlowych. Skrytki zawierają także pieniądze na wypłaty większości zatrudnionych w mieście oraz osób pracujących w okolicznych zakładach produkcyjnych i PGR-ach.

Poniemiecki budynek kusi. W banku pracuje dwóch etatowych strażników. Mało. Jeden pójdzie na urlop, drugi ma wychodne i dostęp do skarbonki jest.

Cel

Rabusie wiedzą, że w kasie są grube miliony. Ile? Już po napadzie są rozbieżności. 12 022 830 zł, 12,5 mln zł. – Dokładnie pamiętam sumę 12 milionów 531 tysięcy złotych – zeznaje kasjerka Janina Kardas. Banknoty mają nominały 100 i 500 zł. 3,5 miliona w banknotach używanych. Średnia pensja wynosiła wtedy 1680 zł. Można więc za te miliony nieźle żyć.
Herszt

Mieczysław F. to właściciel zakładu elektrotechnicznego. Zamożny, jak na te czasy. Kraść nie musi. Złodziejski interes wietrzy jednak najpewniej podczas remontu instalacji na terenie banku. Może podsłuchał, jakie kwoty trafiają do placówki. Sam numeru nie wykona. Potrzebuje wspólników. Jest maj 1962 roku.

Szajka

Idealny kandydat na wspólnika numer jeden to Józef S., kolega F. od kart, właściciel zakładu rymarskiego. Mówi: nie. Ale potem zmienia zdanie. Zwęszył kasę. Potrzebny im transport. Trafia się więc Wiktor K., prywaciarz, właściciel taksówki marki warszawa. To już trzech. Można planować.

Rekonesans

F. i K. regularnie odwiedzają bank, wykonują rozliczenia i obserwują. Ukradkiem obserwują zabezpieczenia, układ pomieszczeń. Dokładnie przyglądają się strażnikom, ich zwyczajom. K. obserwuje zwyczaje rodzin mieszkających w pobliżu banku – czy chodzą po nocach, robią coś niespodziewanego.

Sztama

Wiedza na temat samego banku wciąż jednak kuleje. Do spóły szajka potrzebuje kogoś „ze środka”. Jest kandydat. Kasjer. Rudolf D. Lubi wypić, a w domu mu się nie przelewa. Zgadza się pomóc, ale tylko F. ma znać jego tożsamość. Sztymuje. D. zbiera informacje o kwotach, które trafiają do banku i wybiera termin. Załatwia odcisk kluczy do sejfu. Proponuje zmianę planu, bo obecny jest zbyt ryzykowny. Zamiast od frontu proponuje wejść od podwórza przez Bank Rolny i dostać się do NBP przez strop. Faktycznie – są do tego powody.
Budynek w Wołowie, w którym w czasach PRL mieścił się bank (fot. mar/fotopolska.eu)
Kasjer wskazuje również, że pieniądze są w banderolach, a ich numery są znane. Racja. Ustala z F., że po napadzie banknoty pozostaną w ukryciu przez trzy lata.

Fachura

Ciągle mało osób, a robota trudna. Potrzeba specjalisty od stropów. Dokooptowano Jana T., właściciela zakładu mechanicznego w Obornikach Śląskich. Wie, jak przebijać beton, ma sprzęt, kwalifikacje, interesuje się włamaniami.

T. testuje sposoby przebijania się przez zbrojony strop. Łatwo nie jest. Robota zabiera cenny czas. Pojawia się pomysł – może podnośnikiem samochodowym? Dobra, jest. T. jednak wciąż się waha.

Spec od mokrej roboty

Wciąż brakuje ludzi. Kto unieszkodliwi wartownika? Na razie towarzystwo eleganckie, żaden nie złamał prawa. Tydzień przed skokiem na scenę wkraczają Mikołaj K. i brat Mieczysława F., Alfred. Organizują dwa pistolety – kaliber 6,35 i niezawodną tetetkę.

Ostateczny plan

Mikołaj K. wschodzi do banku z Alfredem F. od podwórza. Pierwszy chowa się pod schodami, drugi w kiblu. Brat herszta ma otworzyć drzwi reszcie chłopaków. Mieczysław F. i Józef K. otwierają i czyszczą sejf. Wiktor K. odbiera pieniądze i ucieka z szajką swoją warszawą. Na pograniczu Wołowa łup trafia do Jana T. Pieniądze znikają.
Zmiana planu

Do skoku ma dojść w nocy z 11 na 12 sierpnia. Rudolf D. daje jednak znać, że w kasie są ledwie 3 miliony w nowych banknotach. Szkoda zachodu, a i ryzyko większe.

Skok

19 sierpnia 1962 roku. Dochodzi 18. Tuż przed zamknięciem banku F. chowa się w toalecie. O 19 wychodzi i chowa się przy schodach. Czeka z K. na strażnika, który w końcu musi pójść do ustępu. Idzie jak po maśle. Wkrótce strażnik idzie się załatwić i roztargniony zostawia broń.

– Ręce do góry! – słyszy strażnik. Myśli, że to żart kolegi, ale pojawia się dwóch mężczyzn z pistoletami i pończochami na twarzach. Obezwładnienie, związanie i zakneblowanie nieboraka idzie łatwo. Strażnik trafia do komórki i traci klucze.

Sygnał

Przed bankiem zapalają się światła. F. i S. mogą wejść do środka. Mają narzędzia i bańkę oleju napędowego, który zmyli psy tropiące. Wchodzą do Banku Rolnego. Już wiedzą, gdzie kuć. Rozstawiają zaprojektowaną wcześniej konstrukcję z rur na podnośniku, zakończoną stalowym stożkiem.

Bingo!

Jest 22.20. Zaczyna się przebijanie stropu. Trochę trwa, ale w końcu S. schodzi do skarbca. Wykręca żarówkę i wkręca kontakt dla elektronarzędzi. F. wwierca się w ścianę kasy, żeby zrobić otwór na ramię raka. Pech. Urządzenie pęka. Są jednak łomy. Trochę wysiłku i można się dostać do rygli zamków. Dostęp do kasy jest.
Sprawcy uciekli warszawą (fot. Wiki/MartinHansV)
Ewakuacja

O 1.30 sejf jest zrobiony. K. podjeżdża pod bank od tyłu i zgarnia kompanów, łup oraz sprzęt. F. rozlewa olej. Każdy pracował w rękawiczkach, żeby nie zostawić śladu, ale obciążona warszawa przyciera o krawężnik. Prokuratura wykorzysta ten trop podczas śledztwa. Auto sunie do lasu pod Wołowem. Tam czeka T. Odbiera część łupu.

Drugi ślad

K. ma zatopić narzędzia w jakimś stawie albo innym bajorze. Nie wykonuje polecenia, a sprzęt – w tym podnośnik Warsem-X-&, którym przekuto strop – wrzuca do rowu. Niezamierzony prezent dla milicjantów.

Podział

Nad ranem część łupu zostaje podzielona. Reszta ma trafić między wspólników 7 października. Nie ma co się wychylać. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem.

Strażnik w komórce

Poranek 20 sierpnia. Jako pierwsza do banku przychodzi sprzątaczka. Znajduje związanego strażnika w komórce. Na miejsce przyjeżdża milicja. Alarm w całym województwie, ale szajka się rozpłynęła. Psy nie podejmują tropu.

Reakcja

Władze są wściekłe. Napady na bank mogą się zdarzać na Dzikim Zachodzie, u wstrętnych kapitalistów, ale nie w kraju sprawiedliwości społecznej! Śledztwo podejmują wyznaczeni najskuteczniejsi tropiciele. Śledztwo ma priorytet.
Rusza śledztwo

Śledczy od razu odkrywają, że mają do czynienia z profesjonalistami. Może nawet to szajka rabusiów z zagranicy? Nie! Ci nie mogliby znać tak dobrze miejscowych realiów.

Pierwsze wnioski

Ustalono, że grupie pomagał ktoś z zewnątrz. Udało się zidentyfikować model auta i część numerów rejestracyjnych. Znaleziono podnośnik. Wprawdzie znano numery wszystkich zrabowanych pięćsetzłotówek, ale tylko tyle.

Haczyk

Śledczy są pewni, że pieniądze w końcu wypłyną. Serie zrabowanych pięćsetzłotówek trafiają do niemal wszystkich sklepów w kraju. Przestępcy są czujni i nie puszczają pieniędzy w obieg.

Fortel

Banknoty nadal nie wypływają, ale jest pomysł. Zgodnie z sugestią prokuratury władze podają nieprawdziwą informację o wymianie pieniędzy. Ma to zmusić złodziei do puszczenia ich w obieg. Nie trzeba długo czekać.

Wpadki

Pruszcz Gdański. Do placówki bankowej przychodzi kobieta i chce wpłacić na książeczkę 18 tys. zł zrabowanymi banknotami. To siostra jednego z włamywaczy.
Milicja przeprowadziła precyzyjne śledztwo (fot. Zbigniew Staszyszyn)
Sklep w Kluczborku. Klientce spodobała się narzuta. Idzie do kasy, płaci pięćsetką. Sprzedawczyni uważnie przygląda się banknotowi. Klientka traci rezon. – Pani mi odda tę pięćsetkę, dostałam ją od nieznajomego, jeśli fałszywa, to podrę, wolę stracić – mówi zdenerwowana. To żona F. Milicja już jedzie.

Po nitce do kłębka

Kolejne pięćsetki wypływają Gliwicach, Opolu i Ostrowie Wlkp. Mają je żony włamywaczy. Pazerność kobiet pozwala policji schwytać wszystkich sprawców. Zajmuje to trzy dni.

Odzyskany łup

Milicjanci odzyskują 11 milionów 572 tysiące. Bandyci zdążyli wydać około 150 tysięcy, a resztę palą kilka dni przed zatrzymaniem. Żaden wcześniej nie wszedł w konflikt z prawem.

Proces

4 grudnia 1962 roku. Sąd Wojewódzki we Wrocławiu, tłumy gapiów. Prokuratura domaga się nawet kary śmierci. Dwa lata później taki wyrok zapadnie w aferze mięsnej. Będzie egzekucja przez powieszenie dyrektora Miejskiego Handlu Mięsem Warszawa-Praga Stanisława Wawrzeckiego, ojca popularnego później aktora. Władza nie żartuje.



Sąd skazuje pięciu głównych sprawców na dożywocie (po pięciu latach skrócone do 25 lat więzienia), dwóch pomocników na 15 lat więzienia. Wyroki – od roku do ośmiu lat – zapadają także dla dwudziestu innych osób. To rodzina, krewni i znajomi. Odpowiadali za paserstwo, pomocnictwo lub niepowiadomienie organów ścigania o popełnionym przestępstwie.
Epilog

Żaden z członków szajki nie siedzi od Wojtka do Wojtka. Ostatni opuszcza zakład karny w 1979 roku. Nie wchodzą już w konflikt z prawem. To był jeden jedyny raz.

Rok 1997. 45 lat po skoku stulecia. Powódź tysiąclecia. Woda niszczy akta sądowe przetrzymywane w archiwum. Znika świadectwo wirtuozerskiego napadu na bank. Rok 2014. Placówki bankowej już nie ma. Do poniemieckiego budynku wprowadza się Wydział Finansowy Urzędu Miasta i Gminy w Wołowie.

Dziedzictwo

1970 rok. Wydawnictwo Sport i Turystyka wydaje zeszyt z przygodami Kapitana Żbika „Kocie oko”. Kpt. Jan Żbik wraz z por. Olą rozwiązują zagadkę napadu na bank, w którym szajka kradnie 12 milionów zł. Sprawcy wpadają po śledztwie, w którym przeprowadzono badania chromatograficzne lakieru oraz ślady daktyloskopijne pozostawione przez bandytów.

„Hazardziści”. W 1975 roku Studio Filmowe Kadr produkuje film fabularny oparty na wydarzeniach w reżyserii Mieczysława Waśkowskiego.

Zbrodnia doskonała

Napad na bank w Wołowie zachęcił naśladowców. 22 grudnia 1964 roku nieznani sprawcy napadają na warszawską placówkę Narodowego Banku Polskiego przy ul. Jasnej w Domu Pod Orłami. Rabują około 1,3 mln zł, zabijają strażnika, a drugiego ciężko ranią i uciekają. Oficjalnie sprawców nigdy nie udaje się schwytać. 22 grudnia 1989 roku sprawa ulega przedawnieniu.

Wybrane dla Ciebie