TYLKO U NAS

Szewcy, kierowcy, strażacy. Gwiazdy uciekają od zgiełku Hollywood

łz aktualizacja: 18:20 wyślijdrukuj
fot
Daniel Day-Lewis kończy z aktorstwem (fot. Marco Luzzani/Getty Images)

Bycie na świeczniku potrafi być uciążliwe. Paparazzi, wścibskie media, presja. Łatwo się pogubić, wpaść w nałóg, stoczyć. Ale gwiazdy mają sposoby, żeby sobie z tym radzić. Daniel Day-Lewis, który ogłosił właśnie zakończenie kariery, będzie mógł wrócić do swojego ulubionego zajęcia – robienia butów. Nie jest zresztą jedynym aktorem z ciekawym sposobem ucieczki do normalnego życia.

Niedawno Day-Lewis, jeden z najwybitniejszych aktorów w historii, po raz kolejny zaszokował świat filmu. Zdecydował o zakończeniu kariery. Zgodnie ze swoim zwyczajem nie wdawał się w szczegóły.

„Daniel Day-Lewis nie będzie już pracował jako aktor. Jest niezmiernie wdzięczny wszystkim współpracownikom i publiczności. To osobista decyzja. Ani on, ani jego przedstawiciel nie będą udzielać dalszych komentarzy” – napisano w krótkim oświadczeniu.

Ostatni występ

Irlandczyk zarzeka się, że jego ostatnim występem będzie film „Phantom Thread” wyreżyserowany przez Paula Thomasa Andersona, opowiadający o światku londyńskich krawców tworzących w połowie minionego stulecia. Film wejdzie na ekrany kin w grudniu i ma to być ostatnia okazja, żeby zobaczyć tego aktora w akcji.

Trzeba przyznać, że Day-Lewis nie rozpieszczał nas ostatnio nadzwyczajną liczbą występów, ale każdy był wyjątkowy. Za poprzednią rolę Abrahama Lincolna został uhonorowany Oscarem, podobnie jak wcześniej za występy w filmach „Aż poleje się krew” i „Moja lewa stopa”.

Bez wątpienia miłośnicy kina będą tęsknić za jego wyjątkowym aktorstwem, ale czy sam Day-Lewis zatęskni za widzami? Nie wiadomo. Bez wątpienia jednak na emeryturze nudził się nie będzie. Media spekulują, że odda się swojemu hobby, czyli... szyciu butów.
Day-Lewis, jeden z najwybitniejszych aktorów w historii, pracował już jako szewc (fot. Sean Gallup/Getty Images)
To wcale nie jest żart. Irlandczyk naprawdę lubi to zajęcie. W przeszłości zastąpił nim aktorstwo. W 1997 roku po pamiętnym występie w filmie „Bokser” aktor zniknął na pięć lat z ekranów. Podczas pięcioletniego dobrowolnego wygnania przez pewien czas mieszkał we Florencji, gdzie szył buty właśnie.

Pod okiem mistrza

Mistrz w swoim fachu został pomocnikiem mistrza fachu szewskiego Stegano Bemera, którego ręcznie szyte na miarę buty stały się wręcz legendarne, zaś ich ceny zaczynają się od kilkuset dolarów.

– Spotkali się, gdy szewc Daniela zasugerował mu spotkanie na osobistą przymiarkę u Bemera – zdradził magazynowi „The Enquirer” przyjaciel aktora. Spotkanie wywarło na Dayu-Lewisie takie wrażenie, że ten poprosił mistrza, by nauczył go fachu. Ciężko sobie wyobrazić milionera tnącego, sklejającego kawałki skóry i przybijającego je do podeszwy, ale Day-Lewis naprawdę się tym zajmował. Po pierwsze przynosiło mu to ukojenie, a po drugie jest po prostu ekscentrykiem.

Bez wątpienia doświadczenie z igłą przydało mu się w ostatniej roli. Nawet gdyby w przeszłości nie zajmował się szyciem butów, poszedłby na kurs krawiectwa, gdyż jego perfekcjonizm w przygotowywaniu się do ról był wyjątkowy.
Lee Van Cleef przez kilka lat pracował jako dekorator wnętrz (fot. mat. pras.)
Trzy noce w celi

Gdy przygotowywał się do roli Billa „Rzeźnika” Cuttinga w „Gangach Nowego Jorku” stroje z epoki nosił także poza planem. Przed kręceniem „Boksera” odbył kilkumiesięczny trening bokserski. Zaś szykując się do scen przesłuchania w filmie „W imię ojca”, spędził trzy dni zamknięty w celi, bez snu, gdyż zobligował strażników, żeby co kilka minut walili kubkami w drzwi.

Można zatem przypuszczać, że także przygotowując się do roli w „Phantom Thread”, którego akcja rozgrywa się w londyńskim świecie mody lat 50., ponownie wziął do ręki igłę i nitkę. Gra Charlesa Jamesa, projektanta mody uważanego za mistrza cięcia. Biorąc pod uwagę, że aktor już nic nie musi udowadniać oraz jego sentyment do szycia istnieje prawdopodobieństwo, że będzie tym dorabiał do emerytury.

Daniel Day-Lewis nie jest pierwszą gwiazdą Hollywood, która rezygnowała ze splendoru i oddawała się bardziej przyziemnym zajęciom. Galeria takich sław jest spora.

Kariera jednego z najwybitniejszych aktorów westernowych Lee van Cleefa rozwijała się jak najlepiej. Został dostrzeżony po debiucie w arcydziele „W samo południe” z 1951 roku. Aktor o charakterystycznych wyrazistych oczach grał głównie w westernach, jego życie przewróciło się jednak do góry nogami po poważnym wypadku samochodowym.

Malarz pokojowy

Van Cleef rozstał się z żoną Patsy i przez trzy lata pracował jako dekorator wnętrz w Los Angeles. Żył spokojnie, pracując kilka kilometrów od Fabryki Snów, ale przemysł filmowy wkrótce się o niego upomniał. Choć akurat nie Hollywood.
Paul Newman był utalentowanym kierowcą wyścigowym (fot. Wiki/Lmattozz)
Wielbicielem talentu Van Cleefa był młody włoski reżyser, który na zawsze zmienił oblicze kina. Sergio Leone zatrudnił malarza pokojowego o zimnym, hipnotyzującym wzroku do roli w filmie „Za kilka dolarów więcej”, drugiej części trylogii o „człowieku bez imienia”.

Gigantyczny sukces filmu oraz jego kontynuacji w postaci innego arcydzieła – „Dobry, zły i brzydki” – sprawiły, że kariera aktora nabrała ponownego rozpędu. Van Cleef zagrał dziesiątki ról, najczęściej złych charakterów, którzy giną na końcu. Zresztą na jego nagrobku znalazła się inskrypcja: „Best of the bad” – najlepszy ze złych.

Cała plejada wspaniałych aktorów upatrzyła sobie wyjątkowo niebezpieczne zajęcie - wyścigi samochodowe. Największe sukcesy w tej dziedzinie odnosił Paul Newman. Wyścigami zainteresował się przygotowując się do roli w filmie „Zwycięstwo” z 1969 roku. Odbył wówczas kurs w słynnej Watkins Glen Racing School.

Daltonista

Jak przyznał, auta od zawsze go pasjonowały, choć był daltonistą, więc nie mógł rozróżnić np. kolorowych wskazówek sygnalizacji świetlnej na drodze. W 1972 roku wziął udział w pierwszym profesjonalnym wyścigu – Thompson International Speedway – jako skromny P.L. Newman, pod takim skrótem był też potem znany w środowisku wyścigowym.

Ściganie się nie było jedynie fanaberią aktora. Był niezwykle utalentowany i odnosił sukcesy. Czterokrotnie wywalczył tytuł mistrza Stanów Zjednoczonych. W 1979 roku wspólnie z Dickiem Barbourem i Niemcem Rolfem Stommelenem wywalczył w porsche 935 drugie miejsce w klasyfikacji generalnej LeMans.
Steve McQuinn startował w wyścigach samochodowych i motocyklowych (fot. Wiki/CBS Television)
Przez kilkanaście lat Newman był kierowcą ekipy Bob Sharp Racing i ścigał się w serii Trans-Am. To jednak było dla niego za mało i sam założył odnoszący sukcesy zespół wyścigowy Newman/Haas. Zarządzanie teamem nie odciągało go jednak od kierownicy.

Aktor ścigał się bardzo długo i – podobnie jak Pele – nigdy nie zakończył kariery. Przy jednej okazji stwierdził, że wycofa się „gdy zacznie się kompromitować”, to jednak nie miało miejsca. Wygrywał wyścigi będą po 80-tce. Po raz ostatni wystartował w Lime Rock tuż przed śmiercią w 2008 roku i nadal osiągał czasy w okolicach 90 proc. swoich najlepszych.

Fan motoryzacji

Wybitnym kierowcą był również Steve McQuinn, którego kręciło wszystko co miało silnik spalinowy, miał nawet licencję pilota i kilka wyczynowych samolotów. Już w trakcie studiów brał udział w wyścigach motocyklowych. Potem startował w profesjonalnych zawodach off-roadowych, m.in. Baja 1000 i Mint 400. Jego największą pasją były jednak samochody.

McQuinn namiętnie ścigał się nimi i kolekcjonował je, a nawet zaprojektował i opatentował fotel kubełkowy. W jego garażu stały m.in.: egzotyczne ferrari 250 Lusso Berlinetta, jaguar D-Type XKSS, mercedes 300 SEL, porsche 917 czy porsche 356. Niektóre – jak choćby ferrari – są teraz warte nawet dziesiątki milionów dolarów.

Jeżeli chodzi o karierę wyścigową, jego największym sukcesem było drugie miejsce w 12-godzinnych zawodach na torze Sebring w 1970 roku w porsche 908, choć lewą nogę miał w gipsie po wypadku motocyklowym, któremu uległ kilka tygodni wcześniej.
Karierę aktorską i wyścigową Jamesa Deana przerwała śmierć (fot. Wiki/Chad White/mat.pras.)
Pasję przenosił także do kin. Mimo solidnej fabuły „Bullit” nie stałby się kultowy, gdyby nie niemal 10-minutowy pościg z udziałem forda mustanga kierowanego przez McQuinna i bandziorów w dodge'u chargerze.

Krok od bankructwa

Choć McQuinn wykłócał się z producentami i reżyserami, był tak sławny, że na brak ról nie narzekał. Na przełomie lat 60. i 70. był też jedną z najlepiej opłacanych gwiazd. Własne pieniądze zainwestował w film o wyścigach. W „Le Mans” ścigał się ferrari 512, które później także posiadał. Sam kręcił ujęcia wewnątrz auta dzięki kamerze przytroczonej do kasku.

Obraz nieomal doprowadził McQuinna do bankructwa, na prawdziwe uznanie musiał czekać długo. Choć od premiery minęło niemal 50 lat, „Le Mans” pozostaje jednym z najlepszych filmów traktujących o wyścigach.

Pasja wyścigowa kosztowała aktora życie. Zmarł w 1980 roku w wieku 50 lat na raka płuc. Początkowo wydawało się, że nowotwór wywołał tytoń, McQuinn palił bowiem duże ilości papierosów. Potem jednak okazało się, że przyczyna leżała w azbeście obecnym w ówczesnych kombinezonach kierowców wyścigowych, który miał przeciwdziałać poparzeniom towarzyszącym wypadkom.

Odnoszącym sukcesy kierowcą wyścigowym był również niezapomniany James Dean. Idol młodego pokolenia początku lat 50. za pieniądze otrzymane za rolę w filmie „Na wschód od Edenu”, dzięki któremu stał się gwiazdą, kupił przeznaczone do wyścigów auto MG TD.
Steve Buscemi szukał ocalałych w ruinach World Trade Center (fot. YT/CBS Sunday Morning)
Potem zamienił je na ikonę motoryzacji porównywalną z ikoną, jaką sam się stał w świecie filmu – porsche 356 Speedster, w którym brał udział w wyścigach. W swoim pierwszym starcie w tym aucie zajął drugie miejsce w zawodach Road Races w Palm Springs, potem był jeszcze trzeci w Bakersfield.

Tragiczna śmierć

Podczas kręcenia „Buntownika bez powodu” zamienił 356 na porsche 550 Spyder, jeden z 90 wyprodukowanych. Inny aktor Bill Hackman ochrzcił maszynę mianem „mały skurczybyk”. Nad autem wisiało fatum.

Gdy Dean pokazał porsche Alecowi Guinnessowi, brytyjski aktor stwierdził, że pojazd wygląda złowieszczo i dodał: „Jeśli wsiądziesz do tego auta, za tydzień znajdą cię w nim martwego”. Słowa te wypowiedział 23 września 1955 roku. Siedem dni później Dean zginął w nim w wypadku, który się zdarzył, gdy jechał na wyścig do kalifornijskiego miasta Salinas.

Śmierć przerwała świetnie zapowiadającą się karierę nie tylko aktora, ale i kierowcy wyścigowego. Ze śmiercią twarzą w twarz stawał Steve Buscemi, choć on akurat się nie ścigał. Był strażakiem. Zanim zaczął podbijać Fabrykę Snów, służył w 55. remizie w Małej Italii na Manhattanie.
Shaquille O'Neal charytatywnie służy w policji (fot. Doral Police)
O służbie nie zapomniał nawet wtedy, gdy już miał miliony i mógł leżeć do góry brzuchem na plaży w Los Angeles. Po zamachach z 11 września zgłosił się do swojej starej remizy i przez tydzień pracował w strefie zero, szukając ocalałych. Pracując anonimowo i unikając kamer pełnił pełne, 12-godzinne dyżury.

Smykałka do łucznictwa

Osób, które z powodzeniem mogłyby się realizować zawodowo poza aktorstwem, jest więcej. Geena Davis z nudów zaczęła strzelać z łuku i po dwóch latach doszła do półfinału turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich w Sydney w 2000 roku.

Dolph Lundgren, którego emploi nigdy nie predestynowało do roli intelektualistów, jest inżynierem chemikiem, zaś Danica McKellar – ukochana Kevina z „Cudownych lat” – jest matematykiem. Opublikowała kilka książek z tej dziedziny, stworzyła też teorię nazwaną jej imieniem.

Z kolei były koszykarz i nieszczególnie wybitny, ale wysoki aktor i celebryta Shaquille O'Neal zrobił doktorat na Universytecie Barry. Tematem jego dysertacji była wartość poczucia humoru w zarządzaniu.

W grudniu ubiegłego roku został także zastępcą szeryfa w hrabstwie Clayton w stanie Georgia, zaś wcześniej służył jako policjant pomocniczy w Doral na Florydzie. Robił to charytatywnie i opłacał koszty swojego ubezpieczenia. Kto bogatemu zabroni?

Wybrane dla Ciebie