Gursztyn o rzezi Woli: Niemcy powinni bardziej angażować się na rzecz ofiar

Rzeź Woli była przemysłowym ludobójstwem – mężczyzn, kobiet i dzieci (fot.twitter/WBH)

– Rzeź Woli była największą masakrą ludności cywilnej w latach II wojny światowej – przypomina Piotr Gursztyn, autor książki „Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona”. Podkreśla też, że niemieccy politycy powinni bardziej angażować się w składanie hołdu ofiarom.

„Wielu nie przypuszczało, że dotknie ich taka hekatomba”

– Miałam wtedy osiem lat. Doskonale pamiętam to, co się działo. To były tragiczne, bardzo silne przeżycia – powiedziała w programie „Minęła...

zobacz więcej

– Rzeź Woli była przemysłowym ludobójstwem - mężczyzn, kobiet i dzieci, bez wyjątku. Powodem ich zabijania było wyłącznie to, że byli Polakami" - powiedział Gursztyn. Przypomniał, że do masakry doszło na rozkaz Adolfa Hitlera, tuż po wybuchu Powstania Warszawskiego.

– Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią – miał powiedzieć przywódca III Rzeszy, a jego słowa przekazał podległym jednostkom Reichsfuehrer SS Heinrich Himmler. Zbrodnia przebiegała w schematyczny sposób. – Wszystko zaczęło się rano 5 sierpnia. To była sobota... można powiedzieć po śniadaniu. Niemieccy żołnierze i żandarmi wyruszyli, by mordować mieszkańców Woli. Relacje świadków wskazują, że Niemcy pojawili się między godziną 9.30 a 11 – opowiadał dziennikarz, obecnie dyrektor TVP Historia.

Niemcy przesuwali się z zachodu na wschód dzielnicy wypierając powstańców, m.in. dzięki czołgom, artylerii i lotnictwu, a następnie zabijając cywilów i podpalając budynki.

Badacz zbrodni na Woli zwrócił uwagę, że była ona najbardziej krwawa tam, gdzie nie toczyły się żadne walki z powstańcami. – Niemcy mieli tam pełną swobodę mordowania ludzi, bo nikt im nie przeszkadzał. Tam, gdzie toczyły się walki, tam nie mogli tego robić z oczywistego powodu – zaznaczył Gursztyn.

NBP upamiętnia ofiary rzezi warszawskiej Woli i Ochoty

Narodowy Bank Polski upamiętnia ofiary rzezi Woli i Ochoty. Od czwartku jest dostępna poświęcona im moneta kolekcjonerska.

zobacz więcej

Zdemoralizowany Oskar Dirlewanger

Masowe egzekucje na Woli nadzorował generał SS Heinz Reinefarth. W jego zgrupowaniu najbardziej zdemoralizowana była brygada Oskara Dirlewangera – sadysty, który wcześniej zbrodni dokonywał na terenach dzisiejszej Białorusi. Według wykazu z 6 sierpnia 1944 r. brygada liczyła zaledwie 365 osób. Byli to pospolici kryminaliści, którzy popełniając zbrodnie w imię hitlerowskiej III Rzeszy, mieli „oczyścić się” ze stawianych im zarzutów.

– Sprawa brygady Oskara Dirlewangera jest bardzo eksponowana... budzi ona ekscytację, na swój sposób jest malownicza. To była nieduża karna jednostka (...), żołnierze Wehrmachtu, SS, Marynarki Wojennej, którzy trafili do niej za typowe żołnierskie niesubordynacje. Ktoś tam z nich po pijaku uderzył oficera, ktoś tam jakiegoś rozkazu nie wypełnił. Była to zdemoralizowana zbieranina, szczególnie z powodu charakteru jej dowódcy Oskara Dirlewangera, który był bandytą, psychopatą. Jeszcze w latach 30. w Niemczech był skazany za gwałt na nieletniej dziewczynce – powiedział Gursztyn.

– Gdyby ktoś użył słowo bydlę, to pasowałoby ono do tego człowieka – podkreślił. Jednak – w jego ocenie – nie należy przypisywać brygadzie Dirlewangera największej roli w zbrodniach popełnionych na Woli.

– To wyjątkowo ważna rzecz. Brygada Dirlewangera popełniła masę zbrodni wojennych, ale ona była pierwsza na linii frontu, była wykorzystywana do walk z powstańcami, do tego służyła. Jej zbrodnie miały miejsce w trakcie walk, natomiast gro ofiar rzezi Woli to są ludzie wypędzeni z własnych domów, z terenów, gdzie nie toczyły się żadne walki, wypędzeni przez zbiorczy batalion żandarmerii. I mordercami na Woli byli przede wszystkim członkowie tego batalionu – mówił Gursztyn.

„Przez okno wyrzucono mojego 2-letniego kolegę”. Wspomnienia świadka rzezi na Woli

– Miałem aż, albo tylko, 7 lat, gdy doszło do rzezi Woli. Moi rodzice byli członkami AK. Mama, łączniczka w biurze informacji w Komendzie Głównej...

zobacz więcej

Nieosądzony Heinz Reinefarth

Powojenna historia Heinza Reinefartha to przykład nigdy nieosądzonego hitlerowskiego zbrodniarza. O ile wielu z nich uciekało z Europy, najczęściej wyjeżdżając do krajów Ameryki Południowej, o tyle „kat Warszawy” uniknął odpowiedzialności w swojej ojczyźnie, w Niemczech.

Jako działacz partii Blok Wszechniemiecki – Związek Wypędzonych ze Stron Ojczystych i Pozbawionych Praw przez wiele lat był chroniony przez władze. W 1951 r. został burmistrzem Westerlandu – jednego z najbardziej luksusowych uzdrowisk na wyspie Sylt na Morzu Północnym, w pobliżu granicy niemiecko-duńskiej.

Stanowisko to piastował przez 16 lat. 

– Reinefarth był jedynym generałem SS, który po wojnie ułożył sobie karierę. Miał bardzo dużo szczęścia i potrafił też temu szczęściu pomóc, tym bardziej, że z zawodu był adwokatem. W pierwszym powojennym okresie, kiedy jeszcze był bałagan, kiedy nie były zebrane wszystkie informacje, przedstawił okupacyjnym władzom brytyjskim swoją wersję działalności podczas II wojny światowej, oczywiście w sposób zafałszowany, niepełny i dzięki temu uzyskał oczyszczenie. Pomogło mu to, że pod koniec wojny miał dowodzić obroną twierdzy Kostrzyn, z której tchórzliwie uciekł. I jeszcze władze hitlerowskie skazały go za dezercję na karę śmierci. Nie wykonano jej, ale w powojennych zeznaniach Reinefarth wyciągnął to jako dowód tego, jak wielkim był opozycjonistą w stosunku do Hitlera – przypomniał Gursztyn.

„Niemcy wciąż płacą reparacje, tylko dlaczego nie Polakom?”

– Badania, które przeprowadzono wcześniej w archiwum KC, wskazywały, że nie było żadnych rozmów z rządem sowieckim, że było to narzucone. Tylko...

zobacz więcej

Reinefarth – dla Niemców niewinny

Kolejna próba rozliczenia Reinefartha nastąpiła w latach 60. XX w., gdy prokuratura w Flensburgu wszczęła postępowanie w jego sprawie. Z dokumentów śledztwa, a zwłaszcza z jego konkluzji wynika, że Reinefarth o tym, co dzieje się z ludnością cywilną na Woli nie wiedział.

Prokuratorzy niemieccy ocenili, że „nie da się obalić stwierdzenia Reinefartha, że – podobnie jak żołnierze jego sztabu przesłuchani w charakterze świadków – nic nie widział ani nie słyszał, jeśli chodzi o masowe egzekucje przeprowadzone na tyłach za linią walki i niezależnie od działań wojennych”.

– Gdyby to nie była tak tragiczna sprawa, to można byłoby to nazwać komedią pomyłek z elementami groteski. Prokuratorzy we Flensburgu przeprowadzili bardzo skrupulatne badanie. Przesłuchali kilkuset, może nawet tysiąc świadków niemieckich, mieli też zeznania świadków polskich. Ci niemieccy kręcili, ale nie na tyle, żeby nie można było zrekonstruować tego, co się wydarzyło na Woli od 5 sierpnia. Widziałem te zeznania – mimo że świadkowie zasłaniali się niepamięcią czy niewiedzą, to coś tam zawsze powiedzieli i to składało się na kompletną i logiczną całość. I nagle prokuratorzy ogłosili, że właściwie nie ma dowodów i ukręcili łeb sprawie. Przeprowadzili bardzo skrupulatne dochodzenie, żeby powiedzieć światu, że właściwie nic się nie stało – stwierdzi Gursztyn.

– Musiał wszystko widzieć. Są takie zdjęcia Reinefartha, dość znane, na tle autobusu sztabowego, przy jakimś stole z mapami, z oficerami. Wiadomo, w którym miejscu zrobiono to zdjęcie, mianowicie na rogu ulic Syreny i Wolskiej, tuż obok kościoła św. Wojciecha - było to centralne miejsce, gdzie musiały leżeć trupy ludzi, czy to rozstrzelanych masowo pod ścianami domów, czy w podwórkach tuż obok – przypomniał autor książki „Rzeź Woli”.

źródło:

Zobacz więcej