TYLKO U NAS

„Moja polska żona uratowała mi życie. Dzięki Małgosi wyszedłem z nałogu”

Beata Zatońska aktualizacja: 17:00 wyślijdrukuj
fot
Stacy Keach w filmie „'The Return of Mickey Spillane's Mike Hammer” 1986 (fot. Columbia Pictures Televsion/Courtesy of Getty Images)

– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny. Po raz pierwszy przyjechałem do Warszawy z moją żoną, Małgosią. To był chyba 1986 r. W sklepach na półkach były tylko ogórki konserwowe i dżemy. Zakupy robiliśmy wtedy w Peweksie. Obserwuję Polskę, widzę jak bardzo się zmieniła, teraz rozkwita – mówi w rozmowie z portalem tvp.info amerykański aktor Stacey Keach.

Jest m.in. laureatem Złotego Globu za rolę Ernesta Hemingwaya w miniserialu telewizyjnym. Jego ojciec też był aktorem i reżyserem. W kinie Keach zadebiutował w słynnym filmie Roberta Ellisa Millera „Serce to samotny myśliwy”. Grał m.in. w filmach „Ucieczka z Los Angeles”, „Dziedzictwo Bourne’a”, „Komórka” i „Sin City: Damulka grzechu warta”.

Często pracuje pan jako narrator filmów dokumentalnych. Dlaczego?

Jednym z powodów jest to, że nie muszę się charakteryzować. Ale tak poważnie, to zawsze to lubiłem. Do tej pracy zachęcał mnie ojciec, który też to robił. Aktorowi nie zawsze udaje się płynnie przechodzić od jednej roli do drugiej. Zdarzają się długie przerwy, a wtedy można być narratorem w wielu ciekawych dokumentach.

Nie wydaje mi się, żeby pan się nudził. Gra pan przez cały czas – w filmach kinowych, serialach, w teatrze.

Rzeczywiście dużo pracuję, jestem pracoholikiem. Relaksuję się przy pracy. Nie potrafię odpoczywać, jeśli nie wiem, że nie czeka na mnie kolejne zawodowe wyzwanie. Wrócę do filmów dokumentalnych. Bardzo je lubię i wiele się dzięki nim uczę. Tak było w przypadku zrealizowanego niedawno w Polsce filmu „Habit i zbroja” o historii zakonu krzyżackiego i Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Przyznam, że mało wiedziałem o tym okresie polskiej historii i myślę, że warto o nim opowiadać. Zadziwiła mnie historia średniowiecznych rycerzy-zakonników w płaszczach z krzyżami, którzy podbijają tereny Polski. Dzięki angielskiemu dubbingowi film będzie mógł trafić do zachodniej publiczności. Bardzo podobała mi się praca grup rekonstrukcyjnych na planie, tych wszystkich ludzi w strojach z epoki, z bronią. W USA mamy podobne grupy, które odtwarzają bitwy z czasów wojny secesyjnej.
Stacy Keach (fot. Getty Images / Staff)
Historia wiąże się z inną pana pasją, czyli Szekspirem. Od jego sztuk zaczynał pan swoją karierę aktorską i nadal pan gra z wielkim powodzeniem szekspirowskie role.

Rzeczywiście, Szekspir jest dla mnie bardzo ważny. Grałem w jego sztukach w college’u, potem w spektaklach telewizyjnych i oczywiście w teatrze. Kilka lat temu np. wróciłem do Falstaffa. Pierwszy raz zagrałem go, gdy miałem 27 lat. Może kiedyś uda mi się zrobić coś w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim.

Dobrze się pan czuje w Polsce? Od dwóch lat ma pan nawet polskie obywatelstwo.

Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny. Po raz pierwszy przyjechałem do Warszawy z moją żoną, Małgosią. To był chyba 1986 r. W sklepach na półkach były tylko ogórki konserwowe i dżemy. Zakupy robiliśmy wtedy w Peweksie. Obserwuję Polskę, widzę jak bardzo się zmieniła, teraz rozkwita. Przez pewien czas właściwie tu osiedliśmy z żoną i z dziećmi, które chodziły do amerykańskiej szkoły w Warszawie. Z Polski latałem do USA, żeby m.in. grać w serialu „Skazany na śmierć”. Teraz dzieci są już dorosłe, a my z Małgosia od czasu do czasu pomieszkujemy w Magdalence.

Nauczył się pan polskiego?

Nie do końca, polski jest jednak zbyt trudny. Mówię jak dwulatek, ale bardzo dużo rozumiem. Musiałem się nauczyć, bo Shannon i Karolina rozmawiają z mamą po Polsku.
Stacy Keach w filmie „Hemingway” (fot. materiały prasowe)
Powtarza pan, że pana żona, Małgorzata Tomassi uratowała panu życie. Jak to było?

Poznaliśmy się w bardzo trudnym dla mnie okresie. Wyszedłem z więzienia, gdzie trafiłem za przemyt kokainy. Złapali mnie na lotnisku Heathrow. Trudno mi się było pozbierać. Małgosię spotkałem na planie serialu „Mickey Spillane's Mike Hammer”, w jednym z odcinków zagrała agentkę KGB, która miała zabić Mike’a. Zakochaliśmy się w sobie, a potem musieliśmy pokonać wiele przeszkód, żeby być razem. Dzięki Małgosi wyszedłem z nałogu. Tak, ona uratowała mi życie. Mamy dwójkę wspaniałych dzieci. O naszej historii napisaliśmy scenariusz, mam nadzieję, że uda się nakręcić na jego podstawie film.

Mike Hammer okazał się więc bardzo ważną rolą.

Pod wieloma względami. Przyniósł mi też wielką popularność. Zanim trafiłem na plan serialu, znałem Mike’a już świetnie. Komiksy o nim czytałem jako chłopak. Musiałem je chować przed rodzicami pod łóżkiem, bo było tam dość dużo seksu. Komiksowy detektyw nazywał się Mike Danger i był zdecydowanie bardziej poważny, niż serialowy. Mickey Spillane, autor komiksu i scenariusza, zmieni trochę Mike’a, podbarwił go humorem. Mówiliśmy, że to taka „poezja ulicy”. No i Mike z weterana wojny koreańskiej stał się weteranem wojny wietnamskiej. Nie zmieniło się jednak to, że był zaciekłym antykomunistą.

I już wiadomo, dlaczego serial nie trafił w latach osiemdziesiątych do Polski. Bardzo popularny był za to inny serial z pana udziałem, czyli „Córka Mistrala”.

Sympatycznie go wspominam, zwłaszcza pracę na planie we Francji.
Stacy Keach w monodramie „Hemingway” (fot. materiały prasowe)
Aktor, nauczyciel, muzyk, reżyser, scenarzysta… Która z tych artystycznych aktywności jest panu najbliższa?

Zdecydowanie aktorstwo. Zawsze i przede wszystkim. Teraz bardzo zajmuje mnie monodram „Pamplona”, który miał niedawno premierę w Chicago. Chcę z nim ruszyć w tournée po Stanach. Znowu gram Ernesta Hemingwaya. Fascynujący powrót. Od lat czytałem jego książki, miałem czasem wrażenie, że myślę Hemingwayem. W 1988 r. zagrałem w sześcioodcinkowym serialu o jego życiu. Na planie przeżyłem wtedy niezwykłe zdarzenie. Scenę śmierci Hemingwaya kręciliśmy w tym miejscu, gdzie rzeczywiście popełnił samobójstwo. Tego, co wtedy czułem, nie da się porównać z niczym. Akcja monodramu rozgrywa się w 1959 r. Hemingway w hiszpańskiej Pampelunie w hotelu walczy z kryzysem, nie może pisać. Zmaga się ze swoimi traumami, które potem doprowadziły do samobójstwa.

Wrócił pan do roli Hemingwaya po ponad 20 latach. Inaczej pan na niego patrzy?

W 1988 r. byłem trochę za młody do tej roli. Myślę, że łatwiej mi teraz zrozumieć, co przeżywał pod koniec życia. Był kimś „większym niż życie”, ale jednocześnie naznaczonym śmiercią. Kilka osób z jego rodziny popełniło samobójstwo, m.in. ojciec. Zabiła się też jego wnuczka, Margaux. Była aktorką. Moja żona się z nią przyjaźniła, jadły razem lunch na 10 dni przed śmiercią Margaux. Ci którzy znali Hemingwaya mówili, że był niezwykle charyzmatyczny. Spotkałem w życiu kilka podobnych osób, m.in. Johna Hustona i Orsona Wellesa. Huston, u którego zagrałem w trzech filmach, m.in. w „Zachłannym mieście”, był bardzo ważną osobą w mojej karierze. Był jak dyrygent, dawał delikatne wskazówki.

Zostanie pan z żoną przez chwilę w Polsce?

Najpierw jedziemy do Francji, potem muszę wracać do pracy, do Stanów. Oprócz Hemingwaya czeka na mnie m.in. serial „Man With a Plan”. Krystalizują się też plany dotyczące filmów fabularnych. A jesienią będzie mieć premierę film „Life and Death of John Gotti”, w którym gram z Johnem Travoltą.

Wybrane dla Ciebie