Śmierć goni śmierć. W internecie chętnie zabijają znanych i lubianych

Te gwiazdy doświadczyły niezbyt przyjemnych działań internautów (fot. arch.PAP/StrefaGwiazd/Stach Leszczyński/Stanisław Rozpędzik/Adam Warżawa)

„Dziś przed południem w Szpitalu Wojskowym w Warszawie zmarł znany i ceniony aktor Janusz Gajos!” – ta krążąca po internecie informacja zatrwożyła zapewne niejednego fana jego talentu. Na całe szczęście okazała się nieprawdziwa. To nie jedyne w ostatnim czasie „uśmiercenie w sieci” znanej osoby.

Informacja o rzekomej śmierci Janusza Gajosa pojawiła się miesiąc temu. Można ją było znaleźć na stronie warszawa-net.htw.pl. „Dziś przed południem w Szpitalu Wojskowym w Warszawie zmarł znany i ceniony aktor Janusz Gajos! Taką informację podają od rana wszystkie portale informacyjne. Artysta miał 78 lat – dowiedziała się PAP w Związku Artystów Scen Polskich. Wiadomość o jego śmierci potwierdziła dyrekcja Teatru Narodowego” – brzmiała jej treść.

Na ubrania, auta i żony. Gwiazdy bywają rozrzutne

– Pieniądze dziś są, jutro może ich nie być. Wychowywałam się w domu, w którym mama musiała zapracować na mnie i brata. Wcale nie było tak różowo....

zobacz więcej

To nie pierwszy raz, gdy w mediach pojawiają się nieprawdziwe informacje o śmierci znanej osoby. Podobnie jak inne gwiazdy, również Janusz Gajos padł ofiarą fake newsa. Zarówno internauci jak i media szybko zweryfikowały kłamliwą informację. Pracownik Teatru Narodowego zdementował tę plotkę w rozmowie z portalem internetowym. Sam aktor postanowił nie zajmować się sprawą i przyznał, że jego internetowa śmierć rozbawiła go do łez.

Nie do śmiechu było rodzinie zmarłej w październiku 2014 roku aktorki Anny Przybylskiej. Portal pudelek.pl kilka miesięcy wcześniej, a dokładnie w lipcu, podał nieprawdziwą informację o jej śmierci, która została szybko zdementowana przez jej bliskich.

Cała sprawa znalazła swój finał w sądzie. Zajął się nią mecenas Roman Giertych i zakończyła się pozytywnym wyrokiem dla rodziny Anny Przybylskiej.

300 tysięcy dla rodziny

Wydawca musiał zapłacić 300 tys. złotych dla dzieci Anny Przybylskiej i Jarosława Bieniuka oraz 22,5 tys. złotych kosztów sądowych oraz koszty stawiennictwa świadka. Wcześniej mecenas opublikował na Facebooku informację o działaniach Pudelka, tłumacząc, że „nie wierzy już w dobre intencje wydawcy tego portalu". „Liczę, że przynajmniej zostaną ponownie napiętnowani za swoją postawę" – napisał. Nazwał też działanie dziennikarzy Pudelka „haniebnym”.

Po ogłoszeniu wyroku Giertych napisał, że nie będzie wnosił o przeprosiny w tej sprawie. „Pamiętam moją rozmowę z Anią Przybylską, gdy powiedziała mi, że pozywamy wyłącznie o pieniądze, bo one (jak ją poinformowałem na Jej pytanie) mogą być dziedziczone. Chciała opiekować się materialnie swoimi dziećmi nawet po śmierci. To naprawdę była niezwykła kobieta” – zaznaczył.

Jak tłumaczy dr Karol Jachymek, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS częstą przyczyną zbyt wczesnego uśmiercania gwiazd w sieci jest właśnie pogoń za newsem.

– Żyjemy w czasach, kiedy każdy chce być tym pierwszym, tym, którego inni będą cytowali. Anna Przybylska to nie jedyny przypadek, ostatnio podobnie rzecz miała się ze śmiercią Zbigniewa Wodeckiego. To niestety pokazuje z jednej strony jak nierzetelnie ci, którzy takie informacje produkują, podchodzą do sprawy, a z drugiej – jaka silna jest pogoń za emocjami. Wiadomo nie od dziś, że zgodnie z powiedzeniem, że czyjeś nieszczęście cieszy najbardziej, tak samo śmierć – zwłaszcza znanej osoby – jest tym, co przyciąga. Jak mówią dziennikarze, to się po prostu „klika”, czyli świetnie sprzedaje – wyjaśnia.

Rodzina Anny Przybylskiej wygrała sprawę w sądzie (fot. arch. PAP/Stach Leszczyński)
.

Pierś Bellucci, bielizna Hadid. Tak prezentują się gwiazdy w Cannes

Festiwal w Cannes to nie tylko święto filmu, ale też seria pikantnych wpadek biorących w nim udział gwiazd. Niektóre, jak ta w wykonaniu Belli...

zobacz więcej

Spreparowany wypadek

Zwraca uwagę, że większość nazwisk uśmierconych osób to bardzo popularne gwiazdy. – Górna półka, Mają wielu fanów, ale też i wielu wrogów czy hejterów. Czasami to właśnie oni kreują takie fake newsy – mówi.

O swojej rzekomej śmierci z mediów dowiedział się aktor serialu „Rodzinka.pl” Maciej Musiał. Spreparowany news podawał, że młody aktor zginął w wypadku samochodowym. Rozprzestrzeniał się tak szybko, że niektóre telewizje zaczęły podawać go na pasku na dole ekranu, gdzie zazwyczaj prezentowane są najnowsze i najbardziej pilne informacje. Ale wiele osób, sympatycy i rodzina Musiała, najadło się strachu.

Ta przerażająca wiadomość szybko została zdementowana, ale zarówno sympatycy jak i rodzina Musiała najedli się strachu. – To było bardzo nieprzyjemne doświadczenie, zwłaszcza dla mojej rodziny. Nie życzę tego nikomu – powiedział później Musiał.

Najgorzej zniosła to jego babcia. On sam postanowił obrócić to w żart. Na swoim Instagramie zamieścił zdjęcie z grupą przyjaciół i podpisał „Alive”, czyli „żywy”.

W telewizji mówili o samobójstwie

Dwa lata temu w podobnej sytuacji znalazł się piosenkarz Gotye. W przeciwieństwie do Musiała nie zginął w wypadku, ale dowiedział się z informacji podanych przez stację CNN, że popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Zakłopotany tymi doniesieniami na swoim profilu na Twitterze napisał tylko: „Żyję”.

alive ��

Post udostępniony przez Maciej Musiał (@maciejmusial_official)

Janusz Gajos był bardzo rozbawiony całą sytuacją (fot. arch.PAP/StrefaGwiazd/Stach Leszczyński)

„Jakby co, to jeszcze żyję”

Mniej rozbawiony, a wręcz rozwścieczony doniesieniami na temat swojej śmierci, był raper Pezet. Na swoim profilu na Facebooku napisał: „Jakby co, to jeszcze żyję. Piję waniliową colę, bo lubię i oglądam dwóch i pół, bo też lubię. Wrzucam to, bo kolega/manager dzwonił, że jakieś dziewczynki dzwonią do niego z rykiem. Nie wiem jak ku**a do tego doszło, że wszystko przybrało taki obrót, więc bynajmniej nie mam zamiaru włączać teraz z powrotem profilu na fb ani wrzucać tu żadnych innych fotek w najbliższym czasie, bo zwyczajnie mogę, bo mnie to wku***ia i bo mi się nie chcę, ale żyję i nie lubię jak ktoś mnie uśmierca, więc wrzucam to oto piękne, artystyczne jakże zdjęcie, żeby nikt nie wydzwaniał do mojego kolegi”.

Wyrządzona krzywda

Podobnie zareagował także Artur Rojek. On także miał rzekomo zginąć w wypadku samochodowym. Artysta poszedł krok dalej i złożył w tej sprawie zawiadomienie na policję.

W oświadczeniu napisał, że zdarzenia opisane na stronie internetowej nie miały miejsca. „Żyję, nie uległem żadnemu wypadkowi, a prokuratura nie prowadzi żadnej sprawy związanej z moją osobą. Nie mam też problemów ze zdrowiem ani z pracą. Nie zażywam żadnych leków. Natomiast sprzeciwiam się takiemu wykorzystywaniu mediów publicznych oraz ludzkiemu działaniu, które polega na zamieszczaniu nieprawdziwych i niesprawdzonych w jakikolwiek sposób informacji, które - jak w tym przypadku – wyrządziły mi, jak i moim najbliższym, krzywdę” – można było przeczytać.

„Dajmy im godnie od nas odchodzić". Mama Anny Przybylskiej napisała wzruszający list

W środę miną dwa lata od śmierci aktorki Anny Przybylskiej. Znana z ról m.in. w serialu „Złotopolscy”, czy filmu „Ciemna strona Wenus” przez kilka...

zobacz więcej

Wyłudzane kliki i wirusy

Najspokojniej do swojej internetowej śmierci podszedł youtuber S.A. Wardęga. Według rewelacji portalu internetowego miał zginąć w centrum Warszawy podczas kręcenia kolejnego filmiku. „Wczoraj się z internetu dowiedziałem że nie żyję :(...dziś powracam jak Feniks z popiołów! Uważajcie na takie oszustwa internetowe! Pjona przyjaciele!" – skomentował doniesienia na swoim Facebooku.

– Warto pamiętać, że strony, na których takie informacje się pojawiają, mogą zawierać wirusy, wyciągać nasze dane albo kliki – tłumaczy Jachymek.

Wydarzenie sprzed kilkudziesięciu lat

Pocieszeniem w kontekście tego zjawiska może być to, że dziś takowe informacje szybko można zweryfikować. Inaczej było w latach 50. poprzedniego wieku, kiedy to znany m.in. z filmu „Kogel-mogel” aktor Zdzisław Wardejn, jeszcze jako 16-letni chłopak był świadkiem czerwcowych protestów robotników w Poznaniu.

Został aresztowany przez milicję w trakcie zamieszek, a w więzieniu spędził trzy dni. Jego rodzinie przekazano w końcu informację, że nie żyje. Mało tego. Jego zwłoki zostały zidentyfikowane wśród zmasakrowanych zwłok ofiar o nieznanej tożsamości. Zanim opuścił areszt, odbył się nawet jego pogrzeb.

Sylwester Wardęga żartował, że odrodził się jak „Feniks z popiołów” (fot. arch.PAP/Marcin Obara)

źródło:
Zobacz więcej