Jajecznica w Grecji i polskie piosenki, czyli jak najchętniej podróżują rodacy

Grecja, plaża, ciepłe morze (fot. Flickr/Martin Thomas)

Jak mówi popularne powiedzenie, „podróże kształcą”. Coraz silniejsza okazuje się jednak chęć podróżowania do miejsc, które – choć są daleko – przypominają dom. Czyli podobne jedzenie, wokół ludzie mówiący w tym samym języku. Konsekwencją są tzw. narodowe strefy turystyczne. – Dzisiaj wypada wyjechać na zagraniczne wakacje, a Polska wycieczka lub pobyt w polskiej strefie zapewnia poczucie bezpieczeństwa – mówi portalowi tvp.info Joanna, pilotka i rezydentka, która pracuje dla dużego biura podróży.

Turyści barbarzyńcy. Są miejsca, gdzie stają się gośćmi niemile widzianymi

Stali mieszkańcy popularnych wśród turystów miast mają coraz bardziej dość tłumów, które depczą, hałasują, brudzą i łamią miejscowe zwyczaje....

zobacz więcej

W Grecji i Chorwacji można już wybrać się do polskiej strefy, gdzie są serwowane swojskie potrawy, wieczory uatrakcyjniają polscy „kaowcy” i z łatwością można znaleźć polskie stacje telewizyjne. Wokół słychać znany język, jest bezpiecznie, a jednocześnie „zagranicznie” – niedaleko szumi ciepłe morze, a deszcz i wiatr nie są tak dokuczliwe jak nad Bałtykiem. Czyli spełnia się sen o dalekich i bezpiecznych podróżach, bez narażania się na niezrozumienie i tęsknotę za jajecznicą na szynce na śniadanie.

Takie „strefy” istnieją od wielu lat. Niemieckie, brytyjskie czy czeskie biura podróży wynajmują całe hotele czy kompleksy wypoczynkowe dla swoich klientów. Są m.in. w Hiszpanii, Grecji i w krajach bałkańskich. Turyści prawie nie opuszczają kompleksów hotelowych, korzystają z dobrodziejstw „all inclusive” i przemieszczają się najdalej na hotelową plażę. Większość turystów wyjeżdża na tydzień, góra na dwa raz w roku i raczej nie szuka przygód, licząc na spokojny wypoczynek.

W poszukiwaniu swojego miejsca

– Pomysł polskich stref nie zrodził się bez powodu. Polacy często czuja się za granicą „dyskryminowani” w stosunku do obywateli innych państw, „bo Niemcy maja lepsze pokoje”. Być może polskie strefy wynikają też z chęci zaznaczenia swojej obecności – skoro Niemcy, Francuzi maja „swoje” miejsca, to czemu nie Polacy? – tłumaczy Joanna.

Uliczne, zaskakujące włoskie pyszności. Co jeść na wakacjach, żeby nie zbankrutować?

Po angielsku „street food”, po włosku „cibo di strada”. To świetna alternatywa dla drogich restauracji czy nudnego hotelowego menu, skrojonego na...

zobacz więcej

– Wyjazd na zagraniczne wakacje nie zawsze wynika z chęci zobaczenia świata. Ludzie jadą, bo „znajomi byli”, bo będzie można sie tym pochwalić, pokazać zdjęcia, mimo ze chętniej spędziliby kolejne lato na Mazurach. Dzisiaj wypada wyjechać na zagraniczne wakacje, a Polska wycieczka lub pobyt w polskiej strefie zapewnia poczucie bezpieczeństwa – dodaje pilotka.

Włoski pisarz Antonio Tabucchi, który podróżowanie cenił na równi ze sztuką twierdził, że „podróż jest tożsama z naszą egzystencją, której zasadniczy sens polega na tym, że ją przeżywamy”. Można jednak powiedzieć, że każdy przeżywa podróże tak, jak chce.

Nowe doświadczenia smakowe

Gdy przyjrzymy się komentarzom, które zostawiają turyści w internecie oceniając wycieczki, często pojawia się narzekanie na jedzenie. Skarżą się np. na śniadania kontynentalne – czyli rogalik z dżemem i kawa, brak herbaty, ziemniaków, „porządnego” kotleta.

– Wiele razy wyjeżdżałam do Włoch na wycieczki zorganizowane przez różne biura podróży i zawsze zadziwiało mnie narzekanie Polaków, że znowu na kolację będzie makaron. Było w tym poczucie wyższości, że my Polacy jemy lepiej, nie rzucamy się na byle makaron. Ale był też strach przed próbowaniem, doświadczaniem nowych smaków, odkrywaniem innych potraw – mówi portalowi tvp.info Magdalena Giedrojć, która przez ponad 20 lat zjechała Włochy wzdłuż i wszerz. Teraz wydała książkę pt. „Księżyc nad Rzymem”, której bohaterka wyjeżdża do Rzymu na stypendium i z radością chłonie rzymską atmosferę, poznaje tamtejsze smaki.

Kawa czy herbata na śniadanie? (fot. Flickr/Camirisk)
.

Barok i czekoladowe tajemnice sprzed lat, czyli sycylijska Modica

Sycylijska Modica to takie miejsce, w którym czas się w pewnym sensie zatrzymał. Nie dlatego, że sycylijskie słońce jest tak gorące, że koniecznie...

zobacz więcej

Lubimy to, co znamy

– Polacy chętnie jedzą to, co już znają. We Włoszech nie czują się źle kulinarnie, bo pizze i makarony należą do naszego menu również w kraju. Znamy to, lubimy, więc bez obaw zamawiamy za granicą. Ale kiedy po każdym powrocie z Włoch opowiadam znajomym, że jadłam ogon wołowy, flaki po rzymsku czy pizzę z ziemniakami, większość z nich patrzy na mnie z przerażeniem. Na to nie mają w sobie zgody, to wykracza poza ich wizję bezpiecznego podróżowania – opowiada Magda Giedrojć.

Nie tylko jednak Polacy kręcą nosem na nieznane potrawy i dziwne dla nich jedzeniowe połączenia. – To nie jest tylko polska cecha. Chętnie obserwuję we Włoszech turystów z różnych stron świata. Zdecydowana większość z nich idzie do włoskiej restauracji i sięga po menu turystyczne, wybiera bezpieczne smaki i znajome nazwy. Biorą spaghetti alla carbonara, sałatkę caprese lub tiramisu, bo to znają. My Polacy rzadko sięgamy po ryby i owoce morza, kręcimy nosem nad warzywami. Nawet w obcym menu szukamy raczej tego, co jadamy w swoim domu. Może się różnić nazwą, ale dobrze gdyby chociaż składniki były takie same – dodaje Magda Giedrojć.

Zetknięcie z obcą kuchnią, kelnerem, który mówi w niezrozumiałym języku i kartą dań, z której nic odczytać się nie da, zwiastuje problemy i – co najgorsze – głód. Pojawia się też obawa, że kelner, który nic nie rozumie, może np. źle wypisać rachunek, a dochodzić swojego w obcym języku się nie da.

Turyści często zamiast zwiedzać, zostają w hotelu nad basenem (fot. Flickr/zanplat23)

Sycylijskie legendy o deserach. Tego nie znajdziecie w książkach kucharskich

Sycylia to antyczne zabytki, wspaniałe mozaiki w kościołach, rozgrzane słońcem plaże, błękitne morze i fantastyczne jedzenie, którego nigdzie...

zobacz więcej

– Wielu Polaków za granicą czuje się zagubionych, przede wszystkim ze względu na brak znajomości jakiegokolwiek języka obcego. Dlatego właśnie wybierają wyjazdy z polskimi przewodnikami i w polskich strefach. Polak za granicą często obawia się pójść samodzielnie do restauracji – nie wie, co zamówić, szuka rady, rekomendacji; gdzie zjeść? co zjeść? ile to powinno kosztować? A i tak lokalne potrawy nie zawsze smakują – mówi Joanna.

Otwarcie na nowe doświadczenia

Z drugiej jednak strony warto pamiętać, że podróże odmieniają życie. Kilka lat temu olbrzymią popularność zdobyła książka Elizabeth Gilbert pt. „Jedz, módl się i kochaj”, na podstawie której nakręcono przebojowy film z Julią Roberts w roli głównej. Bohaterka stara się zanurzać w kraje, które odwiedza i np. w Rzymie uczy się włoskiego, rozmawia z rzymianami i zajada miejscowymi potrawami. Efektem jest 100-procentowa radość życia i… kilka kilogramów więcej.

Anna Myszkowska, pilotka i przewodniczka, autorka popularnego bloga Primo Cappuccino uważa, że tworzenie narodowych enklaw turystycznych to nie jest dobry trend.

– Gdy jadę za granicę, chcę poczuć klimat danego kraju, dajmy na to Włoch. A to oznacza, że chcę spróbować życia po włosku, np. jeść włoskie śniadania, pić kawę przy barze i gawędzić z barmanem. Chcę szukać własnych ścieżek, poznawać kraj poza turystycznymi szklakami. Nie chcę dusić się w polskiej enklawie, gdzie toczy się bezpiecznie znane życie w otoczeniu rodaków, którzy chcą, by wszyscy spełniali ich oczekiwania – mówi portalowi tvp.info.

Wymarzone otoczenie turysty? (fot. Flickr/John Hicker-Fry)

Baba z nartami, kajaki i „miss opalenizny”. Tak wyglądały wczasy w II Rzeczypospolitej

Pod koniec lat 30. we wszelkich odmianach turystyki udział wzięło kilka milionów Polaków. Gdyby nie wybuch II wojny światowej w latach 40. liczbę...

zobacz więcej

– Nie ma większego błędu jak brak pokory w zetknięciu z nowym miejscem. Im częściej i dłużej przebywam np. w Rzymie, im więcej tajemnic odkrywam – tym wyraźniej widzę, ile miejsc, wiedzy i widoków przede mną – dodaje Anna Myszkowska.

Należałoby więc wybrać złoty środek, uczyć się podróżowania, otwartości i poznawania tego, co nieznane. I dostroić podróże do swojego osobistego profilu, bo zdarzają się tacy, którzy pojadą odważnie do najdalszego zakątka, nigdy nie dosięgnie ich tzw. klątwa faraona i mimo nieznajomości języka zaprzyjaźniają się z miejscowymi. A inni w pocie czoła gromadzą informacje i nieufnie próbują np. smażonych ośmiorniczek w Grecji czy kanapki z lampredotto (część krowiego żołądka, czyli tzw. trawieńca) we Florencji.

Grupowa swoboda

Inaczej też zwiedza się w niewielkiej, kilkuosobowej grupie, a inaczej, gdy miejscowość wypoczynkowa rozbrzmiewa rodzimym językiem. W tym drugim przypadku turyści zaczynają się czuć silni siłą grupy, a jednocześnie bezkarni, bo przecież są daleko od domu.

Włoski street food (fot. Flickr/Dennis Matheson)

„Nie było hotelu bez pcheł”. Te warszawskie zachwycały, ale i straszyły

Obecna Warszawa może poszczycić się bogatą ofertą hotelową, ale nie zawsze tak było. W XIX wieku miasto miało zaledwie 18 hoteli i 22 domy...

zobacz więcej

– Wyjeżdżając na wakacje ludzie wyrywają się z sieci kontroli społecznej. Zyskują poczucie anonimowości, mają wrażenie, że cokolwiek zrobią, ujdzie im to na sucho, nie zepsuje reputacji w miejscu zamieszkania. Pozwalają sobie więc na znacznie więcej – zwraca uwagę dr Wiesław Baryła, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS w Sopocie.


Zbyt wielka swoboda miewa przykre konsekwencje. Np. kilka lat temu burmistrz Malii, popularnego wśród turystów miasteczka na Krecie, postanowił położyć kres wybrykom brytyjskich turystów, którzy potrafili pijani biegać nago po miasteczku i miał zamiar stworzyć dla nich specjalną strefę poza Mali. W końcu jednak pomysł turystycznego getta upadł.

Pojawiają się też niepochlebne opinie o innych podróżujących grupowo nacjach, hałasujących i brudzących, a obok Brytyjczyków, wymieniani są też Niemcy, Rosjanie i niestety Polacy.

Thomas Cook i początki masowej turystyki

Na koniec przypomnienie, kiedy narodziła się współczesna masowa turystyka zorganizowana. Wbrew pozorom ma już trochę lat, bo zaczęła się w połowie XIX wieku. Jej ojcem był Brytyjczyk, z zawodu stolarz, a potem kaznodzieja baptystów, Thomas Cook, działacz na rzecz życia w trzeźwości. Najpierw organizował wyjazdy na wiece abstynenckie. A potem doszedł do wniosku, że podróżowanie jest świetnym antidotum na nadmierne picie, bo ludzie mają zajęty czas i uczą się nowych rzeczy.

Najpierw przygotowywał podróże po Wielkiej Brytanii, kupował bilety kolejowe, załatwiał hotele, organizował wolny czas. Przełomem okazała się pierwsza wystawa światowa w Londynie w 1851 r. Cook dzięki szeroko zakrojonej kampanii reklamowej wysłał na nią ponad 150 tys. osób. Pierwszą wycieczkę za granicę przygotował do Francji. Miał już wtedy prężnie działającą firmę, w której pracował razem z synem. Stopniowo rozszerzał swoją działalność na coraz dalsze trasy, a turyści dostawali specjalne czeki podróżne.

Firmę przejął syn Cooka i rozkręcił rodzinny biznes. Dziś Thomas Cook Group działa nadal i jest jednym z potentatów na europejskim rynku turystycznym.

Zobacz więcej