Modlitewne uniesienie na Stadionie Narodowym. O. Bashobora przyciągnął tłumy wiernych

kawi aktualizacja: 08:00 wyślijdrukuj
fot
W rekolekcjach uczestniczyło około 35 tys. osób (fot. fb/Jezus na Stadionie)

– Jestem jedną z tych, której lekarze nie dawali żadnych szans. Miałam już nie żyć. Kiedy pokazałam im wyniki badań, przecierali oczy ze zdumienia – mówi Ewa. Podobnie jak 35 tysięcy osób w sobotę pojawiła się na rekolekcjach „Jezus na Stadionie” prowadzonych przez o. Johna Bashoborę z Ugandy.

Godzina 7.45. Warszawskie tramwaje jadące w stronę Stadionu Narodowego są jak na tak wczesną sobotnią porę dosyć mocno zapełnione. „Pewnie wszyscy tam, gdzie my”, „Patrz, ci państwo też na rekolekcje” – słychać szepty.

Rzeczywiście większość mniejszych lub większych grup z plecakami, siatkami czy wiklinowymi koszykami wypełnionymi prowiantem, kocami i swetrami, na wypadek gdyby zrobiło się zimno, wysiada na rondzie Waszyngtona i kieruje w stronę stadionu. To właśnie tu w sobotę odbyły się największe nie tylko w Polsce, ale i w Europie rekolekcje „Jezus na Stadionie”. Po raz trzeci w tym miejscu, po raz piąty w ogóle.
„Może poszaleć i pobiegać z dzieciakami”

Jedną z pasażerek tramwaju jest pani Maria z 5-letnią Justynką. Przyjechały z Wałbrzycha. Spróbują wytrzymać do końca, ale z racji tego, że dziewczynka „debiutuje” na takim trwającym bardzo długo, bo aż 13 godzin, wydarzeniu, nie wiadomo, jak będzie. – Jak będzie bardzo zmęczona, to wrócimy wcześniej, a jak da radę, to wytrwamy do końca. Na szczęście nocleg u znajomych mamy zapewniony – mówi pani Maria.

Dlaczego właśnie tak postanowiła spędzić początek wakacji z córką? – Chcę, żeby od małego miała kontakt z fajną formą ewangelizacji. Żeby kościół nie kojarzył jej się tylko z nudnym kazaniem i długą mszą. Tu są tańce, śpiewy, może poszaleć i pobiegać z innymi dzieciakami. Marysia bardzo dużo rozumie jak na 5-latkę. Tłumaczę jej, kim jest Jezus, czytamy razem Biblię dla dzieci. Ważne jest dla mnie to, żeby od mała poznawała wiarę i nie była zielona w tej kwestii – tłumaczy. Rodzice z dziećmi oraz niepełnosprawni mają miejsca na płycie stadionu, przed ołtarzem. Pozostali uczestnicy rekolekcji mają dostęp tylko do sektorów. Choć te najlepsze miejscówki rozchodzą się zaraz po tym, jak rusza sprzedaż biletów, można je kupić do ostatniej chwili, przed wejściem. Każdy kosztuje 60 złotych. Poza numerem sektora i miejsca znajduje się na nim godzinowy plan rekolekcji oraz modlitwa.

Wszystko jest odpowiednio rozplanowane. Na płycie znajdują się namioty, w których mamy mogą nakarmić albo przewinąć dziecko, w przerwach można kupić sobie coś do jedzenia albo picia. Kupujący bilety przez internet mieli możliwość wykupienia również obiadu. Podczas przerwy tylko go odbierają. W menu m.in. gulasz, kurczak w sosie curry albo zupa.
Do Warszawy przyjechali ludzie modlić się o łaski (fot. fb/Jezus na Stadionie)
Praktyczną, jak i duchową pomocą służą setki wolontariuszy. Każda grupa ma inny kolor koszulek. Czerwoni animują tańce i ruch, pomarańczowi – śpiewają, zieloni – ewangelizują, żółtych można poprosić o modlitwę w swojej osobistej intencji, zaś niebiescy wskazują miejsca w sektorach, odpowiadają na pytania organizacyjne, a potrzebujących odprowadzają do księży egzorcystów albo spowiedników. Do tych ostatnich ustawiają się całkiem długie kolejki, a oni „biją swoje osobiste rekordy” wyspowiadanych jednego dnia osób.

Rekolekcje rozpoczyna modlitwa różańcowa poprowadzona przez paulinów z Jasnej Góry. Około godziny 9 biskup pomocniczy diecezji warszawsko-praskiej Marek Solarczyk w asyście ojców paulinów z Jasnej Góry wprowadza na płytę stadionu kopię ikony Matki Bożej Częstochowskiej.

Nauczanie i uwielbienie

Rozpoczyna się nauczanie i uwielbienie. Wśród duchownych, którzy je prowadzą, jest także on. Bez niego, czyli ojca Johna Bashobory, o tym wydarzeniu zapewne nie byłoby tak głośno. Ma 70 lat. Polskę po raz pierwszy odwiedził w 2007 roku. Został zaproszony przez Anglika, który jechał do Krakowa z innym księdzem. Ten zachorował i musiał go zastąpić.

Duchowny w wywiadzie dla TVP 1 wspomniał, że gdy w drodze do Polski zatrzymał się w Rzymie, to odradzano mu przyjazd do naszego kraju. Modlił się wtedy do Jana Pawła II, którego uważa za swojego mentora. – Następnego dnia dostaję wiadomość z Gdyni, bym przyjechał. Więc to Jan Paweł II zdecydował za mnie – wyjaśnił.

Jego rekolekcje gromadzą tłumy, bo słynie z medycznych uzdrowień m.in. niepłodności, depresji, bólu kości, nałogów czy raka.

Tego ostatniego doświadczyła na sobie pani Ewa. – Miałam raka, czwarte stadium. Lekarze rozkładali ręce, mówili, żeby przygotować się na najgorsze. Przyjechałam na rekolekcje, modliłam się, słuchałam tego, co mówi ojciec Bashobora. Powiedziałam sobie w duszy, że wszystko w rękach Boga i niech się dzieje, co chce. Żadnych spektakularnych odczuć nie miałam, ale po kilku miesiącach, gdy miałam kontrolne badania, okazało się, że rak znika. Lekarze przecierali oczy ze zdumienia, a ja nie dość, że byłam szczęśliwa, to jeszcze bardziej uwierzyłam – mówi, a w oczach ma łzy wzruszenia.
Charyzmatyczny o. John Bashobora po raz pierwszy przyjechał do Polski w 2007 roku (fot. fb/Jezus na Stadionie)
„To nie żadne szamaństwo”

Tych, którzy przyjechali, aby pomodlić się o uzdrowienie, jest wielu. Kasia ma 28 lat, przyjechała z Radomia z mężem, bratem i bratową. Jest po amputacji obydwu piersi. Mimo że ostatnio okazało się, iż nowotwór ustąpił w 100 procentach, lekarze studzą jej radość.

– Chcieli mi od razu zrobić kolejną operację, ale się nie zgodziłam. Bez biustu dam radę zostać mamą, ale bez jajników nie za bardzo – wyznaje. Cieszy się z tego, że jest zdrowa, że powoli odrastają jej włosy. – Nie chcę się zastanawiać nad tym, czy choroba wróci, czy nie. Wierzę, że nie, i dlatego tu jestem, bo, jak mówi ojciec Bashobora, mogę być ponad swoją chorobę, swoje dolegliwości, jeśli tylko zaufam i oddam się Bogu – przekonuje.

Ojciec Bashobora ma doktorat z teologii duchowości, jest też magistrem psychologii. Podczas studiów w Rzymie wstąpił do wspólnoty charyzmatycznej, a po powrocie do Ugandy założył tam sierociniec. Pod opieką ma 6 tys. dzieci. W wywiadzie udzielonym TVP 1 w 2014 roku, odnosząc się do zarzutów o szamaństwo, kapłan przekonywał, że jest chrześcijaninem.

– To nie żadne szamaństwo, indoktrynacja albo czary. Ci, co mówią o czarach, niech przyjdą na spotkanie ze mną. Porozmawiamy o Chrystusie i wtedy zobaczymy, czy to jakieś czary-mary. Chętnie będę dyskutować ze wszystkimi, którzy zarzucają mi szamaństwo – mówił.
Na Stadionie Narodowym panowała wyjątkowa atmosfera (fot. fb/Jezus na Stadionie)
„Dziękuję, że rozum mi wrócił”

Kiedy po raz pierwszy pojawia się w sobotę podczas kazania, prosi stojących przed ołtarzem fotografów, aby przerwali swoją pracę. – Nie róbcie zdjęć „malutkiemu Bashoborze”, zwróćcie swoją uwagę i oczy na tych pięknych ludzi, którzy tu przyszli. Nieważne, co wydarzyło się w twoim życiu, Bóg cię kocha, umiłował ciebie i mnie – zwraca się do obecnych.

Moc tych słów czuje Marek. Ma 50 lat, na szyi zawieszony sporych rozmiarów krzyżyk i różaniec. Przez pół swojego życia był narkomanem. – Gdybyś mnie spotkała kilka lat wcześniej, tobyś się brzydziła podejść. Sam dla siebie byłem śmieciem. Młody ksiądz z parafii uparł się, że mnie z tego wyciągnie. Żartujemy dziś, że nie chciałem mu robić przykrości i zafundować na starcie porażkę, a nie sukces, więc się ogarnąłem – śmieje się.

Na rekolekcjach jest drugi raz. Nie sam. Przyprowadził swoją narzeczoną. – Jestem tu, bo chcę podziękować za to, że mi rozum wrócił. Moja kobieta jest na początku swojej przygody z wiarą, więc tu się najlepiej do niej przekona – tłumaczy.

„Wierzę, że będzie dobrze”

Centralnym punktem wydarzenia była msza św. pod przewodnictwem abp. Henryka Hosera. Jednak tym punktem rekolekcji, na który czeka większość, jak nie wszyscy zgromadzeni, jest adoracja z modlitwą o uzdrowienie i uwielbienie.
Zanim na ołtarzu pojawi się Najświętszy Sakrament, pomarańczowi rozgrzewają uczestników. Wszyscy świetnie się bawią. Wśród nich jest pani Ania. Na stadion przyjechała z chorą córką. Porusza się energicznie do jednego z psalmów, wykonuje gesty nawiązujące do słów. Z jej twarzy nie znika uśmiech.

– Moje koleżanki stwierdziłyby, że pani nauczycielce, a w dodatku po 60-tce, to nie przystoi, ale ja staram się żyć pełnią życia. Jak każdą matkę boli mnie, że moje dziecko choruje, ale staram się myśleć pozytywnie. Wierzę, że będzie dobrze i ktoś tam na górze nad nami czuwa – mówi.

Podczas wieczornych modlitw uczestnicy „zapalają” światełka w komórkach. Efekt jest imponujący. Ojciec Bashobora zachęca wszystkich, aby dziękowali m.in. za choroby, osoby, które odeszły od Kościoła, za narkomanów. Tłumaczy, że to wszystko pojawiło się w jakimś, konkretnym celu, a Bóg właśnie zdejmuje z nich wszelkie utrapienia, dolegliwości i uzdrawia ich ciała oraz dusze.

Po wspólnej modlitwie i wyprowadzeniu monstrancji oraz obrazu machają na pożegnanie białymi chusteczkami. – Nie wiem, czy wiecie, ale ten gest przejęła od nas Fatima – mówi zgromadzonym ksiądz animator. Tłum powoli opuszcza stadion. Wiele osób już planuje, że wróci tu za rok. – Chyba już sobie nie wyobrażam innego rozpoczęcia lata – śmieje się Kasia.

Wybrane dla Ciebie