Benzyną z beczkowozu oblali żandarmów. Rocznica powstania iwienieckiego

aktualizacja: 15:55 wyślijdrukuj
fot
160-osobowy oddział AK rozbił wielokrotnie silniejszy garmizon niemiecki (fot. Flickr/ Contando Estrelas)

Powstanie warszawskie, które na zawsze stało się synonimem męstwa Polaków, nie było jedynym zrywem przeciwko niemieckim okupantom. Warto przypomnieć powstanie iwienieckie, które zakończyło się sukcesem militarnym i częściowo także politycznym, choć – podobnie jak w Warszawie – również pociągnęło za sobą tragedię ludności cywilnej. Mijają właśnie 74 lata od tamtych wydarzeń.

Po klęsce kampanii wrześniowej powiat stołpecki, należący do przedwojennego województwa nowogródzkiego, w wyniku porozumienia Ribbentrop-Mołotow przypadł Niemcom. Hitlerowcy wraz z kolaboracyjną Białoruską Policją Pomocniczą wymordowali miejscowych Żydów i stosowali terror wobec ludności polskiej.

Jednocześnie Polacy byli prześladowani przez czerwonoarmistow, którzy po inwazji III Rzeszy na ZSRR podjęli walkę partyzancką. Chronili się głównie w Puszczy Nalibockiej, gdzie dołączali do nich m.in. Żydzi uciekający z gett, a także pospolici przestepcy. Łącznie według historyków w lasach zamieszkiwało od 10 do 25 tys. osób.

Zafałszowany obraz

Jeden z oddziałów partyzanckich złożonych z sowietów i Żydów dokonał masakry polskich mieszkańców wsi Naliboki. Niektórzy historycy szacują, że w dniach 7-8 maja 1943 roku zostało zamordowanych w niej nawet 250 osób, choć najpewniej 128. Oddziałem żydowskim dowodził Tewje Bielski, upamiętniony w filmie „Opór” z Danielem Craigiem w roli głównej.

Podobnych napaści było więcej. Sowieci masowo rekwirowali żywność, odzież oraz inne mienie. Nierzadko takie „operacje gospodarcze” przybierały formę zwykłego rabunku, któremu towarzyszyły morderstwa oraz gwałty na kobietach.

Polacy organizowali drużyny samoobrony. 3 czerwca 1943 roku 44 ochotników utworzyło oddział, który później przeistoczył się w Zgrupowanie Stołpeckie AK. Na czele stanął Witold Pełczyński ps. Dźwig, ale już pierwszego dnia został on ranny na skutek przypadkowego wybuchu granatu. Komendę nad oddziałem objął por. Kacper Miłaszewski „Lewald”. Szybko oddział powiększył się do 130 osób, w tym kilkunastu kawalerzystów.
Wkrótce polska siatka w 5-tysięcznym Iwieńcu, składająca się z AK-owców i sympatyków Armii Krajowej, została zdekonspirowana. Wpadło od 20 do 80 osób. Wywiad ustalił, że Niemcy zamierzają wywieźć ich do obozów zagłady. Podjęto więc decyzję o ataku na silny garnizon niemiecki w celu odbicia więźniów.

Znienawidzony dowódca

Według szacunków niemiecki garnizon liczył około 100 żandarmów, do tego dochodziło około 400 niemieckich urzędników i 300 białoruskich policjantów. Dowodził nim słynący z okrucieństwa Karl Cavill, zwany przez miejscową ludność „Czechem” lub „Sawinolą”. W pobliżu stacjonowały także dwie kompanie Luftwaffe, skoszarowane nad rzeką Wołmą. Polaków było ledwie około 160.

Datę ataku wyznaczono na 22 czerwca, ale termin przyspieszono, ponieważ wywiad ustalił, że Niemcy będą umacniali obiekty. Idealną datą był 19 czerwca, na kiedy zarządzono masowy pobór w szeregi Korpusu Białoruskiej Samoobrony oraz przymusowy wykup koni dla niemieckiej armii. W tłumie łatwiej było przemycić uzbrojonych partyzantów i uderzyć z zewnątrz i od środka.



Atak nastąpił w porze obiadowej. Sygnałem były dzwony bijące na Anioł Pański. Zaczęto od przecięcia linii telefonicznych, potem stopniowo likwidowano punkty oporu. Grupa dowodzona przez wachm. „Dęba” unieszkodliwiła strażników i otoczyła siedzibę białoruskiej policji, gdzie przetrzymywani byli AK-owcy i wezwała obrońców do poddania się.

Obrońcom posterunku przewodził st. sierż. Stefan Poznański, podoficer przedwojennej Policji Państwowej i jednocześnie członek AK. Na jego rozkaz policjanci – głównie Polacy, w wielu wypadkach członkowie i sympatycy AK – złożyli broń i opuścili budynek.
Ciężkie walki wybuchły natomiast w okolicach posterunku niemieckiej żandarmerii. Obrońcy stawiali opór, najpewniej obawiając się, że w przypadku dostania się do niewoli zostaną ukarani za wcześniejsze zbrodnie na ludności cywilnej.

Zastrzelili emisariusza

Mając tylko broń krótką, która przy ataku frontalnym była niewystarczająca, Polacy chcieli zmusić hitlerowców do kapitulacji i wysłali emisariusza – schwytanego w koszarach Luftwaffe kapitana, ale Niemcy go zastrzelili.

Przełomem okazał się pomysł wachm. „Dęba”, który zasugerował wlanie benzyny do strażackiego beczkowozu i oblanie Niemców z sikawki. W ogniu zginęli niemal wszyscy żandarmi, w tym – ku rozczarowaniu AK-owców, także „Sawinola”, który umknął ziemskiej sprawiedliwości.

W miasteczku zapanowała powszechna radość. Na wieży kościoła św. Michała i na wielu budynkach załopotały biało-czerwone flagi. Uruchomiono stację radiową, z której popłynęła pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła” oraz hymn Armii Krajowej, śpiewano rotę.

Iwieniec był wolny niecałą dobę. Gdy nazajutrz o świcie przyleciały niemieckie samoloty rozpoznawcze, wydano rozkaz odwrotu. O godz. 6 rano trębacz odegrał hejnał Wojska Polskiego, po czym żołnierze udali się do Rudni Nalibockiej.
Po zwycięstwie na kościele św. Michała zawisła biało-czerwona flaga (fot. Wiki/Fczarnowski)
Rozbudowali stan

Uwolniono wszystkich więźniów, w tym kilkunastu Żydów. Polacy zabrali ze sobą uwolnionych więźniów, dezerterów z białoruskiej policji oraz młodych Polaków, którzy zgłosili się na ochotnika, żeby wzmocnić oddział (Niemcy chcieli powołać ich do Wehrmachtu – przyp. red.). Dzięki ochotnikom oddział został rozbudowany do stanu batalionu.

Bilans walk to trzech Polaków zabitych i od sześciu do jedenastu rannych. Straty obrońców to nawet 150 Niemców i kolaborantów zabitych oraz kilkunastu wziętych do niewoli. AK-owcy zdobyli także znaczne zapasy, które wywieziono na 70 furmankach, między innymi kilkadziesiąt koni i sztuk bydła, spore zapasy medykamentów i kilka skrzyń papierosów, kilka beczek spirytusu.

Przejęto także pięć samochodów, w tym trzy ciężarówki, do tego dwa działka przeciwpancerne z amunicją, kilkanaście ckm-ów i rkm-ów, kilkaset granatów, 12 tys. sztuk amunicji, tajne dokumenty wojskowe. Sukces Polaków chcieli wykorzystać sowieci, którzy później przyjechali do Iwieńca, żeby do reszty opróżnić niemieckie magazyny. Wycofując się zostali jednak namierzeni przez niemiecki pościg, który zadał im ciężkie straty.

Rankiem do miasteczka dotarła niemiecka odsiecz. Hitlerowcy spacyfikowali miasteczko, mordując około 150 osób, zaś wielu wywożąc na przymusowe roboty do Niemiec. To nie był koniec represji. Zaniepokojone niemieckie dowództwo zarządziło przeprowadzenie Operacji „Hermann”, której celem była likwidacja skupisk partyzantów w Puszczy Nalibockiej.

Operacja „Hermann”

W połowie lipca siły liczące nawet 60 tys. żołnierzy i policjantów przy wsparciu lotnictwa, artylerii i broni pancernej ruszyły do ofensywy. W sztabie Dowódcy SS i Policji na Białorusi SS-Brigadeführera Curta von Gottberga znalazł się między innymi późniejszy kat Warszawy, SS-Obergrupenführer Erich von dem Bach-Zelewski, specjalny pełnomocnik Heinricha Himmlera do spraw walki z partyzantką.
Po początkowych sukcesach Polacy byli zmuszeni się wycofać, gdy zorientowali się, że sowieckie oddziały, które miały chronić flanki, uciekły. Dowództwo nakazało podział batalionu na małe grupki, które miały szukać ratunku na własną rękę. Zginęło około 40 AK-owców, zaś kilkudziesięciu odniosło rany, a około stu zaginęło. Ciężkie straty ponieśli także Sowieci.

Hitlerowcy spacyfikowali około 60 wsi oraz nieustaloną liczbę pojedynczych chutorów i leśniczówek. Historyk Kazimierz Krajewski w książce „Powstanie iwienieckie i zapomniane boje w Puszczy Nalibockiej” wskazuje, że Niemcy zamordowali wówczas 4280 osób, zaś ponad 20 tys. wywieziono na roboty do III Rzeszy.

Głośne echo

Zdobycie Iwieńca odbiło się głośnym echem na okupowanych terenach i zmusiło Niemców do zmobilizowania większych sił do walki z partyzantką, co odciągnęło ich od frontu i pośrednio mogło przyczynić się do przyspieszenia końca wojny.

Sowieci zorientowali się także, że polskie wojsko jest niezwykle sprawne. Podziemne pismo „Mściciel ludowy” pochwaliło nawet Polaków za akcję, co później okazało się być jedyną utrzymaną w pozytywnym tonie wzmianką sowieckiej prasy o nowogródzkiej Armii Krajowej, choć już pismo „Czyrwonoja Zwiezda” kłamliwie podało, że Iwieniec zdobyli partyzanci sowieccy. Bohaterska postawa AK-owców wlała nadzieje w serca Polaków, nie tylko na Litwie, i pomogła im przetrwać okupację. Jak śpiewali nowogródzcy partyzanci: „Dość mamy pęt, skończyła się cierpliwość. Dość pełnych więzień i spalonych miast. Mścicielska pięść wymierzy sprawiedliwość. A naszą pieśń podniesiem aż do gwiazd”.

Wybrane dla Ciebie