TYLKO U NAS

Trują, torturują, zabijają z zimną krwią. Seryjne morderczynie brutalniejsze od mężczyzn

Beata Zatońska aktualizacja: 07:01 wyślijdrukuj
fot
Fred i Rosemary West, Ian Brady i Myrna Hindley oraz Aileen Wuornos (fot. Wikimedia Commons)

Seryjni mordercy. Wbrew pozorom nie jest ich tak wielu, jak mogłoby się wydawać. Ich zbrodnie zapadają jednak mocno w pamięć. Zwłaszcza jeśli okazuje się, że zabija kobieta. Burzy to powszechne przekonanie o wrodzonej łagodności kobiet i etosie matki. Tej, która życie daje, nigdy – odbiera. Zbrodniarki takie jak np. Rosemary West, Myrna Hindley czy Aileen Wuornos szokowały tym, co robiły.

– „Czarna wdowa” lub „anioł miłosierdzia” to chyba najczęściej spotykane typy seryjnych zabójczyń. W pierwszym przypadku kobiety pozbywają się partnerów, zwykle z powodów finansowych. Udaje im się to tak długo, dopóki ktoś się nie połapie, że jest coś podejrzanego w tych nagłych śmierciach. „Anioły śmierci” to pielęgniarki, które igrają z życiem pacjentów. Mają opinię oddanych pracy i zaangażowanych. Bywają też pary seryjnych zabójców, wtedy trudno powiedzieć, kto kogo inspirował i namawiał do zbrodni – mówi portalowi tvp.info dr Joanna Stojer-Polańska, kryminalistyk i prawnik z Uniwersytetu SWPS w Katowicach. .

– Najczęściej jednak, jeśli kobieta zabija – zabija „domowego tyrana”, swojego partnera i jest to zwykle jednostkowa sprawa – dodaje ekspert.

W połowie maja w brytyjskim więzieniu zmarł Ian Brady, zwany „mordercą z wrzosowisk”. Brady odsiadywał dożywocie za zamordowanie trójki dzieci. 15 lat wcześniej zmarła w więzieniu jego partnerka i wspólniczka Myra Hindley.

Myra odpowiadała za dwa zabójstwa, które popełniła razem z Bradym. Dużo wskazuje na to, że zaczęła zabijać, gdy spotkała swojego partnera. Wielu powie, że była pod jego wpływem. To jeden z typów seryjnych morderczyń. Duża jest jednak grupa pań, które mordowały na własną rękę.
„Mordercy z wrzosowiska”

Brady i jego dziewczyna zostali złapani przez policję na początku października 1965 r. Zadenuncjował ich szwagier Myrny, którego Brady chciał wrobić w morderstwo 17-letniego Edwarda Evansa.

Jak się potem okazało, Brady i Hindley zabili w sumie pięcioro dzieci. Oprócz Evansa byli to: 16-letnia Pauline Reade, 12-letni Keith Bennett, 10-letnia Lesley Ann Downey oraz 12-letni John Kilbride. Ciała Bennetta nigdy nie odnaleziono. Brady w więzieniu, po latach, przyznał się do wszystkich pięciu zabójstw.

Ich ofiary były gwałcone i brutalnie mordowane. Ciała zakopywali na wrzosowiskach niedaleko Manchesteru. Dlatego media nazwały Brady'ego i Hindley „mordercami z wrzosowisk”. Oboje skazano na dożywocie – jego za trzy zabójstwa, ją za dwa.

Para poznała się, gdy on miał 23 lata, a ona – 19. Ian był samotnikiem i outsiderem zafascynowanym faszyzmem. Myrna pracowała jako maszynistka i marzyła o wielkiej, oryginalnej miłości. Po spotkaniu z Ianem, jak opowiadali jej znajomi, bardzo się zmieniła i pozostawała pod jego wielkim wpływem.

O staraniach o ułaskawienie Myrny powstał w 2006 r. film pt. „Longford” w reż. Toma Hoopera. Kampanię na jej rzecz podjął bowiem lord Longford, który prowadził organizację zajmującą się pomocą skazanym na więzienie. Jego starania spełzły na niczym, a Myrna zmarła w więzieniu w 2002 r. Życie „morderczyni z wrzosowisk” było też tematem kilku filmów dokumentalnych i telewizyjnych fabuł.

„Najważniejsze są dowody”

– Czasem oskarżony przyznaje się do wielu zbrodni, ale sąd nie znajduje dowodów, by go za nie skazać. Samo przyznanie się może nie być wystarczające, zwłaszcza jeśli jest sprzeczne z innymi dowodami. Jedynym rozwiązaniem może być skazanie za czyn, co do którego nie ma wątpliwości – podkreśla dr Joanna Stojer-Polańska.

Jako przykład podaje Leszka Pękalskiego, zwanego wampirem z Bytowa. Skazano go za zabójstwo jednej kobiety, mimo że przyznał się do kilkudziesięciu zabójstw. Problem pojawia się jednak, gdy taki przestępca odsiedzi już cały wyrok. Co dalej?

Pękalski może teraz trafić do ośrodka w Gostyninie, gdzie kierowani są przestępcy, sprawcy najpoważniejszych przestępstw, którzy skończyli odbywanie orzeczonej kary więzienia, ale według biegłych dalej stanowią zagrożenie dla społeczeństwa.
Zabójcy z Cromwell Street 25

W lutym 1994 r. policjanci przekopali ogród domu przy ul. Cromwell 25 w brytyjskim mieście Gloucester. Na posesji odkopano zwłoki ofiar małżeństwa Rosemary i Freda Westów. Fred nie doczekał procesu, 1 stycznia 1995 r. popełnił samobójstwo w więzieniu. Miał odpowiadać za 12 morderstw. Rosemary skazano na dożywocie 22 listopada 1995 r. Uznano ją winną 10 zabójstw. Jest prawdopodobne, że Westowie zabili więcej kobiet, ale ich ciał nie odnaleziono. Przeszli do historii jako najbardziej mordercza para w historii Wielkiej Brytanii. Mordowali przez ok. 20 lat.

Gdy poznali się w 1968 r., Fred miał 28 lat, a Rosemary Letts – 15. Oboje pochodzili z biednych, patologicznych rodzin. Fred był sadystą, miał już za sobą małżeństwo z prostytutką Isą McNeill oraz związek z przyjaciółką żony, Anną McFall. Isa go porzuciła, uciekła przed jego okrucieństwem. A Anna była jedną z jego pierwszych ofiar. Jak się okazało w 1994 r. zamordował ją i poćwiartował jej ciało.
Rosemary Letts uciekła z domu, gdzie ojciec ją bił i wykorzystywał seksualnie. Na początku dziewczyna zajmowała się dziećmi Freda, a w 1970 r. zaszła z nim w ciążę. Pierwszą ofiarą Rosemary była córka Westa, Charmaine. Dziewczynka denerwowała ją swoim płaczem. Zamordowała dziecko w 1971 r., gdy Fred siedział w więzieniu za kradzież. Ludziom powiedziała, że małą Charmaine zabrała matka, Ann McFall. Gdy potem Ann zgłosiła się po dziewczynkę, West ją zabił.

Fred i Rosemary pobrali się w 1972 r. Niedługo potem urodziła im się druga córka. W sumie Rosemary urodziła ośmioro dzieci, ojcem pięciorga był Fred, a pozostałej trójki – jej klienci, kobieta trudniła się bowiem prostytucją. Fred natomiast uwielbiał podglądać, jak jego żona „pracuje”.



Przez 20 lat Westowie zabili kilkanaście młodych kobiet. Przed śmiercią były torturowane, okaleczane i gwałcone, a potem ich ciała ćwiartowali. Policja jest pewna, że odnaleziono zwłoki zaledwie części ich ofiar.

Wpadli, bo policja zaczęła im się przyglądać, gdy ich córka złożyła doniesienie, że ojciec ją gwałci. Stało się to w 1992 r. Co prawda wtedy ani Fred, ani Rosemary nie ukarano za znęcanie się nad dziećmi, bo świadkowie odwołali zeznania, ale w końcu natrafiono na dowód, że Westowie byli seryjnymi mordercami. Para morderców stała się tematem licznych filmów telewizyjnych.
Prostytutka, która mordowała z miłości

O Aileen Wuornos nakręcono cztery dokumenty i dwa filmy – telewizyjny „Overkill: The Aileen Wuornos Story” (1992) oraz „Monster” (2004), w którym główną rolę, nagrodzoną Oscarem, zagrała zmieniona nie do poznania Charlize Theron.

Wournos zamordowała siedmiu mężczyzn, skazano ją na śmierć za sześć morderstw, ponieważ siódmego ciała nie odnaleziono. Jej proces odbył się w 1992 r. 10 lat później wykonano na niej wyrok w więzieniu stanowym niedaleko Starke (Floryda). Podano jej śmiertelny zastrzyk.

Aileen Wuornos urodziła się w 1956 r. w Rochester (stan Michigan) jako drugie dziecko państwa Pitmanów. Ojciec trafił do więzienia za pedofilię, a matka uciekła. Aileen i jej bratem opiekowali się dziadkowie, ale nie byli troskliwi, często bili swoich podopiecznych i głodzili. Dziewczynka zaczęła się prostytuować, gdy miała 11 lat. Sypiała też z bratem.

Gdy zmarła jej babcia, Aileen ruszyła w drogę. Piła, narkotyzowała się i oddawała za pieniądze. W 1976 r. wyszła za 69-letniego mężczyznę, ale mąż długo nie wytrzymał stylu życia żony i jej wybuchowego temperamentu. Po kilku tygodniach znowu znalazła się na ulicy. W 1981 r. trafiła na dwa lata do więzienia za napad na sklep z bronią w ręku. W 1986 r. poznała w klubie dla gejów i lesbijek 24-letnią Tyrię Moore. I zakochała się.

Kochanki zamieszkały razem. Wuornos, zaborcza i zazdrosna, zabraniała Tyrii pracować. Utrzymywała je z tego, co zarobiła jako prostytutka. Nie miała jednak powodzenia, ponieważ tryb życia odcisnął mocne piętno na jej urodzie. A bardzo zależało jej na tym, żeby zatrzymać przy sobie kochankę. Zaczęła więc zabijać i okradać swoich klientów. Używała pistoletu o kalibrze 5,6 mm, zwłoki ukrywała m.in. w przydrożnych lasach.

Tyria wiedziała, co robi Aileen, pomagała jej sprzedawać rzeczy należące do ofiar, jeździła ich skradzionymi samochodami. Tyria miała dość ciągłych ucieczek i kochanki. Porzuciła ją na krótko przed tym, jak Aileen wpadła w ręce policji. Stało się to 9 stycznia 1991 r. Zatrzymano ją za nielegalne posiadanie broni, policja nie miała dowodów, że zabijała. Dostarczyła ich Tyria, w zamian za bezkarność. Wuornos początkowo utrzymywała, że mordowała w obronie własnej, bo mężczyźni próbowali ją zgwałcić, potem przyznała się.

– Seryjnego zabójcę trudniej złapać, bo ofiara często jest osobą obcą, niepowiązaną ze sprawcą. Ale gdy mamy do czynienia z serią zbrodni, pojawia się coraz więcej śladów, można też zaobserwować pewne prawidłowości, wzorce zachowań. Można się zorientować, czy np. zabójca jest osobą zdrową psychicznie i zorganizowaną, czy też niezorganizowaną i chorą. Powoli wychodzi na jaw, gdzie może być jego baza wypadowa. Im więcej ofiar, tym łatwiej wykryć przestępcę – tłumaczy dr Joanna Stojer-Polańska.
Miłośniczka romansów

Nannie Doss, zwana też „chichoczącą babcią”, bo żartowała podczas aresztowania i procesu, zabiła czterech ze swoich pięciu mężów, matkę, dwie teściowe, dwie siostry, wnuka oraz dwójkę własnych dzieci. Wszystkich otruła. Twierdziła, że przez całe życie szukała prawdziwej miłości, takiej, którą opisywano w jej ulubionych lekturach, czyli tanich romansach. Nazywano ją też „zabójczynią o samotnym sercu”, „czarną wdową” i „sinobrodą”.

Urodziła się w 1905 r. Miała nadopiekuńczego ojca tyrana. Z domu uciekła w małżeństwo, gdy miała 16 lat. Wpadła z deszczu pod rynnę, bo teściowa okazała się gorsza od jej ojca. Mąż porzucił ją, gdy zmarło na zatrucie pokarmowe dwoje z czworga ich dzieci. Podejrzewał, że żona je otruła. Gdy się wyprowadził, nagle zmarła jego matka. Dwójkę dzieci kobieta oddała swojej matce i pojechała dalej szukać szczęścia.

Kolejnych mężów poznawała dzięki ogłoszeniom matrymonialnym. Gdy się okazywało, że nie spełniają jej oczekiwań, truła ich. Za każdą ze swoich spokrewnionych ofiar dostawała odszkodowanie. Jak powiedziała podczas śledztwa, pozbywała się ludzi, gdy zaczynali jej przeszkadzać. Robiła to za pomocą arszeniku.

17 maja 1955 r. skazano ją na dożywocie. Zmarła na białaczkę w więzieniu w 1965 r. W swojej celi miała dużą biblioteczkę ukochanych romansów.
„Anioł śmierci” ze szpitala w Cambridge

Pielęgniarka Jane Toppan wydawała się wzorem do naśladowania. Była świetnie wykształcona, wrażliwa, bardzo pracowita i dokładna. Pacjenci i ich rodziny po prostu ją uwielbiali. Jej profesjonalizm i dobre wychowanie były jednak zwodnicze. Podczas procesu przyznała się do 31 zabójstw, 11 jej udowodniono. Specjaliści uznali, że jest niepoczytalna i zamiast do więzienia trafiła do szpitala psychiatrycznego.

Przed sądem mówiła, że lubiła przyglądać się umierającym ludziom. Kładła się obok nich i czekała, aż wydadzą ostatnie tchnienie. Pacjentom podawała znaczne dawki morfiny i atropiny. Najpierw zabijała w szpitalu w Cambridge w amerykańskim stanie Massachusetts. Potem mordowała pacjentów, którymi opiekowała się w ich domach. Aresztowano ją, gdy krewni powzięli podejrzenia, że „pomogła” umrzeć ich bliskim. Śledztwo doprowadziło do kolejnych jej ofiar.

Jane Toppan urodziła się w 1854 r. w Bostonie. Gdy miała sześć lat, zmarła jej matka, a ojciec oddał ją do adopcji rodzinie Toppanów.

Ci, którzy znali Jane, twierdzili, że była urocza i towarzyska. Marzyła o rodzinie, ale nie udało się jej wyjść za mąż. Marząc o wielkiej miłości z pasją czytała tanie romanse. Przed sądem wyznała, że jej życie prawdopodobnie inaczej by się ułożyło, gdyby miała męża i dzieci.
Polska trucicielka z Chicago

Pani Klimek urodziła się w Polsce w 1876 r. jako Otylia Gburek. Z maleńką Otylią rodzice wyemigrowali do USA i zamieszkali w Chicago.

Jak potem pisały gazety, Tillie była gospodarna i miła. Udawała też, że jest medium, bo przewidywała daty śmierci swoich mężów. W rzeczywistości nie było to trudne, bo sama ich zabijała. Po każdym małżeństwie, a poślubiała tylko i wyłącznie polskich imigrantów, których poznawała za pośrednictwem biura matrymonialnego, zostawała jej pokaźna sumka na koncie. Mężów truła arszenikiem.

Przez siedem lat otruła czterech mężów. Wpadła po ślubie z Józefem Klimkiem. Mężczyzna zaczął chorować i trafił do szpitala, gdzie lekarze zdiagnozowali podtrucie arszenikiem. Tillie przyznała się, że podawała mężowi truciznę. Wtedy policja ekshumowała ciała jej poprzednich mężów i okazało się, że nie zmarli śmiercią naturalną.

W trakcie procesu wyszło na jaw, że pani Klimek miała też na sumieniu kilka innych ludzkich istnień, m.in. skłóconych z nią sąsiadów i niewiernych kochanków – w sumie dało to 13 zabójstw i siedem usiłowań. W czasie procesu zeznała, że w trucicielskim procederze pomagała jej kuzynka. Tillie skazano na dożywocie, zmarła w więzieniu w 1936 r. Kuzynka spędziła za kratami rok.
Zabójczynie dzieci

– Zdarzają się też, bardzo bulwersujące opinię publiczną, zabójstwa dzieci. Dzieciobójstwo to kwalifikacja prawna, którą stosuje się, gdy kobieta zabija swoje dziecko pod wpływem emocji związanych z porodem. To są przypadki jednostkowe, niezaplanowane – mówi dr Joanna Stojer-Polańska.

Jeśli jednak kobieta zabija dziecko po porodzie, ale wcześniej to planuje, mamy do czynienia z zabójstwem. – Tak było w przypadku noworodków znalezionych w beczkach po kapuście w Czerniejowie w 2003 r. W 2000 r. na strychu domu we wsi w woj. mazowieckim znaleziono zmumifikowane zwłoki czwórki noworodków. Każda z tych kobiet odpowiadała za zabójstwo, nie dzieciobójstwo – dodaje dr Stojer-Polańska.

Wybrane dla Ciebie