TYLKO U NAS

„Szczerze nie cierpię klasy politycznej niezależnie od opcji i barw”

Beata Zatońska aktualizacja: 16:39 wyślijdrukuj
Mariusz Czubaj (fot. ©Piotr Magdziarz)

– Przyznam, że dla mnie polityk to jest zawód ostatniego kontaktu. Szczerze nie cierpię klasy politycznej niezależnie od opcji i barw. Mam poczucie, że do tego fachu garną się ludzie nieszczęśliwi, tacy, którzy nic innego nie potrafią robić – powiedział portalowi tvp.info autor bestsellerowych kryminałów Mariusz Czubaj. Jego nowa książka „R.I.P.” dostała Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszą polskojęzyczną powieść kryminalną lub sensacyjną. To już drugi Kaliber w dorobku Czubaja – w 2009 r. dostał tę nagrodę za książkę „21:37”. Autor jest antropologiem kultury i literaturoznawcą.

Do powieści kryminalnych najpierw miał pan podejście teoretyczne, naukowe. Potem dopiero zaczął pan pisać. To naturalna wg pana kolej rzeczy?

Mam psychofanatyczny stosunek do powieści kryminalnych. 10, 15 lat temu czytałam mnóstwo kryminałów, pisałem o nich teksty publicystyczne. Razem z prof. Wojciechem Bursztą popełniliśmy „Krwawą setkę”, rzecz zupełnie pionierską o fenomenie tego gatunku literackiego. Mówię o tym dlatego, że w moim przekonaniu wszystko się bierze z miłości i fanatycznego uwielbienia względem tej literatury, którą się pochłania. Bardzo trudno mi sobie wyobrazić wielbiciela powieści Sapkowskiego czy Tolkiena, który choć raz nie pomyślał, że chce coś tak fantastycznego o rycerzach, wróżkach i smokach napisać. Jeśli ktoś jest fanatycznym wielbicielem zespołu Metallica, to też na pewno nie raz przejdzie mu przez głowę, żeby taki fajny zespół założyć.

Czy to znaczy, że pan też będzie grać? Bo muzyka krąży w orbicie pana zainteresowań? Słyszałam o jakimś projekcie z Marcinem Świetlickim.

Grywam czasem po godzinach. Jako kompozytor pojawię się na jazzowej płycie Marcina Świetlickiego i zespołu Zgniłość. Teraz po przerywniku muzycznym wracamy do kryminałów. Trzeba trafić na właściwych ludzi. Tak się złożyło, że na mojej drodze pojawił się pisarz z Wrocławia, Marek Krajewski. Mieliśmy napisać razem eksperymentalnie opowiadanie. Rozrosło się tak, że powstała książka „Aleja samobójców”, pierwsza z naszych dwóch wspólnych powieści. Byłem już zainfekowany pisarstwem i równocześnie pracowałem nad moją pierwszą, solową książką, czyli „21:37”, za którą dostałem pierwszy Wielki Kaliber w 2009 r. Trudno sobie wyobrazić lepszy debiut.

To jak odpalenie petardy. Nie każdy ma taki dobry start. Możemy założyć, że jest wielu fantastycznie zdolnych fanów kryminałów, którzy zaczynają pisać. Jeśli roześlą swoją pierwszą powieść do wydawnictw to też, tak jak pan, będą mieli szansę na szybką publikację?

Nie czarujmy się. Marek Krajewski był wtedy bardzo znanym i uznanym autorem. Jego rola dla rozwoju powieści kryminalnej w Polsce jest trudna do przecenienia. Niezależnie, czy ktoś lubi mniej lub bardziej powieści Krajewskiego, nie może mu odmówić, że jest ojcem założycielem tego nurtu we współczesnej polskiej literaturze. Jest też człowiekiem, który zachęcił wydawców, by zainteresowali się tym gatunkiem. 10 lat temu rynek wyglądał zupełnie inaczej. Gdy w 2009 r. dostałem nagrodę Wielkiego Kalibru, rocznie ukazywało się 20 polskich powieści kryminalnych. W ub.r. ukazało się ich ok. 200. To pokazuje skalę zmian. Ta literatura bardzo dynamicznie się rozwija. Dla mnie sukces Marka Krajewskiego był trampoliną, dzięki której nie przeszedłem przez piekło debiutanta. Nadal to tak wygląda, że wysyła się powieść do wielu wydawnictw i zalega cisza. Trwa pół roku, albo dłużej. Nie ma żadnej odpowiedzi. Nie wszystkie powieści są od razu czytane.
Kryminały zyskują coraz większą popularność (fot. Pixabay/maxmann)
Mamy rynek wydawcy?

Tak powinno być. Oczywiście każdy, kto chce być pisarzem, może sobie sam wydać książkę, ale nie na tym to polega. Powieść musi zaistnieć w świadomości czytelników i mediów, w księgarskim obiegu. Tego bez silnej platformy dystrybucyjnej zrobić się nie da. Nie wierzę w pisarskie i wydawnicze pomysły typu „zrób to sam”. Są oczywiście piękne i szlachetne, ale mało skuteczne. Jeśli ktoś profesjonalnie chce się zająć pisaniem książek, musi za nim stać wydawca.

Ugruntował się już u nas zawód pisarza? Da się z tego utrzymać?

Istnieje stosunkowo niewielkie, ale wciąż poszerzające się grono pisarzy, którzy żyją tylko i wyłącznie z pisania. Są w tej grupie autorzy kryminałów. Ale chcę zwrócić uwagę, że to jest dość ciernista droga. Jeśli popatrzymy na moich znakomitych kolegów i koleżanki, np. Katarzynę Bondę, Marka Krajewskiego, Marka Wrońskiego, Zygmunta Miłoszewskiego, to ich sukces było odłożony w czasie. Zanim stali się znani i docenieni, minęło od siedmiu do 10 lat, a w tym czasie musieli przecież za coś żyć. Trzeba mieć mnóstwo determinacji, żeby nie zrezygnować, nie wycofać się z tej drogi.

Pionierzy współczesnego polskiego kryminału czują już na plecach oddech młodszych kolegów?

Mam poczucie, że polski kryminał wkroczył w nową fazę. Jest druga fala pisarzy, takich jak m.in. Katarzyna Puzyńska, Remigiusz Mróz czy Joanna Opiat-Bojarska. Ścigają się z nami, pionierami, trochę nas podgryzają. Wydają bardzo dużo powieści, kilka rocznie. Remigiusz Mróz jest tu całkowitym ewenementem, bo w ub.r. wydał bodajże osiem powieści. To też o czymś świadczy. Muszę wyznać, że myślę o sobie coraz częściej jako o weteranie, który należy do kryminalnego parku jurajskiego, bo tak dynamicznie ta literatura się w Polsce rozwija. Gdy my zaczynaliśmy, powieść kryminalna była gatunkiem niszowym. Salony literackie raczej na nią prychały pogardliwie. Nie należało się chwalić ani tym, że się takie rzeczy czyta, ani że się je pisze. Teraz doczekaliśmy czasów, że nawet jeśli ktoś kryminałów nie czyta, to w dobrym tonie jest utrzymywać, że tak jest. Przynajmniej skandynawskie. To jest trend widoczny nie tylko na polskim rynku, na światowym też jest wyraźny. Niewątpliwie pisarze, którzy debiutowali dwa, trzy lata temu, mieli już przetarte szlaki. Przez osiem lat rynek literatury kryminalnej przeszedł prawdziwą rewolucję.
Czy spotkał się pan z tym, że ludzie deprecjonują to, że pisze pan kryminały? Kiedyś pisarze mawiali: nie mam natchnienia na poważną powieść, napiszę więc kryminał.

W dzisiejszych czasach nie ma już takich sytuacji. Kryminał jest gatunkiem docenionym. Sięgają po niego różni pisarze, testują swoje możliwości w gatunkowym formacie. Nie ma uśmiechu politowania. Jest raczej respekt.

Jeśli popatrzy pan na literaturę kryminalną nie jako pisarz, ale jako naukowiec, antropolog kultury, to jak wytłumaczy pan fenomen jej popularności?

Powieści kryminalne są bardzo zróżnicowane i zaspokajają bardzo różne gusty i potrzeby literackie, począwszy od tej najprostszej, czyli od uwielbienia ciekawych historii. To pradawne i pierwotne. Zaczęło się przy ogniskach w jaskiniach, taki wyrafinowany rodzaj plotkowania. Kryminał zaspokaja nasz głód narracyjny. Uwodzi tajemnicą, zagadkę, okrucieństwem. W tym tkwi jego siła. Nie mam wątpliwości, że powieść kryminalna to jest kontynuacja wielkiej powieści realistycznej, tej najlepszej, dziewiętnastowiecznej. Daje nam panoramę współczesnego społeczeństwa. Kiedy czyta się powieści Skandynawów, np. Henninga Mankella czy Stiega Larssona, widzi się bardzo wyraźnie, że nie proponowali nam kryminalnych, rozrywkowych zagadek, ale pokazywali, co się dzieje z nami i naszym światem.

W „R.I.P”, powieści, za którą dostał pan niedawno Wielki Kaliber, przedstawia pan mocno przygnębiający i przerażający obraz polskiej prowincji.

Skondensowałem w tej powieści całe zło, o którym pomyślałem. Skrzyżowałem kryminał z moim drugim ukochanym gatunkiem, czyli z westernem. Podstawowa sytuacja westernowa wygląda tak, że przyjeżdża samotny jeździec do małego miasteczka, którym ktoś trzęsie i musi się z tym potworem zmierzyć. Chciałem napisać książkę o zemście. Wymyśliłem bohatera, którego do końca polubić się nie da. Nie jest śnieżnobiały. Wrzuciłem go w środek takiej historii, z której można wyjść żywym, ale nie da się nie ubrudzić rąk. Proszę mi wierzyć, ale takich miasteczek, jak to powieściowe, gdzie rządzi lokalny watażka, jest bardzo dużo. Z wielkomiejskiej perspektywy można patrzeć na to inaczej, ale wystarczy pojechać 20, 30 km poza granice Warszawy i zobaczymy, że świat się diametralnie zmienia.

Czyli nie powinniśmy sobie myśleć, że mamy w Polsce lepiej, niż Włosi w miasteczkach, w których rządzi cosa nostra?

Też czasami mamy paskudnie. A pisarz, który tworzy kryminały, najbardziej lubi gromadzić w swoich książkach rzeczy i historie drastycznie paskudne. Autor lubi pochuliganić. To raczej wujek samo zło, a nie samo dobro.
Akcja „Cmentarnych róż” rozgrywała się we Władysławowie (fot. Pixabay/piviso)
Pisanie to rodzaj terapii dla pisarza?

Nie potrzebuję terapii, fantastycznie sypiam. Staram się oddzielać fikcję literacką od życia. Ale miewam osobliwe zboczenia. Nieustannie podpatruję ludzi, podsłuchuję ich. Kiedy widzę jakieś interesujące miejsce, to się zastanawiam, czy tam można położyć trupa.

Gdzie najlepiej położyć trupa?

Nie odpowiem wprost. Opowiem, że gdy z Markiem Krajewskim pisaliśmy „Róże cmentarne”, wymyśliliśmy sobie, że rzecz będzie się działa w znanej miejscowości wypoczynkowej nad morzem, czyli we Władysławowie. Chodziliśmy z notesami w garści po plaży, między opalającymi się, zaparawanionymi ciałami i zastanawialiśmy się głośno, gdzie dałoby się ukryć zwłoki młodej dziewczyny. Plażowicze byli zdziwieni i trochę zdezorientowani. Może więc ludzie piszący kryminały do końca normalni nie są, ale staramy się, by nasza twórczość nie wpływała bardzo dewastująco na naszą psychikę.

A gdybyśmy pokusili się i poszukali w powieści „R.I.P” bardzo modnych ostatnio inspiracji politycznych, to co by mi pan powiedział?

Małe miasteczko może być państwem w miniaturze. W „Martwym popołudniu”, poprzedniej mojej powieści, opisałem podobny mechanizm. Przyznam, że dla mnie polityk to jest zawód ostatniego kontaktu. Szczerze nie cierpię klasy politycznej niezależnie od opcji i barw. Mam poczucie, że do tego fachu garną się ludzie nieszczęśliwi, tacy, którzy nic innego nie potrafią robić.

Bohaterowie pana powieści, Rudolf Heinz i Marcin Hłasko, choć diametralnie na pierwszy rzut oka różni, mają wiele cech wspólnych. Podobieństwa to ukłon w stronę czytelników?

Nie da się dogodzić wszystkim. Jedni będą narzekać, że za bardzo się różnią, inni – że są do znudzenia do siebie podobni. Staram się nie nudzić. Profiler Heinz jest człowiekiem depresyjnym, a Hłasko to ironista i prześmiewca, z dużym dystansem patrzącym na świat.
„R.I.P” – skrzyżowanie kryminału i westernu w mazurskich plenerach (fot. Pixabay/Tom Marc)
Oba nazwiska są znaczące. Hłasko ma duży potencjał literacki, a Heinz – reklamowy.

Może cały czas marzę, żeby pewna duża firma zadzwoniła do mnie w środku nocy i zaproponowała mi lukratywny kontrakt reklamowy. Niestety, na razie telefon milczy.

A Szczepan Twardoch takie kontrakty ma.

Szczepan ma dwa bolidy, może więcej. Nie zaglądam mu ani do garażu, ani do portfela. To takie żarty, ale na pewno lepiej zarabiać więcej niż mniej.

Obaj pana bohaterowie, Heinz i Hłasko, mają co najmniej nieuregulowane stosunki ze swoimi ojcami. Skąd ta regularność? Te traumy mają jakieś głębsze korzenie?

Bohater musi mieć problemy, duże problemy. Bywa, że pytają mnie, którego z nich bardziej lubię, z którym chętniej poszedłbym na piwo, z Heinzem czy Hłaską. Odpowiadam zawsze, że z żadnym z nich. Bohaterowie literaccy są po to, by mnożyć im problemy i piętrzyć przeszkody. Wtedy są interesujący. Pisarz nie powinien zżywać się emocjonalnie z bohaterem. Jeśli go polubi, będzie go chronić i powieść na tym ucierpi. Autor nie może być aniołem stróżem bohatera, ma go wrzucać w kolejne kręgi piekła. Popaprane życie jest podstawą układanki. Bez udręczenia postaci nie ma literatury.

Pisarz, który męczy bohaterów, sam też się męczy?

Straszliwie. Nie ma w tym nic ciekawego. To nie jest seksowny zawód. Nie jadę do biura. Przemieszczam się z łóżka za biurko i wysiaduję kilka godzin. Nie ma żadnych przypływów natchnienia, przebłysków. Krew, pot i łzy. Najprzyjemniejszy jest czas zbieranie materiałów do powieści. Aż się tego nie chce skończyć, bo wiadomo, co będzie potem.
Był pan w Starych Kiejkutach, gdzie rozgrywa się akcja „R.I.P”?

Mam tam rodzinę. Można więc powiedzieć, że pisarz to taki szakal, który żywi się tym, co zobaczy.

Trochę pan tymi Starymi Kiejkutami czytelników podszedł. Mogli się spodziewać niesamowitej historii szpiegowskiej. Niesamowita jest, ale szpiegowska raczej nie.

Rzeczywiście, jest tylko jedna scena związana ze szkołą kontrwywiadu, ale nic więcej nie było mi potrzebne. Temat szpiegowski jest już eksploatowany, pisze o nim m.in. w swoich powieściach Czarek Harasimowicz. Nie chciałem wchodzić na cudze podwórko, to nie w moim stylu.

Po raz pierwszy pisze pan o prowincji. W jednym z wywiadów powiedział pan nawet „jeśli zabijać, to w mieście”. Skąd więc ten zwrot?

Pomysł, by zrobić krzyżówkę kryminału noire i westernu wymagał znalezienia odpowiedniego klucza. Rzeczywiście jestem zwierzęciem miejskim i pewne sprawy przychodziły mi z trudem. Nie przepadam za opisami przyrody, które naturalne i piękne były np. dla Jarosława Iwaszkiewicza. Opowiadanie o lesie było więc dla mnie wyzwaniem. A ja lubię wyzwania.

Czy można mówić o grupie pisarzy kryminalnych. Spotykacie się np. na różnych festiwalach.

Mam wrażenie, że jesteśmy całkiem niezłą „dziką bandą”. Chyba się lubimy, raczej sobie kibicujemy. Powód jest prosty. Sukces każdego z nas jest sukcesem tej literatury. Zawistników specjalnie wielu nie ma, albo ja ich nie dostrzegam.

A jak idziecie grupą na piwo, to bardzo musicie się pilnować, żeby nie sprzedać jakiegoś fajnego pomysłu?

Jest mnóstwo fajnych tematów do omawiania przy piwnie. Rozmawianie przy piwie o literaturze to by była totalna aberracja.

Wybrane dla Ciebie