TYLKO U NAS

Selfie z krokodylem, kąpiel w gejzerze. Nie uwierzysz, do czego zdolny jest turysta

Dorota Miłosz aktualizacja: 16:00 wyślijdrukuj
Wakacyjne przygody nie zawsze są przyjemne (fot. fb/KRNAP/Pixabay/miniformat65/YT/PatrynWorldLatestNew/arch.PAP/PAP/Jacek Turczyk)

Zdobywają szczyty w klapkach, spoufalają się z dzikimi zwierzętami, robią selfie na krawędzi skały, sprawdzają temperaturę gorących źródeł. Są osoby, które w pasji zwiedzania świata i uwieczniania swoich wyczynów nie cofną się przed niczym. Szukając wakacyjnej przygody, zapominają o rozsądku, co kończy się tragicznie. Przypominamy najbardziej szokujące wypadki z ostatnich lat.

Piękne plenery potrafią sprawić, że turyści czują się jak w bajce, jednak rzeczywistość okazuje się brutalna. Do wyjątkowo makabrycznego wypadku doszło w 2016 roku w parku narodowym Yellowstone w USA. 23-letni turysta Colin Scott, który wybrał się tam razem z siostrą, zlekceważył znaki ostrzegawcze i za bardzo zbliżył się do gorącego źródła. Co więcej, postanowił sprawdzić temperaturę wody. Niestety poślizgnął się, wpadł do wody i ugotował się żywcem.

Wezwani na miejsce wypadku ratownicy odnaleźli ciało turysty, ale w jego wydobyciu przeszkodziła burza. Wrócili następnego dnia, jednak ciało było już rozpuszczone. Temperatura wody w gorących źródłach Yellowstone przekracza 90 stopni Celsjusza, zawierają one również kwas, który rozpuścił zwłoki.

Potknięcie za cenę życia

Równie tragicznie zakończyła się wakacyjna wycieczka belgijskiej turystki w Chile. W 2015 roku 68-latka, ignorując ostrzeżenia, postanowiła sfotografować z bliska gejzer El Tatio. Nagle straciła równowagę i wpadła do wrzącej wody. Na ratunek pospieszył jej mąż. Parząc dotkliwie ramiona, wyciągnął żonę z wrzątku. Kobieta została przewieziona do szpitala, miała jednak poparzone 80 procent ciała i mimo wysiłków lekarzy nie udało się jej uratować. Zmarła po tygodniowej walce o życie.

Przekraczanie granicy, za którą najdrobniejsze potknięcie czy zachwianie grozi śmiercią, to powszechny grzech turystów. Wśród tych, którzy zapłacili najwyższą cenę za swoją nieostrożność, znalazła się 24-letnia studentka z Australii, która przebywała w Norwegii na wymianie studenckiej. W 2015 roku wraz z przyjaciółmi wybrała się na legendarny „Język Trolla”(Trolltunga). Chciała zrobić sobie zdjęcie na krawędzi skały, ale zrobiła o kilka kroków za dużo i spadła z wysokości ponad 200 metrów. Po tym wypadku Norwegia wstrzymała promocję Trolltungi, jednak miejsce nadal przyciąga turystów. W pogoni za selfie

Chęć zaimponowania znajomym wyjątkowym zdjęciem z wakacji może doprowadzić do nieszczęść. Ofiarą mody na selfie padła w 2016 roku na Malcie para turystów z Polski. Gdy 50-letnia kobieta pozowała na stromej skale, nagle zmyła ją fala. 51-letni mąż rzucił się do wody na ratunek, jednak nie zdołał pomóc i zginęli oboje.

Kilka miesięcy wcześniej w Warszawie 31-letni bytomianin postanowił zrobić sobie selfie w locie i skoczył z mostu Świętokrzyskiego do Wisły. Wpadł do wody obok przepływającej w pobliżu łódki, ale nie zdołał do niej dopłynąć. Utonął.
Czasem, choć życie i zdrowie nie jest w żaden sposób zagrożone, selfie i tak okazuje się prawdziwym koszmarem. W 2016 roku brazylijski turysta, który chciał zrobić sobie zdjęcie w Museum Nacional de Arte Antiga w Lizbonie, za bardzo się cofnął i strącił z postumentu XVIII-wieczną rzeźbę św. Michała. Dzieło rozbiło się na kilka części i eksperci załamywali ręce, że zostało bezpowrotnie zniszczone.
Wyjątkowo uparci kierowcy

Oddzielną kategorię pechowców na własne życzenie stanowią turyści, którym wydaje się, że swoim samochodem dojadą w każde miejsce na ziemi. W 2010 roku w miejscowości Heemskerk w Holandii pociąg uderzył w jadące po torach bmw. Kierowca, 28-letni Polak, widząc zbliżający się skład wyskoczył z auta i cudem przeżył, Później tłumaczył zdumionej policji, że nie chodziło o próbę samobójczą. Po prostu, jak wyjaśnił, miał problemy ze znalezieniem wjazdu na autostradę A9 i dlatego wybrał jazdę po torach.

W 2015 roku niecodzienny widok mogli podziwiać turyści, którzy wchodzili na Śnieżkę po czeskiej stronie szczytu. Na ścieżce stał srebrny ford puma. Okazało się, że to jeden z turystów próbował wjechać ścieżką na szczyt. Dotarł nawet dość wysoko, ale w pewnym momencie auto zaczęło zsuwać się po zboczu i zatrzymało się dopiero na jednym z wystających głazów.

Některé věci nepochopíte..., jeden řidič se pokusil vyjet na hřebeny Obřím dolem. Zastavila jej až otáčka na štětovaném...

Posted by KRNAP on 3 maja 2015
W klapkach na szczyt

Brak rozsądku okazuje się szczególnie dotkliwy w trudnym terenie, jakim są góry, Co jakiś czas pojawiają się informacje o turystach, którzy wyruszyli na wspinaczkę zupełnie do tego nieprzygotowani, narażając życie swoje i innych ludzi.

W 2014 roku ratownicy TOPR sprowadzili ze szczytu Świnicy w Tatrach trójkę turystów, którzy wybrali się tam w klapkach. Doszli do celu, jednak nie potrafili już zejść. Ratownicy doprowadzili ich do Kasprowego Wierchu, skąd na dół zabrała ich kolejka linowa. W tym samym sezonie nieodpowiedzialny turysta zabrał pięcioletniego syna na Orlą Perć, najtrudniejszy tatrzański szlak. Utknęli na trasie i ratownicy TOPR musieli wyruszyć na pomoc śmigłowcem.
Zagubione ofiary techniki

Ratownicy mają też nieustające problemy z turystami, którzy zamiast zapoznać się z trasą i zaopatrzyć w tradycyjne mapy, wyruszają na wędrówkę wyłącznie z nawigacją satelitarną. Niestety, technika czasem zawodzi.

Przekonał się o tym 44-letni rumuński turysta, który w 2009 roku zabłądził w pustynnym rejonie australijskiego Terytorium Północnego. Na wyprawę zabrał GPS i telefon komórkowy, jednak zabrakło zasięgu. Po sześciu dniach bez wody pod palącym słońcem, gdy był już na skraju wyczerpania, mężczyzna trafił na miejsce, w którym telefon wreszcie okazał się użyteczny i wezwał pomoc. O mało tej przygody nie przypłacił życiem.
Technika czasem może okazać się zawodna (fot. REUTERS/Stephen Lam)
W tym samym roku GPS zaprowadził parę szwedzkich turystów, którzy z Wenecji wyruszyli zwiedzać Capri, do położonego kilkaset kilometrów dalej miasta Carpi w regionie Emilia-Romania. Dopiero na miejscu okazało się, że wpisując nazwę zrobili literówkę. Gdy jechali nie zastanowił ich ani krajobraz, ani to, że droga na wyspę prowadzi... lądem.

Biała flaga zamiast roamingu

Okazuje się więc, że pobłądzić można wszędzie, również w wydawałoby się prostym terenie. Na początku roku przydarzyło się to 19-letniemu Argentyńczykowi, który zgubił się na Wyspie Sobieszewskiej w Gdańsku. Po kilku godzinach poszukiwania drogi powrotnej postanowił wezwać pomoc. Nie mógł skorzystać z telefonu, bo nie wykupił roamingu. Wybrał więc sposób bardziej tradycyjny, znany od stuleci - z kijków i znalezionej białej plandeki skonstruował flagę, którą zaczął wymachiwać. Dawane przez niego znaki zauważył pracownik pobliskiej Stoczni Gdańskiej i wezwał policję. Funkcjonariusze odnaleźli i uratowali „rozbitka”.
Wyspa Sobieszewska w najszerszym miejscu ma około 10 km (fot. arch.PAP/Adam Warżawa)
Mandaryński nie wystarczy

Na poważne problemy podczas zwiedzania świata narażają się turyści, którzy wyruszają w podróż bez znajomości innego niż własny języka. Przekonał się o tym w ubiegłym roku w Niemczech 31-letni chiński turysta, mówiący jedynie po mandaryńsku (dialekt języka chińskiego). Gdy skradziono mu portfel, zamiast protokołu zgłoszenia kradzieży nieopatrznie podpisał wniosek o azyl, w wyniku czego spędził prawie dwa tygodnie w schronisku dla uchodźców w Dortmundzie. Dopiero przy pomocy aplikacji translatorskiej udało mu się wytłumaczyć służbom, że jest turystą.

W jeszcze gorszej sytuacji znalazł się 70-letni włoski emeryt, który w marcu tego roku na lotnisku na wyspie Phuket w Tajlandii podczas kontroli bagażu zapewniał w ojczystym języku, że „nie ma bomby”. Miejscowa policjantka zrozumiała tylko jedno z wypowiedzianych po włosku słów: „bomba” i zaalarmowała kolegów. Mężczyzna został aresztowany.
Kły i pazury

Mogłoby się wydawać, że szczególnie niebezpieczne dla turystów są dzikie zwierzęta, jednak na ogół jeśli już dochodzi do wypadków z ich udziałem, to wynika to z lekkomyślności człowieka.

W 2014 roku pijany turysta z Nikaragui został rozszarpany przez krokodyle w Puntarenas w Kostaryce, gdy pijany skoczył do rzeki. Świadkowie mówili później, że widzieli krokodyle pływające z częściami ludzkiego ciała w paszczach. Z kolei kilka miesięcy temu do szpitala w Tajlandii trafiła ciężko ranna francuska turystka, która chciała zrobić sobie selfie z krokodylem i kucnęła obok gada.
W 2015 roku 22-letnia turystka z USA zginęła w Parku Lwów w Johannesburgu. Można tam obserwować z bliska zwierzęta, jednak obowiązuje bezwzględny zakaz otwierania okien w samochodach. Kobieta została zaatakowana przez lwa właśnie po tym, jak otworzyła okno w aucie. Pasażer, który próbował ją ratować, został poważnie ranny.

Niestety, każda wyprawa w tereny zamieszkane przez dzikie zwierzęta wiąże się z pewnym ryzykiem, które nie zawsze warto podejmować. Do takiego wniosku musiał dojść Brytyjczyk, który w 2013 roku, podczas kajakowego spływu rzeką Zambezi w Afryce, wylądował w paszczy hipopotama. Zdołał wydostać się z tej żywej pułapki, jednak z powodu odniesionych ran stracił rękę.



Zbliża się sezon urlopowy i wkrótce turyści wyruszą tłumnie na wakacyjne wyprawy. I choć tylko nielicznym zagrożą krokodyle czy hipopotamy, to w niebezpiecznej sytuacji może znaleźć się każdy. Spróbujmy uniknąć przynajmniej tych zagrożeń, które sprowadza na nas własna bezmyślność.

Wybrane dla Ciebie