TYLKO U NAS

Geniusz oszustów. Zarobił krocie na fałszerstwach i prawie niczego nie żałuje

Beata Zatońska aktualizacja: 18:00 wyślijdrukuj
fot
Wolfgang Beltracchi przy pracy (kadr z filmu „Art of Forgery” )

Artysta czy szarlatan? Wywiódł w pole znawców i zarobił krocie. – Wchodzę do znanego muzeum i widzę na ścianie moje obrazy – mówił najsłynniejszy fałszerz XX wieku, Wolfgang Beltracchi. Znawcy sztuki do tej pory kłócą się o jego dzieła. Niektórzy nie mogą wprost uwierzyć, że nie namalował ich Pablo Picasso czy Max Ernst. Beltracchi zarobił dziesiątki milionów i żył jak król, zanim na kilka lat trafił do więzienia. Jak twierdził, ukarano go nie za malarstwo, ale za podpisy na obrazach. Paradoksalnie teraz obrazy z jego sygnaturą świetnie się sprzedają.

– Myślę, że potrafię namalować wszystko, Vermeera, Rembrandta – mówi Beltracchi. Twierdzi, że np. Leonardo da Vinci to dla niego łatwizna.

Malowanie nigdy nie sprawiało mu problemu. Obrazów wypuścił na rynek co najmniej 300. Wiszą w najsłynniejszych muzeach i galeriach świata. Być może wielu kolekcjonerów nawet nie przypuszcza, że ma w swoich zbiorach, kupione za miliony dolarów, obrazy Beltracchiego, zamiast np. Pabla Picassa, Jacksona Pollocka czy Maxa Ernsta.

Przez długie lata nikt ze świata sztuki nawet nie przeczuwał, że istnieje ktoś taki jak Wolfgang Beltracchi, ale podziwiali jego obrazy.

Na rynku fałszerz funkcjonował od ok. 40 lat. Zaczynał skromnie, od domalowywania łyżwiarzy na płótnach XVII-wiecznych twórców. A pod koniec fałszerskiej kariery jego obrazy, sygnowane nazwiskami mistrzów, sprzedawano za kilka milionów każdy.
Fałszerz w podręcznikach sztuki

Ciekawe w historii Beltracchiego jest to, że nie kopiował znanych już dzieł, tworzył nowe, takie, które mogliby namalować geniusze malarstwa, ale może np. zabrakło im czasu. Studiował życiorysy, technikę, filozofię artystyczną, a potem malował, często w tempie ekspresowym, np. jeden obraz w dwa dni.
>
Obrazy stworzone przez Beltracchiego są w książkach na temat najlepszych dzieł malarskich XX wieku, zdobiły katalogi słynnych domów aukcyjnych, m.in. Christie’s.

Proces Wolfganga i jego żony Heleny, która zajmowała się sprzedażą dzieł, trwał 40 dni i przyciągnął w 2011 r. uwagę mediów. Beltracchiego skazano na sześć lat pozbawienia wolności za 14 prac, które zostały sprzedane za łączną cenę 45 mln dolarów. Helenę – na cztery lata. Oboje musieli też zwrócić dziesiątki milionów ludziom, którzy kupili obrazy Beltracchiego wierząc, że to oryginały.

Teraz Wolfgang i Helena są już na wolności i znowu rozwijają skrzydła, teraz już legalnie. Stali się też celebrytami.
„Dla krytyków i ekspertów jestem zbyt dobry"

Beltracchi twierdzi, że udawało mu się tak długo pozostawać bezkarnym, bo dla wszystkich ekspertów sztuki jest po prostu za dobry. A wpadł przez przypadek, z powodu swojej nieuwagi.

Za jedyną złą rzecz, którą zrobił, uważa podpisywanie swoich obrazów nazwiskami mistrzów. – Nie trafiłem do więzienia za obrazy, ale za podpisy i tylko tego żałuję – mówi i dodaje, że teraz na pewno nie używałby do malowania tytanicznej bieli, bo to właśnie go zgubiło.
Stylowy hippis milioner

Półdługie blond włosy ze srebrnymi pasmami, stylowa bródka – Wolfgang Beltracchi jest zadbany i ubiera się z niewymuszoną elegancją. Jedni dopatrują się w nim podobieństwa do Albrechta Dürera, inni do muszkietera z powieści Dumasa. Bywa też brany za bogatą gwiazdę rocka z hippisowską aurą. Jego przeciwnicy z kolei nazywają go Mefistofelesem.

Zaczęło się od Picassa

Beltracchi urodził się jako Wolfgang Fischer w 1951 r. w Höxter, wiosce w Westfalii. Jego ojciec był malarzem, remontował kościoły, a na boku robił tanie podróbki Rembrandta Picassa i Cézanna. Wolfgang odziedziczył talent po ojcu. Gdy miał 14 lat, zaskoczył go, malując obraz, który do złudzenia przypominał Picassa z okresu błękitnego. Przyszły geniusz fałszerzy zapisał się do akademii sztuk pięknych w Akwizgranie, ale na zajęcia nie chodził. Były lata sześćdziesiąte, epoka dzieci kwiatów.

Zapuścił więc włosy, kupił Harleya Davidsona i ruszył w drogę. Palił haszysz i brał LSD ze stacjonującymi w Niemczech amerykańskimi żołnierzami z baz NATO, mieszkał na plaży w Maroko i w komunie w Hiszpanii.

Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte spędził Wolfgang Fischer na włóczędze. Pomieszkiwał w Barcelonie, Londynie, Paryżu i w Amsterdamie na barce.

Trochę malował, sprzedał kilka swoich obrazów. Szukał na pchlich targach starych obrazów, zwłaszcza XVIII-wiecznych i odsprzedawał je z zyskiem. Gdy jeden z marszandów w Monachium powiedział mu, że lepiej sprzedają się obrazy, na których są ludzkie postaci, niewiele myśląc zaczął je domalowywać.
Zachwycona wdowa po malarzu

W 1981 r. próbował nawet mieć tzw. solidną pracę i zajął się handlem dziełami sztuki, ale nudziło go to potwornie. Zajął się więc „na poważnie” fałszowaniem.

Z wieku XVIII przerzucił się na współczesność, bo łatwiej mu było znaleźć materiały, płótna, ramy i odpowiednie farby. Malował jak Max Ernst, André Derain, Max Pechstein, Georges Braque. Upodobał sobie ekspresjonistów i surrealistów z początku XX wieku.

Czasem malował 10 obrazów miesięcznie i potem mógł przez pół roku wygodnie żyć.


Na początku zrobił serię obrazów Johannesa Molzahna. Sprawa była o tyle prosta, że dzieła malarza, który uciekał przed faszystami z Niemiec, nie były odpowiednio skatalogowane, nikt, nawet jego rodzina, nie wiedział, ile ich namalował i gdzie są.

Molzahny wg Wolfganga świetnie się sprzedawały. Kilka znalazło się w katalogu dzieł malarza, który przygotowano razem z jego krewnymi. Jeden z nich kupiła nawet zachwycona wdowa po malarzu.

Potem Fischer przerzucił się na Heinricha Campendonka, kolejnego artystę z Niemiec, który musiał uciekać stamtąd w latach trzydziestych, bo hitlerowcy uznali jego sztukę za zdegenerowaną.

Campendonki udawały mu się świetnie. Fałszerz uchodził też za znawcę malarstwa artysty i pomagał przygotować katalog jego dzieł razem z historyczką sztuki i jego synem. Jego podróbki oczywiście znalazły się w katalogu. Z Campendonkiem sprawa była o tyle prosta, że wg szacunków artysta namalował ok. 1,2 tys. obrazów. Jak się potem okazało, to Campendonk właśnie doprowadził do końca fałszerskiego procederu.
Piękna historia miłości, czyli jak Bonnie i Clyde

W 1992 r. Wolfgang poznał Helenę Beltracchi, która pracowała w firmie producenckiej w Kolonii, gdzie chciał zrobić film dokumentalny o piratach. Film nie powstał, ale Wolfgang i Helena zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Od tamtej pory są nierozłączni. Na filmach widać, jak patrzą na siebie z miłością i oddaniem.

Po ślubie Wolfgang przyjął nazwisko żony. Helena mówi, że drugiego czy trzeciego dnia znajomości zorientowała się, co Wolfgang robi i skąd ma pieniądze. Postanowiła, że pomoże mu w sprzedaży dzieł i wymyśliła genialny fortel. To, co robiła, podobało jej się bardzo, bo – jak podkreśla – czuła się, jakby grała w filmie.

Helena ogłosiła, że odziedziczyła po dziadku Wernerze Jägersie, przemysłowcu z Kolonii, kolekcję współczesnych dzieł sztuki. Dziadek miał je dostać od marszanda żydowskiego pochodzenia, który uciekał przed nazistami. Obrazy przetrwały oczywiście wojnę , a Helena powoli je sprzedawała.

Beltracchi kupili stary aparat fotograficzny i stare klisze, by zrobić zdjęcia, na których Helena w stroju z lata 30. występuje jako swoja babcia Josefine Jägers. Ma gładką fryzurę, elegancką ciemną suknię i perły na szyi. A za nią wisi na ścianie kilka obrazów. Historia o kolekcji dziadka okazała się dla właścicieli galerii, muzeów i kolekcjonerów, więcej niż wiarygodna.

Beltracchim wiodło się świetnie, podróżowali po świecie, kupowali posiadłości, samochody i jachty. Ich radości życia nie zmąciły podejrzenia, które padły w 1995 r. na jeden z Molzahanów. Sprawa przyschła, a oni działali dalej.

Media chętnie nazywają Wolfganga Beltracchiego Bonnie i Clyde świata sztuki. Odwołują się do pary słynnych amerykańskich przestępców z lat 30. Beltracchim bardzo się to porównanie podoba, ale Wolfgang podkreśla, że on posługuje się pędzlem, a nie pistoletem.
Wielbiciele luksusu

Oczkiem w głowie państwa Beltracchich była posiadłość w Langwedocji Domaine des Rivettes, gdzie była też winnica. Ale mieli również kilka innych okazałych domów, m.in. w Niemczech. Do tego oczywiście samochody i jacht, dumę Beltracchiego, który nazywał się „Voodoo Child”.

Byli zawsze towarzyscy, szczodrzy i otwarci, wydawali przyjęcia godne powieściowego Gastby’ego – olśniewające przepychem.

Np. na inaugurację świeżo wyremontowanej willi we Fryburgu zaprosili przyjaciół i sąsiadów. W sumie 100 osób bawiło się we wspaniałej, urządzonej z przepychem i ze smakiem willi. Gościom przygrywał zespół flamenco sprowadzony z Granady.

Wszyscy byli zachwyceni, podziwiali dom i wiszące tam dzieła sztuki. Nie zdawali sobie sprawy, że przemiły gospodarz, który wygląda na gwiazdę rocka, nie jest kolekcjonerem sztuki, ale fałszerzem.

Willa kosztowała siedem milionów dolarów, a prace remontowe trwały 19 miesięcy. Beltracchci nadzorowali je mieszkając w luksusowym hotelu Colombi i płacili za penthouse ok. 700 dolarów za dobę.
Prawie wszyscy się nabrali

Jednym z ulubionych malarzy Beltracchiego był Max Ernst. Twierdził, że fizycznie bardzo przypomina mu ojca. Ernstów namalował co najmniej kilkanaście.

Fałszywy Max Ernst pędzla Beltracchiego wisiał przez kilka miesiące w Metropolitan Museum of Art. w Nowym Jorku.

Magnat prasowy z Francji Daniel Filipacchi zapłacił 7 mln dolarów za fałszywego Ernsta, obraz pt. „Las” (2)

Z lasem wiąże się ciekawa historia. Werner Spies, dobiegający teraz osiemdziesiątki ekspert, dawny szef paryskiego Centrum Pompidou i jeden z największych znawców sztuki Maxa Ernsta odwiedził Belrtacchich w ich posiadłości w Domaine des Rivettes i zachwycił się „Lasem”. Nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że to oryginał.

Po skandalu, który wybuchł, gdy świat dowiedział się o oszustwach Beltracchiego, Spies – jak wyznał później – myślał o samobójstwie, bo czuł, że zachwyty nad „Lasem” były największą kompromitacją w jego życiu zawodowym.

Potem malowidło zostało sprzedane do paryskiej galerii za 2,3 mln dolarów, a w końcu kupił je Filipacchi. „Lasem” zachwycała się wdowa po malarzu i twierdziła, że to najpiękniejszy obraz jej męża. Jak mówi w jednym z poświęconych mu programów Beltracchi, niezmiennie to bawi do tej pory jego i Helenę.
Pechowy Campedonk

Kłopoty rozpoczęły się, gdy w 2008 r. poddano analizie chemicznej obraz „Czerwony obraz z końmi” Campendonka, ten, który kupił amerykański gwiazdor Steve Martin. Okazało się wtedy, że namalowano go farbami, które zawierają biel tytaniczną, niedostępną w 1914 r., na który datowany był obraz.

Po nitce do kłębka śledczy doszli do tego, kto jako pierwszy wypuścił obraz na rynek. Gdy zaczęło się dochodzenie w sprawie tego obrazu, państwo Beltracchi byli w szoku i jak podkreślają, wiedzieli, że nastał początek końca, bo – zgodnie z efektem domina – na jaw wyjdą kolejne fałszerstwa. Rzeczywiście tak się stało.

25 sierpnia 2010 r. odbyła się największa policyjna operacja w Niemczech dotycząca fałszerstw dzieł sztuki. Ekipy policjantów przemierzały kraj, odwiedzały galerie i siedziby państwa Beltracchich, m.in. wspaniałą willę we Fryburgu.

Policja chciała też sprawdzić posiadłości Domaine des Rivettes, ale jak się okazało, we Francji był właśnie okres wakacyjny i nic z tego nie wyszło, bo nie udało się uzyskać stosownych pozwoleń. Wśród odnalezionych, „sfałszowanych arcydzieł” był m.in. obraz Fernanda Légera, który prywatny kolekcjoner kupił sobie za 6,2 mln dolarów.
Geniusz czy zwykły oszust?

Krytycy nie są zgodni w ocenie działalności Wolfganta Beltracchiego. Jedni uważają go za artystę, tak jak np. Werner Spices, który już się otrząsnął po porażce. Twierdzi, że Beltracchi to „genialny fałszerz”, a wszystkie jego „podróbki” Maksa Ernsta są „niezwykłymi obrazami”.


Wskazują także, że żaden artysta nie pracuje tak, jak to robił Beltracchi, który uprawia artystyczny mimetyzm i wykorzystywał brak wrażliwości oraz ślepotę na sztukę ludzi, którym wydawało się, że są jej znawcami.
Gwiazdą się po prostu jest

Wolfgang Beltracchi wkroczył na nowy etap życia. Teraz żyje w świetle fleszy i to on jest w centrum zainteresowania. Beltracchi musi odbudować majątek i spłacić jeszcze wierzycieli, ale jest dobrej myśli, bo – jak twierdzi – pieniądze zawsze się go trzymały.

Maluje, ale obrazy podpisuje swoim nazwiskiem, co prawda za każdym razem podpis jest inny, bo Beltracchci twierdzi, że wszystko zależy od tego, co mu w duszy gra. I w końcu podpis to tylko podpis.

Jego obrazy świetnie się sprzedają, zarabia już oficjalnie miliony. Zainteresowanie fałszerzem i jego obrazami potęguje aura jego „dramatycznych doświadczeń” związanych z procesem i więzieniem. Nowe obrazy Beltracchiego można zobaczyć na jego stronie internetowej. Udziela wywiadów, występuje w telewizji.



W 2014 r. miał premierę pełnometrażowy film wyreżyserowany przez Arne Birkenstocka pt. „Beltracchci. The Art. of Forgery” (Beltracchi. Sztuka fałszerstwa), w którym fałszerz i jego żona chętnie i ze swadą opowiadają o swoich przeżyciach, a Wolfgang pokazuje, jak się maluje jak np. Pollock lub Ernst.

Wybrane dla Ciebie