TYLKO U NAS

Geje, świadkowie Jehowy, Donbas. Falstart Kremla

aktualizacja: 19:00 wyślijdrukuj
fot
(fot. Kremlin Press Center/Anadolu Agency/Getty Images)

Miał być powrót na światowe salony w wielkim stylu. Po kwietniowej passie porażek Rosja przystąpiła do dyplomatycznej kontrofensywy. Ale rezultaty są mizerne i nie zmienia tego fakt narzucenia planu tzw. stref bezpieczeństwa w Syrii. Zaskakująco źle dla Putina wyglądają wnioski po spotkaniu z Angelą Merkel, a i Amerykanie nie myślą zmieniać swego stanowiska.

Plan na najbliższe dni lub nawet tygodnie Władimir Putin najprawdopodobniej omówił ze swą Radą Bezpieczeństwa 28 kwietnia, w piątek na Kremlu. Po czym udał się do Soczi. To tutaj miało nastąpić dyplomatyczne „atomowe uderzenie”. Najpierw, 2 maja, Putin przyjął kanclerz Niemiec, a potem zadzwonił do Białego Domu (w międzyczasie spotykając się z nowym „prezydentem” separatystycznej Osetii Południowej, Anatolijem Bibiłowem). Nazajutrz, w środę 3 maja, doszło do spotkania z prezydentem Turcji.

Turecka gra

Na konferencji prasowej z Erdoganem Putin poinformował oficjalnie o zamiarze wprowadzenia w Syrii tzw. stref bezpieczeństwa. Poza tym było sporo okrągłych słów zapowiadających poprawę stosunków ekonomicznych Moskwy z Ankarą. Jedyny wniosek jest taki, że Recep Tayyip Erdogan wciąż gra na dwóch fortepianach.

Przypomnijmy, że początkowo relacje rosyjsko-tureckie w sprawie Syrii były bardzo złe. Ankara od dawna była głównym orędownikiem usunięcia Baszara el-Asada i wspierała część rebelianckich sił. Gdy Rosjanie zaangażowali się militarnie w Syrii, doprowadziło to do poważnego kryzysu po zestrzeleniu rosyjskiego samolotu przez Turków (listopad 2015). Potem jednak, po pół roku, doszło do resetu i Erdogan z Putinem ogłosili powrót do przyjaźni. Wpływ na to miało fiasko syryjskiej polityki Baracka Obamy i pogorszenie relacji Ankary z Zachodem po stłumieniu puczu w Turcji. Na dodatek Amerykanie nie zamierzali rezygnować ze wspierania kurdyjskich oddziałów w północnej Syrii. Zbliżenie turecko-rosyjskie zaowocowało „trójporozumieniem” pod koniec ub.r. Rosja, Turcja i Iran wspólnie ogłosiły rozejm w Syrii (jak się miało okazać, głównie papierowy rozejm).

Erdogana oczekiwał już jednak na nowego gospodarza Białego Domu, licząc na zmianę w polityce USA wobec konfliktu syryjskiego. Wydawało się, że te oczekiwania spełniły się na początku kwietnia, gdy amerykańskie rakiety spadły na bazę sił Asada. Ankara natychmiast w pełni poparła tę akcję, licząc na to, że USA aktywniej zaangażują się w Syrii. Minęło jednak kilka tygodni, a nic takiego się nie stało. Na dodatek nowa administracja amerykańska nie zmieniła stanowiska ws. Kurdów. Więc Erdogan znów dokonał zwrotu.

Prezydent Turcji pojechał do Soczi i zaakceptował rosyjski pomysł wprowadzenia stref bezpieczeństwa w Syrii. Tego samego dnia (3 maja) jeden z doradców Erdogana zasugerował, że amerykańscy żołnierze towarzyszący kurdyjskim bojownikom mogą stać się celem nalotów tureckich. Słowa słowami, ale Turcja znów wyraźnie przyjęła postawę wyczekującą. Decydujące okaże się spotkanie Erdogana z Trumpem w połowie maja. Turek będzie wtedy zapewne chciał przekonać prezydenta USA, że Amerykanie w ofensywie przeciwko Państwu Islamskiemu w Syrii mogą oprzeć się na siłach tureckich, zamiast kurdyjskich.

Niemieckie rozczarowanie

To było pierwsze dwustronne spotkanie przywódców Niemiec i Rosji od czasu agresji rosyjskiej na Ukrainę w 2014 r., a po raz ostatni Putin i Merkel widzieli się jesienią 2016 roku. Wówczas w Berlinie odbył się szczyt „czwórki normandzkiej” - przywódców Francji, Niemiec, Rosji i Ukrainy. To wtedy Merkel mówiła, że nie pojedzie do Rosji, dopóki nie zmieni się sytuacja w Donbasie. Zmieniła zdanie, bo poważnie zmieniła się sytuacja międzynarodowa (czynnik Trumpa).

Rozmowa Merkel z Putinem toczyła się w wąskim gronie. Przez trzy godziny w spotkaniu ze strony rosyjskiej uczestniczyli także Siergiej Ławrow oraz doradcy prezydenta Jurij Uszakow i Władisław Surkow. Ten ostatni nadzoruje kwestię Donbasu. Potem było jeszcze pół godziny, już tylko z Ławrowem.

Po konferencji prasowej wiadomo, że spotkanie nie poszło po myśli Putina. Sankcje będą utrzymane, mowy też nie ma o powrocie Rosji do G8. Przywódcy Niemiec i Rosji starli się w kwestii przyczyn konfliktu w Donbasie. Merkel zaostrzyła też stanowisko ws. harmonogramu wprowadzania w życie mińskich porozumień: najpierw dostęp Ukrainy do granicy z Rosją, a dopiero potem wybory lokalne w Donbasie. Na dodatek poruszyła kwestie polityki wewnętrznej Putina: sprawę prześladowań homoseksualistów w Czeczenii i zakaz działalności Świadków Jehowy w Rosji.

O zbliżeniu nie ma też mowy, jeśli chodzi o wojnę w Syrii. Putin powiedział: „Jesteśmy przekonani, że rozwiązanie syryjskiego problemu można znaleźć tylko pokojową drogą i pod egidą ONZ”. Ale już następnego dnia przedstawił plan stref bezpieczeństwa wykluczający udział ONZ. Merkel powtórzyła bardzo ostre stanowisko Niemiec wobec Asada i wystąpiła przeciw rosyjskiej pomocy dla reżimu. Mocno zabrzmiały słowa kanclerz, że według niej Rosja ponosi w pewnym stopniu odpowiedzialność za śmierć ludzi w wyniku nalotów.
Ukraina i represje

Głównym tematem rozmów była jednak sytuacja na wschodzie Ukrainy. Według Putina podczas spotkania znów podkreślono konieczność wprowadzania w życie porozumień mińskich przez wszystkie strony. Tyle że okazało się, iż między Moskwą a Berlinem istnieje zasadnicza różnica zdań, co do kolejności realizacji punktów mińskich.

Merkel podkreśliła, że koniecznie należy „zapewnić, aby Ukraina otrzymała dostęp do swojej granicy państwowej, to także część mińskich porozumień, i dopiero potem już wypełniać decyzje polityczne ukierunkowane na przeprowadzenie lokalnych wyborów”. Putin mówił coś zupełnie przeciwnego: najpierw wybory, potem granica. I powtórzył stanowisko Rosji, która nalega na bezpośrednie rozmowy władz w Kijowie z przedstawicielami prorosyjskich separatystów – co ukraińskie władze odrzucają, widząc w tym pułapkę: mogłoby to być uznane za jakąś formę uznania legalności „republik ludowych”.

Putin kolejny raz nazwał prorosyjski separatyzm we wschodniej Ukrainie wynikiem „przewrotu” w Kijowie. Na co Merkel odparła: „Nie podzielamy punktu widzenia Władimira Putina w sprawie przyczyny konfliktu na Ukrainie. Uważamy, że obecna ekipa doszła do władzy na Ukrainie demokratyczną drogą”. Putin i Merkel zgodzili się natomiast, że należy utrzymać format normandzki - rozmowy dotyczące uregulowania konfliktu w Donbasie w gronie przedstawicieli czterech państw: Francji, Niemiec, Rosji i Ukrainy. Kanclerz Niemiec powtórzyła w imieniu Zachodu, że zdjęcie sankcji z Rosji bezwarunkowo wiąże się z wypełnieniem porozumień mińskich.

Jak widać, po spotkaniu 2 maja różnice zdania między Moskwą a Berlinem ws. Donbasu tylko się pogłębiły. Tak naprawdę zresztą to różnice zdań między Rosją a całym Zachodem, bo nie ma wątpliwości, że Merkel wciąż ma amerykański mandat na wiodącą rolę w rozmowach ws. Ukrainy.

Rozmowa przywódców Rosji i Niemiec pełna była różnic zdań także w innych kwestiach. Putina musiały zdenerwować odniesienia do sytuacji wewnętrznej w jego kraju – od lat każda uwaga polityków Zachodu na ten temat jest uznawana przez Kreml za mieszanie się w jego wewnętrzne sprawy i niemalże działalność wywrotowa ukierunkowana na „kolorową rewolucję”. Tym razem Merkel zapytała o prześladowania homoseksualistów w Czeczenii i represje wobec Świadków Jehowy w całej Rosji. Co na to Putin? „Na przestrzeni wielu lat obserwujemy próby wpływania na wewnętrzne polityczne procesy w Rosji – i poprzez tak zwane organizacja pozarządowe, i bezpośrednio” - odrzekł. Ten wątek będzie się teraz pewnie pojawiał coraz częściej w wypowiedziach Putina. Został niecały rok do wyborów i nie ma lepszego (sprawdzonego już) sposobu na wytłumaczenie ekonomicznych problemów w Rosji niż wskazanie winnych na Zachodzie (i ich „piątej kolumny” w kraju).
Pół godziny z Trumpem

Ale największą frustrację Kremla wciąż budzi postawa USA. Podczas swej wizyty w Moskwie Tillerson narysował wyraźne linie oczekiwań Waszyngtonu. Oba państwa coraz mocniej różnią się nie tylko w kwestii Syrii i Ukrainy, ale też Afganistanu i traktatu INF. Kreml musi demonstrować, że nie zmienia ani o jotę swej polityki pod presją amerykańską (atak na Szajrat, wizyta Tillersona). To by zostało bowiem źle odebrane przez większość opinii publicznej w Rosji. W roku wyborczym Putin nie może sobie na to pozwolić.

Doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, gen. H.R. McMaster w wywiadzie dla Fox News 30 kwietnia wezwał Moskwę do zmiany retoryki i działań. To były jedne z najmocniejszych słów, jakie padły z ust współpracowników Trumpa od początku jego kadencji. Żądając zmiany zachowania od Rosji, McMaster mówił: „Rosyjski prezydent Władimir Putin działa przeciwko interesom rosyjskiego narodu w sprawie jego relacji z syryjskim prezydentem Baszarem el-Asadem i pomagania talibom w Afganistanie”.

Przełomu nie mogła przynieść półgodzinna telefoniczna rozmowa Putina z Trumpem 2 maja wieczorem. Obaj przywódcy rozmawiali ze sobą telefonicznie po raz trzeci od objęcia stanowiska przez Amerykanina. Była to zarazem pierwsza rozmowa po ataku USA na bazę Asada. Wciąż jednak nie ma bezpośredniego spotkania. Za to już nazajutrz Rex Tillerson powiedział, że między USA i Rosją „prawie nie ma zaufania”, wymieniając kwestię kontroli zbrojeń i Ukrainę jako obszary, w których Moskwa „nie jest dziś szczególnie pomocna”. Szef amerykańskiej dyplomacji mówił tak do swoich pracowników w Departamencie Stanu w Waszyngtonie podczas prezentacji planów resortu. Także 3 maja dyrektor FBI James Comey powiedział, że Rosja wciąż miesza się w wewnętrzną politykę USA i ostrzegł, że „intencje i możliwości” Rosji czynią ją wielkim międzynarodowym zagrożeniem.
W natarciu

Piątego maja Putin znów zwołał Radę Bezpieczeństwa, którą poinformował o wynikach rozmów. Nie miał się za bardzo czym chwalić. Jakieś konkretne rezultaty dało tylko spotkanie z prezydentem Turcji.

Ale na tym nie koniec dyplomatycznej ofensywy. Najpierw były rokowania w Astanie, zakończone przyjęciem memorandum ws. utworzenia stref bezpieczeństwa w Syrii, a na 10-11 maja ustawiono spotkania Putina z przywódcami Izraela i Palestyny. Zaś parę dni później do Moskwy przyjedzie prezydent Filipin.

Wybrane dla Ciebie