TYLKO U NAS

„Martwy fotoreporter nie zrobi już żadnego zdjęcia”. Tak ginęli fotografowie wojenni

Katarzyna Chojnowska aktualizacja: 16:00 wyślijdrukuj
fot
Hilda Clayton, autorka zdjęcia zginęła podczas próby odpalenia moździerza (fot. Hilda Clayton)

„Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, oznacza to, że nie podszedłeś wystarczająco blisko” – to było motto życiowe jednego z najważniejszych fotografów XX wieku, Roberta Capy. Wielu z nich, fotoreporterów i operatorów, to jedno, jeszcze lepsze zdjęcie przypłaciło życiem. Choć właściwie każdy z nich wiedział, że żadne zdjęcie nie jest warte więcej niż życie. Każdy też znał prostą prawdę, że „martwy fotoreporter nie zrobi już żadnego zdjęcia”.

To miały być zwykłe, rutynowe ćwiczenia. Poligon we wschodniej prowincji Laghman w Afganistanie, żołnierze afgańscy, cywile. I ona – Hilda Clayton. Podczas próby odpalenia moździerza, broń wybucha. Ginie pięć osób, jedenaście zostaje rannych. Wśród ofiar znajduje się 22-letnia fotografka. Zanim zginęła, zdążyła zrobić jeszcze jedno zdjęcie.

Po czterech latach od tego zdarzenia amerykańska armia, za zgodą rodziny udostępniła zdjęcie. Ułamek sekundy przed śmiercią spusty migawek zdążyli nacisnąć i Clayton, i szkolony przez nią afgański żołnierz. – Clayton nie tylko pomogła w udokumentowaniu działań mających na celu ukształtowanie i wzmacnianie partnerstwa, ale też współdzieliła ryzyko, uczestnicząc w tych wysiłkach – napisano w wydawanym przez amerykańską armię magazynie Military Review.
(fot. US Army)
W artykule amerykańska armia dodaje, że śmierć Clayton „symbolizuje jak kobiety w wojsku są coraz częściej narażone na niebezpieczeństwo podczas treningu i walki, na równi z męskimi odpowiednikami”.

Bill Darley, wydawca „Military Review” stwierdził w rozmowie z magazynem „Time”, że wydawało im się właściwe, by to właśnie fotografia wykonana przez Clayton stała się zamknięciem całego tytułu. wydania, które poświęcone było między innymi równości płci.
Wystarczająco blisko

„Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, oznacza to, że nie podszedłeś wystarczająco blisko” – to było motto życiowe jednego z najważniejszych fotografów XX wieku, Roberta Capy.

On zawsze był blisko. Gdy żołnierze 16-go Regimentu 1-szej Dywizji Piechoty lądowali na plaży Omaha, on też wyskakiwał z pokładu barki. Uzależniony od adrenaliny zawsze był „dostatecznie blisko”. Z ponad setki zrobionych wówczas zdjęć, zachowało się jedenaście klatek. Wszystkie przeszły do historii. Niemal dokładnie dekadę później trafia do Indochin. Po drodze przeszedł załamanie nerwowe, zaczął pić, zarzekał się, że nie pojedzie już na linię frontu. Dla „Life” robi wyjątek. Odwiedza Wietnam, później Laos, gdzie fotografuje żołnierzy rannych podczas bitwy pod Dien Bien Phu.

Z Laosu wraca do Wietnamu. Tam rusza z francuskim konwojem, zmierzającym do ujścia Rzeki Czerwonej z misją ewakuacji dwóch posterunków wojskowych. – To będzie piękna historia – miał powiedzieć Capa.

Konwój przedzierał się przez niebezpieczny teren. Capa wysiadł z auta. Chciał zrobić lepsze zdjęcia – z bliska. Na ostatniej wykonanej przez niego klatce widać maszerujących przez pole ryżowe żołnierzy. Zginął wskutek wybuchu miny lądowej, z aparatem w ręce.
Jeszcze jedno zdjęcie

1967 rok, Strefa Gazy. Pierwsze godziny wojny sześciodniowej. Fotograf Paul Schutzer z „Life” wsiada do samochodu. W konwoju rusza na pustynię Negev. Umiera od strzału w głowę, chwilę przed tym, gdy wystrzelony z bazooki pocisk, trafia w samochód, którym jedzie raniąc pół tuzina żołnierzy.

Kilka dni później znaleziono ciało Schutzera, obok – aparat fotograficzny. Na rolce ostatnie zdjęcia – dwadzieścia ramek, w tym zdjęcia, które powstały w momencie, gdy ginął.

W specjalnym wydaniu „Life” uhonorowało pracę swojego fotografa publikując jego ostatnie zdjęcia. Rok 2011. Tim Hetherington, autor wielokrotny laureat World Press Photo i współtwórca słynnego filmu „Wojna Restrepo” wyjeżdża do Libii. W ogarniętej walkami Misracie towarzyszy rebeliantom. Trafia na pole walki, robi kilka zdjęć. Wraca. Ale to było za mało. Ponownie trafia na ulice miasta ogarniętego wojennym szaleństwem. Chce zrobić zdjęcia martwych rebeliantów. Wraz z innymi dziennikarzami trafia wprost pod ostrzał moździerzowy. Ginie w szpitalu w skutek odniesionych ran.

Jest połowa maja. Od stycznia zginęło 8 dziennikarzy. W całym 2016 – 61.
Wszyscy umierają. Od środka

Rok 1993, Sudan. Mężczyzna z aparatem w dłoni siedzi w bezruchu, delikatnie naciska migawkę. Nie chce spłoszyć – ani maleńkiej, chorobliwie chudej dziewczynki, ani ogromnego tłustego sępa. Siedzi, patrzy i czeka, aż ptak rozłoży skrzydła. Kevin Carter pojechał do Sudanu fotografować ofiary klęski głodu. Zdjęcie ukazuje się na okładce „New York Times” w marcu 1993 roku, rok później Carter dostaje Pulitzera. W lipcu zostaje znaleziony w samochodzie zaparkowanym obok placu zabaw z czasów dzieciństwa. Zatruł się dwutlenkiem węgla.

„Jestem w depresji… bez telefonu… pieniędzy na czynsz… pieniędzy dla dziecka… pieniędzy na długi… Pieniędzy!!! Jestem nawiedzany przez żywe wspomnienia zabójstw i trupów, i gniewu, i bólu… głodujących lub rannych dzieci, szaleńców, często policjantów, albo katów…” – napisał w liście pożegnalnym.

Choć to nie los sudańskiej dziewczynki – o której od momentu odgonienia sępa, w zasadzie nie wiedział nic – doprowadził do samobójstwa. To były setki ciał po drodze, wspomnienia, które nawiedzały w nocy. I śmierć – nieanonimowych ofiar wojny, a najbliższych – Kena Oosterbroeka, z którym w osławionym Bractwie Bang Bang dokumentował zbrodnie apartheidu. – Najciekawsze było to, że po bólu i szoku tych kilku pierwszych minut, gdy pomyślałem, że umrę, poczułem ogromną ulgę – wspomina kolejny członek Bractwie Bang Bang, Greg Marinovich, który został ranny w tym samym zamachu, w którym zginął Oosterbroek. – Pojawiła się ulga, że w końcu odpokutuję, za wszystko co sfotografowałem.
„To powoli zabiera uśmiech”

Nie był jedyny. Co piąty reporter, operator lub fotograf relacjonujący konflikty cierpi na syndrom stresu pourazowego. Jeremy Bowden przez lata wspominał widok stery ciał – głównie we fragmentach – wydobywanych z bunkra w Bagdadzie, a później kostnicy gdzie nie dało się nawet rozstawić statywu kamery. Anthony’ego Loyda z „Timesa” nawiedzały wspomnienia z Czeczenii – nie umarli, a żywi.

– Usłyszeliśmy wołanie „pomóż nam, pomóż nam”. Wybiegliśmy na śnieg i wpadliśmy na tą kobietę, wielką babę w futrze całą pokrytą krwią. Ciągnęła sanki, a na tych sankach był mąż czy brat, nie wiem. Był martwy, jedna noga ciągnęła się za nim. Drugą trzymała ona, wielką nogę, z butem nałożonym na nią. I krzyczała do nas, choć stała bardzo blisko – opisywał Anthony Loyd w książce „My war gone by. I miss it so”.

– To powoli zabiera uśmiech – podsumowuje pracę reportera wojennego Joao Silva. Po piętnastu latach przerwy znów trafił w rejon konfliktu. W Afganistanie, w 2010 roku poszedł na patrol z żołnierzami. Nadepnął na minę. Leżąc na ziemi, z nogami urwanymi jedna przed, druga za kolanem – zrobił jeszcze trzy zdjęcia. – Kiedy ma się styczność z wojną przez dwadzieścia lat, coś musi się w człowieku popsuć. Chyba nie można przejść przez to bez żadnej skazy – podsumowała w swojej książce „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym” Grażyna Jagielska, pisarka, żona korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego. On – ponad pięćdziesiąt razy wyjeżdżał w najniebezpieczniejsze regiony świata, ale to ona trafiła do kliniki z objawami stresu pourazowego.

Wybrane dla Ciebie