TYLKO U NAS

Zaginęła w strefie śmierci. Tragiczny los Wandy Rutkiewicz

łz aktualizacja: 06:25 wyślijdrukuj
fot
Wanda Rutkiewicz zmarła na Kanczendzondze (fot. arch. PAP/CAF-M. KŁOŚ /AW/Wiki/Aaron Ostrovsky)

W górach koniec wspinaczki jest bardzo naturalny – jest nim szczyt. Na nim, poprzez wysiłek i zmęczenie, oczyszczeni i wolni, choć na chwilę stajemy się cząstką natury – powiedziała kiedyś Wanda Rutkiewicz, najwybitniejsza polska himalaistka. Dokładnie 25 lat temu, na zboczu Kanczendzongi, jednego z najtrudniejszych ośmiotysięczników, na zawsze zjednoczyła się z naturą.

Powiedzieć o Wandzie Rutkiewicz legenda to umniejszyć jej dokonania. Jest jedną z niewielu Polek, o których rozpisywały się gazety na całym świecie. O jej wielkości świadczy choćby fakt, że jej głos liczył się nie tylko w tematyce wspinaczkowej. Ceniono także jej słowa o ochronie środowiska, emancypacji kobiet na świecie czy pokoju w Afganistanie.

Urodziła się 4 lutego 1943 roku w Płungianach, obecnie znajdujących się na terenie Litwy jako Wanda Błaszkiewicz. Po zakończeniu II wojny światowej – podobnie jak tysiące innych Polaków – przeniosła się wraz z rodziną do Wrocławia.

Była niezwykle uzdolnionym dzieckiem. W wieku 6 lat od razu została zapisana do drugiej klasy. Jeszcze przed ukończeniem 17. roku życia została przyjęta na wydział Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Pracę magisterską obroniła mając 22 lata.

Inżynier-elektronik

Z dyplomem inżyniera-elektronika podjęła pracę w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych. Później przeniosła się do Warszawy, gdzie przyjęto ją do Instytutu Maszyn Matematycznych. Maszyny cyfrowe, fizyka i matematyka nie były jej jedynymi pasjami. Z powodzeniem realizowała się także w sporcie.

Uprawiała lekkoatletykę, siatkówkę, grała w pierwszoligowej Gwardii Wrocław. Znalazła się nawet w szerokiej kadrze olimpijskiej przed igrzyskami w Tokio w 1964 roku. Wcześnie odkryła w sobie miłość do gór i to im się poświęciła.
Rutkiewicz żyła pełnią życia (fot. PAP/CAF-Teodor Walczak)
Jako mieszkanka Dolnego Śląska mogła regularnie wspinać się w Sudetach. Szybko zaczęła wybierać trudne, a nawet ekstremalnie trasy, jak choćby Śnieżne Kotły w Karkonoszach. Młodą kobietę ciągnęło w coraz wyższe góry.

Wariant R

W wieku 21 lat zdobyła Mnicha w Tatrach, wspinając się najtrudniejszym wariantem R. Zaczęła również poznawać uroki alpinizmu, wspinając się w Alpach i Dolomitach. Stopniowo zdobywała coraz wyższe i trudniejsze szczyty, co tylko wzmagało jej apetyt.

Wydaje się, że nie była to chęć samego zdobywania gór. – Alpinizm to wentyl dla ludzi odczuwających potrzebę walki – powiedziała przy jednej okazji. Jak wielką miała potrzebę mierzenia się z własnymi ograniczeniami, świadczą jej kolejne sukcesy – w wieku 25 lat jako pierwsza kobieta pokonała wzbudzający strach wschodni filar niemal pionowego giganta Trollryggen w Norwegii. Było jasne, że jej przygoda ze wspinaczką nie skończy się na Europie. Po razy pierwszy w wysokie góry wyjechała w 1970 roku, do Pamiru, razem z Klubem Wysokogórskim pod kierunkiem Andrzeja Zawady. Zdobyła wówczas Pik Lenina (7134 m npm.), co było wyrównaniem kobiecego rekordu Polski.

Tuż przed wyjazdem do Pamiru wyszła za mąż za matematyka Wojciecha Rutkiewicza, syna ówczesnego wiceministra zdrowia Jana Rutkiewicza. Choć małżeństwo przetrwało tylko kilka miesięcy, po rozwodzie pozostała przy tym nazwisku.
Dziewicze wejścia

W 1972 roku los zagnał Rutkiewicz na pierwszą prawdziwie egzotyczną wyprawę – w góry Hindukusz. Zdobyła wówczas między innymi najwyższy szczyt Afganistanu Noszak (7492 m) oraz jako pierwszy człowiek – bezimienne szczyty oznaczone na mapach jako W.82 i W.81, mierzące po około 6 tys. m npm.

Kolejne sukcesy zbiegły się w czasie z osobistą tragedią. Tego roku straciła ojca. Został zamordowany przez ludzi, którym wynajmował mieszkanie. Rutkiewicz wzięła udział w wizji lokalnej oraz identyfikacji zmasakrowanych zwłok. Była także oskarżycielem posiłkowym w procesie sprawców, z których jeden usłyszał wyrok śmierci.

Śmierć już zawsze towarzyszyła Rutkiewicz. Jest to bowiem nieodłączny element wspinaczy. Była świadkiem tragicznych upadków wielu towarzyszy; sama wielokrotnie stawała z nią twarzą w twarz, co – jak sama przyznała – dawało jej poczucie wolności.

Wolność

– Jestem zdeterminowana i daje mi to poczucie wolności. Uwolniona od wszystkiego, co nie jest górą i mną, wolna od strachu i obaw – bo nie mam już wyboru – to jej cytat z książki „Na jednej linie”

O śmierć ocierała się wielokrotnie. W skałkach spadła z wysokości 18 m, tylko cudem nie łamiąc kręgosłupa. Wspinając się południową ścianą Aconcagui w 1985 roku ledwo ocalała spod lawiny. Schodząc z Gaszerbrumu I nadludzkim wysiłkiem utrzymała upadek dwójki partnerów...
Rutkiewicz była pierwszą Europejką na szczycie Mount Everest (fot. Flickr/NASA Goddard Space Flight Center)
– Z grona wielu partnerów i partnerek, z którymi wiązałam się liną i wyjeżdżałam razem w góry, z kręgu moich przyjaciół nie żyje dziś ponad trzydzieści osób. Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego sama ciągle trwam przy tym wszystkim – mówiła Wanda Rutkiewicz w jednym z wywiadów, wykorzystanym w reportażu „Ślady na śniegu”.

Wartość życia

– Znam wartość życia. Nie tylko mojego, każdy z nas ma przecież bliskich. Podczas wspinania się boję. Myślę jednak, że alpinizm stał się dla mnie tak wielką częścią życia i tak ogarniającą pasją, że nie mogłabym z niego zrezygnować. Tak jak nie mogłabym zrezygnować ze swojego życia – podkreślała.

– Była niezwykle ciekawą osobowością – przyznał w rozmowie z portalem tvp.info wybitny polski himalaista, który dwukrotnie wspinał się z Rutkiewicz, między innymi na K2, ale woli pozostać anonimowy. – Ciężko było ją sklasyfikować. Była wielowymiarowa jako kobieta, jako wspinacz – podkreślił.

Wanda Rutkiewicz była niezwykle wymagająca, co uwieczniono choćby w dokumencie „Awantura w Górach” o wyprawie w Gaszerbrumy

– Jeżeli spyta się o nią kilkanaście osób, można otrzymać kilkanaście różnych odpowiedzi. Inna była towarzysko, a inna podczas wspinaczki. Powiedzenie, że ciężko się z nią wspinało, byłoby bardzo pozytywną opinią – podkreślił nasz rozmówca.

Pierwszy ośmiotysięcznik

Powróćmy do jej stopniowych sukcesów. W końcu dostąpiła możliwości wyjazdu w najwyższe góry świata. W sierpniu 1975 roku – już jako kierowniczka i organizatorka wyjazdu w Gaszerbrumy – zdobyła najpierw dziewiczy Gaszerbrum III (7946 m), a nazajutrz swój pierwszy ośmiotysięcznik – Gaszerbrum II (8035 m).
W wieku 34 lat osiągnęła międzynarodowy sukces, który poprzedziło spektakularne pierwsze przejście północnej ściany Matterhornu zimą w zespole kobiecym. Po tym preludium 16 października 1978 rok jako pierwsza Europejka i trzecia kobieta zdobyła Mount Everest.

Było to wyjątkowy dzień. Równolegle bowiem kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża i przybrał imię Jana Pawła II. – Dobry Bóg tak chciał, abyśmy tego samego dnia zaszli tak wysoko – powiedział rok później Ojciec Święty podczas spotkania z Rutkiewicz. Ta dała mu kamień ze szczytu Mount Everest.

Rywalizacja damsko-męska

Zdobycie najwyższej góry świata miało dla alpinistki więcej wymiarów. „To było osiągnięcie, które w tym momencie zaspakajało jej ambicje. Bowiem Wanda niemal od początku przenosiła sportową rywalizację na płaszczyznę kobieta–mężczyzna” – wspominał Rutkiewicz zmarły dwa lata temu wybitny alpinista i organizator wielu wypraw Janusz Kurczab w artykule dla portalu Wspinanie.pl.

„Wanda nieraz sugerowała, że mężczyźni nie rywalizowali z nią uczciwie, choć przecież wszyscy ją podziwiali. Czasem trudno jej nie przyznać racji, np. podczas wyprawy na Everest. Pełniła wówczas funkcję zastępcy kierownika wyprawy międzynarodowej i spotykała się z ostracyzmem ze strony niektórych niemieckich uczestników wyprawy. Mimo tych przeciwności, żadnej z kobiet nie udało się uczynić tak wiele dla przełamania monopolu mężczyzn we wspinaniu się na najwyższe szczyty” – zaznaczył Kurczab.

Jak na ironię, polskie środowisko wspinaczkowe nie było zachwycone po sukcesie kobiety. Pojawiły się żarty, że właśnie przez Rutkiewicz Andrzej Zawada zorganizował wyprawę, której celem było pierwsze zimowe zdobycie Mount Everest. Wyprawa zakończyła się sukcesem – 17 lutego 1980 roku Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki dopięli swego. Jak wspominali, Zawada mobilizował ich słowami „To Wanda dała radę, a wy nie dacie?”.
Rutkiewicz zdobyła Mount Everest tego samego dnia, w którym Karol Wojtyła został wybrany na papieża (fot. arch. PAP/Tomasz Prażmowski)
Otwarte złamanie

W marcu 1981 roku kariera Rutkiewicz stanęła pod znakiem zapytania. Podczas wspinaczki na Elbrus została potrącana przez innego wspinacza i spadła kilkadziesiąt metrów, doznając otwartego złamania kości udowej.

Fatalna służba zdrowia na Kaukazie spowodowała, że noga źle się zrastała. Rutkiewicz trafiła do kliniki w Austrii, gdzie zajął się nią doc. dr Helmut Scharfetter, z którym w przeszłości się wspinała. Zaiskrzyło między nimi i Polka zamieszkała z nim pod Innsbruckiem, gdzie zastał ją stan wojenny. Wkrótce wzięła ślub z Austriakiem, ale i to małżeństwo długo nie trwało.

Zdrowie nadal nie dopisywało. W połowie stycznia 1982 roku pojechała do Włoch na zaproszenie wybitnego alpinisty Reinholda Messnera, została nawet przyjęta przez prezydenta Sandro Pertiniego. Wkrótce po powrocie do Austrii doznała samorzutnego złamania nogi, na szczęście wydarzyło się to na schodach kliniki.

Przez Baltoro o kulach

Mimo kontuzji wzięła udział wyprawie na K2 (8611 m). O sile jej charakteru świadczy fakt, że o kulach przeszła lodowiec Baltoro, a zdjęcia te obiegły cały świat. Niestety, nie udało się zdobyć tej góry, na dodatek z powodu choroby wysokościowej zmarła Halina Krüger-Syrokomska.

– Postanowiłam ciało Haliny znieść na dół. Nie mogłam pogodzić się z myślą, że ona tam może zostać, leżeć na drodze, po której będą chodzić inni, że rozdziobią ją ptaki. Nie byłam zdolna tego zaakceptować. Ciało człowieka trzeba pogrzebać, to jest nasz obowiązek – opowiadała później.
Z czasem zaczęła odzyskiwać siły i organizować pionierskie wyprawy. 15 lipca 1985 roku wraz z Krystyną Palmowską i Anną Czerwińską wspinając się ścianą Diamir zdobyła Nangę Parbat (8126 m). Było to pierwsze wejście czysto kobiece na ośmiotysięcznik.

Największy sukces

Największy sukces przyszedł rok później. 23 czerwca jako pierwsza kobieta wspięła się na K2. Potem zdobyła jeszcze sześć innych ośmiotysięczników – Nangę Parbat (8126 m), Sziszapangmę (8027 m), Gaszerbrum II (8034 m), Gaszerbrum I (8080 m), Czo Oju (8201 m) i Annapurnę (8091 m).

Jej sukcesy były solą w oku innych wspinaczy. Zazdrość była dodatkowo wzmagana przez twardy i wyrazisty charakter Rutkiewicz, który nie wszystkim odpowiadał. Niezdrowe emocje wyszły w październiku 1991 roku, gdy ogłosiła samotne zdobycie Annapurny.

Wiele osób w środowisku podważyło to osiągnięcie, a oskarżenie o kłamstwo na temat zdobycia szczytu jest najpoważniejszym zarzutem, jaki można wytoczyć w tej dyscyplinie. Komisja Polskiego Związku Alpinizmu na podstawie zdjęć przyznała rację Rutkiewicz. Ta jednak już nigdy nie zaufała ponownie polskiemu środowisku alpinistycznemu.

Czarny pies

Mimo sukcesów pogłębiała się u niej depresja. Punktem zwrotnym była tragiczna śmierć jej partnera i bliskiego przyjaciela Kurta Lyncke-Krügera, do której doszło 24 lipca 1990 roku. Niemiec odpadł od ściany podczas wspinaczki na Broad Peak (8051 m) i spadł w przepaść. To wszystko działo się na jej oczach.
K2 Polka zdobyła jako pierwsza kobieta w historii (fot. Wiki/Umer Ilyas)
Wspomniana Annapurna była ostatnim ośmiotysięcznikiem Rutkiewicz. W ramach autorskiego projektu „Karawana do Marzeń” chciała zaliczyć pozostałe brakujące jej do korony Himalajów. Kolejnym miała być Kanczendzonga (8598 m), trzeci najwyższy szczyt na Ziemi.

12 maja 1992 roku zaatakowała szczyt wraz z Meksykaninem Carlosem Carsolio. Około godz. 15.30 lokalnego czasu opuścili obóz IV na wysokości 4950 m. Carsolio po 12 godzinach osiągnął szczyt. Schodząc spotkał Rutkiewicz na wysokości około 8200 m. Zasugerował zrezygnowanie z ataku i powrót do obozu, ale ambitna Polka nie chciała go słuchać.

Nie odnaleziono ciała

Rutkiewicz stwierdziła, że przebiwakuje i następnego dnia ponownie zaatakuje szczyt. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Wokół jej śmierci narosło wiele mitów – pojawiły się opinie, że nie miała namiotu, śpiwora czy pożywienia.

– To nieprawda, że nie miała namiotu, a jeżeli miała namiot, musiała mieć także wyposażenie, choćby maszynkę do gotowania i na pewno coś do przygotowania, jak choćby herbatę czy zupy – przekonywał w rozmowie z portalem tvp.info polski himalaista.

Nasz rozmówca nie zgadza się z opinią, że Rutkiewicz, zmęczona życiem i cierpiąca po utracie tylu przyjaciół, mogła celowo wybrać śmierć. – Pojawiły się plotki, że popełniła samobójstwo górskie, ale ja się z tym nie zgadzam. Wanda realizowała swój projekt. „Karawana do Marzeń” to był jej plan na najbliższe lata. Wiedziała, że jej czas upływa i chciała go zrealizować – podkreślił.
Alpinista uważa, że nieposkromiona ambicja i chęć rywalizowania z mężczyznami nie pozwoliły Rutkiewicz zawrócić. – Jej partner wszedł na szczyt, gdyby jej się to nie udało, to by się mogło okazać, że jest słabsza od mężczyzny, a do tego nie mogła dopuścić – zwrócił uwagę.

Nadrzędny cel

– Do tego trzeba pamiętać o jej ambicji czysto sportowej. Ona była też sportsmenką i wykonanie zadania było jej nadrzędnym celem – zaznaczył. – Jeżeli można ją krótko scharakteryzować, powiedziałbym, że cechowała ją przede wszystkim ogromna ambicja oraz konsekwentna realizacja swoich marzeń.

Matka Rutkiewicz, Maria Błaszkiewicz, nie chciała pogodzić się ze śmiercią córki. Przez lata wierzyła, że Wanda pokonała górę, zamieszkała w którymś z buddyjskich klasztorów i ukrywa się przed światem. W rzeczywistości himalaistka nie miała szans na przeżycie.

W 1995 roku włoska wyprawa natrafiła na Kanczendzondze na zwłoki kobiety na wysokości 7600 metrów. Pojawiły się głosy, że może to być Polka, która po zdobyciu szczytu runęła w przepaść schodząc południową stroną. Okazało się jednak, że to zwłoki bułgarskiej himalaistki Jordanki Dymitrowej, która zginęła nieco później.

Kanczendzonga w końcu została zdobyta przez Polkę. 18 maja 2009 roku na szczycie stanęła Kinga Baranowska. – Ten szczyt dedykuję Wandzie Rutkiewicz. Wiem, że mi tutaj pomagała. Bardzo jej dziękuję – mówiła do kamery Baranowska, stojąc na wierzchołku jednego z najtrudniejszych ośmiotysięczników.

Wybrane dla Ciebie