„My będziemy umierać, oni będą się chronić”. Kto przeżyje nuklearną zagładę?

Katarzyna Chojnowska aktualizacja: 08:16 wyślijdrukuj
fot
Od nacisnięcia atomowgo guzika do ogólnoświatowej katastrofy minie około dwóch godzin (fot. Pixabay/geralt)

Wystarczą dwie godziny, by unicestwić świat. Już prezydent USA Dwight Eisenhower zdawał sobie sprawę z rozmiarów ewentualnego ataku nuklearnego. „W kraju nie wystarczyłoby buldożerów, żeby zeskrobać ciała z ulic” – miał kiedyś powiedzieć. Świat kilkakrotnie stanął na krawędzi nuklearnej katastrofy, Amerykanie od dziesięcioleci przygotowywani są na ten scenariusz. Ale nie miejmy złudzeń, wszystkich ratować nikt nie zamierza.

„Kilka lat temu, kiedy pracowałem w Waszyngtonie, mój kolega znalazł na podłodze w garażu dowód tożsamości pracownika federalnego. Kiedy obróciliśmy identyfikator, na odwrocie była instrukcja ewakuacji. Postanowiłem zastosować się do wskazówek i poszukać tego obiektu na mapach Google. Podążając zgodnie z instrukcją dotarłem do drogi, która znika w podziemnym kompleksie w górach w Zachodniej Wirginii. Wtedy nie słyszałem o tym obiekcie i nigdy wcześniej nie znałem nikogo, kto o nim mówił – opowiadał w wywiadzie dla „Vice” Garrett M. Graff, autor książki „Raven Rock”.

Tak zaczęła się podróż waszyngtońskiego korespondenta w poszukiwaniu ściśle tajnych planów, technologii i infrastruktury. Podróż, która zaprowadziła go do Raven Rock.
„Jeżeli zostanie dwóch Amerykanów i jeden Rosjanin – wygraliśmy”

Każdego dnia w Waszyngtonie niebiesko-złota eskadra helikopterów „MUSSEL” wzbija się w powietrze i leci nad Potomakiem. Mogłoby się wydawać, że helikoptery służą do przewozu VIP-ów, ale to tylko część prawdy.

Jednostka ma ewakuować wysokiej rangi urzędników w przypadku ataku terrorystycznego lub nuklearnego na stolicę. Wybrani urzędnicy mają wsiąść do helikopterów, a następnie zostać przetransportowani do któregoś z sieci bunkrów w pobliżu Waszyngtonu. Oni się prawdopodobnie uratują, resztę czeka niemal pewna śmierć.



Przez sześćdziesiąt lat rząd Stanów Zjednoczonych rozwijał tajne plany na wypadek zagłady. Miliardy dolarów szły na tak zwany „plan ciągłości rządów”, który przez ten czas przybierał różne formy. Od ewakuacji najcenniejszych dokumentów z Narodowych Archiwów po plany wystrzelenia rakiet nuklearnych z Boeingów 747, latających wysoko nad Nebraską. We wszechogarniającej paranoi zimnej wojny czasem wystarczyła iskra, by mogło dojść do sytuacji, gdy setki pocisków nuklearnych pokryją terytorium Związku Radzieckiego. Amerykański dziennikarz i pisarz Gene Healy w książce „Kult prezydencji” opisuje przebieg posiedzenia dotyczącego strategii nuklearnej USA, w którym wziął udział Jack Kennedy. Gdy generał Thomas Power przedstawił prezydentowi plany ataku jądrowego, ten był przerażony.

Power był zdziwiony postawą prezydenta. – Dlaczego tak wam zależy, żeby ratować ich życie? Ideą jest, by zabić drani… Jeżeli na koniec wojny pozostanie dwóch Amerykanów i jeden Rosjanin – wygraliśmy – miał powiedzieć.

– Lepiej upewnij się, że ci, którzy zostaną, to będzie kobieta i mężczyzna – miał mu odpowiedzieć William Kaufmann, doradca do spraw bezpieczeństwa nuklearnego, przeciwnik akcji odwetowych z użyciem broni jądrowej.



Bo jak przekonuje z kolei Garrett Graff w swojej książce, efekt użycia takiej broni byłby katastrofalny w skutkach. Gdyby prezydent Stanów Zjednoczonych wystrzelił pociski z amerykańskich bombowców, łodzi podwodnych i wyrzutni w stronę Rosji, jest niemal pewne, że z powierzchni ziemi zniknęłyby nie tylko oba państwa, ale całe życie.
Zagłada w dwie godziny

„W amerykańskim arsenale znajduje się około 30 tysięcy pocisków nuklearnych, ekwiwalent – jak policzył jeden z byłych dyrektorów CIA – 55 miliardów ton 500-funtowych bomb z czasów drugiej wojny światowej. Wystarczająco, jak mówi, by przykryć każdy zakątek kraju, a jeszcze 5 miliardów bomb by pozostało” – straszy Graff.

Od startu do końca operacji sprowadzenie nuklearnej katastrofy na cały świat zajęłoby około dwóch godzin.



Dwie godziny po wciśnięciu nuklearnego guzika, może faktycznie nie byłoby kim rządzić, ale kto rządzić będzie – wiadomo dokładnie. Przez lata w Stanach Zjednoczonych opracowywano plany „ciągłości rządzenia”.

Prezydent Eisenhower miał na przykład listę dziewięciu ściśle tajnych nazwisk – osób, które będą odpowiedzialne za to, by sektor prywatny przetrwał katastrofę oraz tych, których zadaniem będzie stworzenie nowej biurokracji, zdolnej funkcjonować do czasu ustabilizowania sytuacji w kraju.

Zadania były przydzielane bardzo skrupulatnie: poczta miała liczyć ofiary, parki narodowe – stworzyć miejsce dla uchodźców, departament rolnictwa – racjonować żywność. Kongres miał skryć się w bunkrze w Zachodniej Wirginii, Sąd Najwyższy w podobnej placówce w górach Południowej Karoliny. Miliardy dolarów w gotówce miały trafić do bunkra wewnątrz Mount Pony. Eisenhower zdawał sobie sprawę z rozmiarów katastrofy, jeżeli miałoby dojść do ataku nuklearnego. Kiedyś miał powiedzieć, że „w kraju nie wystarczyłoby buldożerów, żeby zeskrobać ciała z ulic”.

W latach 50. plany obrony dotyczyły ogółu społeczeństwa, jednak z roku na rok, z prezydentury na prezydenturę zaczęły się kurczyć. Pod koniec XX wieku ograniczyły się do jednego aspektu – jak szybko przetransportować najważniejsze osoby w państwie do bezpiecznego schronienia w górach.

Podczas zamachów 11 września 2001 r. wiceprezydent Cheney został przewieziony do „nieujawnionej lokalizacji” w pobliżu Camp David. Wielu oficjeli trafiło do Raven Rock – 650-hektarowego kompleksu budynków.
Raven Rock Mountain Complex (fot. google.maps)
Podziemny Pentagon

Projekt budowy Raven Rock zatwierdził Harry Truman w maju 1950 roku. Inwestycja ruszyła rok później. W 1953 r. prace były już zakończone, inwestycja pochłonęła 35 mln ówczesnych dolarów. Od tego czasu kompleks był kilkakrotnie rozbudowywany.

Obiekt owiany jest tajemnicą, a to sprawiło, że narosło wokół niego wiele mitów. Jeden mówił, że pod ziemią znajdują się farmy produkujące żywność oraz hangary, z których startują samoloty zestrzeliwujące wrogie obiekty.

Według innego, pogoda wokół kompleksu jest sztucznie kontrolowana. Kolejny – o wyrzutniach rakiet, ukrytych w zboczu góry i stamtąd wystrzeliwanych. Najpopularniejszy mówi o sekretnym tunelu łączącym bunkry z Camp David.
Prawda jest taka, że Raven Rock to przez dziesięciolecia udoskonalane schronienie dla najważniejszych osób w państwie. Oprócz standardowego wyposażenia zapewniającego zasilanie, wodę, ochronę przed ogniem, znajduje się tu także stołówka, fryzjer, dentysta i kaplica.

Naładowany elektroniką schron miał zapewnić bezpieczeństwo i łączność na wypadek ataku jądrowego. Jest też symbolem podejścia kolejnych amerykańskich administracji. Graff podsumowuje tę filozofię jednym zdaniem: rząd będzie się chronił, a reszta z nas będzie w tym czasie umierać.

Niesforni prezydenci

Także dziś błękitno-złota eskadra codziennie ćwiczy ewakuacje głowy państwa. Także dziś, podczas inauguracji prezydenta czy innych ważnych i potencjalnie niebezpiecznych sytuacji, tak zwany „designated survivor” nie uczestniczy w wydarzeniu, a siedzi pod strażą w bezpiecznym miejscu. Tak na wszelki wypadek.

I jeżeli czegoś książka Graffa faktycznie dowodzi, to tego, że technologiczne ograniczenia, taktyka wroga i zwykłe ludzkie emocje mogą obrócić wniwecz nawet najlepiej przygotowane plany. Podczas pozorowanego ataku, który okazał się fałszywym alarmem, Harry Truman odmówił zastosowania się do protokołu i zamiast tego pracował w Biurze Owalnym.

Podobnie jak Jimmy Carter. W swoim pamiętniku pod datą 14 lipca 1977 r. napisał: „Miałem spotkanie z Hugh Carterem i pozostałymi członkami personelu, podczas którego dyskutowaliśmy, jak reagować w przypadku ataku nuklearnego. Moim zamiarem jest zostać w Białym Domu tak długo, jak uda mi się przeżyć, by administrować sprawami państwa, a Fritz Mondale dotarłby w bezpiecznie miejsce pod ziemią lub w rządowym samolocie”.
Walter Frederick „Fritz” Mondale był wówczas wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. To miało zapewnić ciągłość prezydencji.

Gdy po raz pierwszy zapoznano Richarda Nixona z możliwościami wykorzystania broni jądrowej, było tylko pięć możliwych planów odwetowych lub pierwszego ataku i każdy z nich przewidywał wystrzelenie minimum tysiąca głowic. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Henry Kissinger miał wówczas stwierdzić: „Jeśli to wszystko, on tego nie zrobi”.

Z kolei 11 września 2001 r. sekretarz obrony Donald Rumsfeld przebywał w Pentagonie. Do Raven Rock wysłał swojego zastępcę Paula Wolfowitza. – Od tego właśnie są zastępcy – stwierdził Rumsfeld.
Żony czekają w korytarzu

Ciągłość władzy ciągłością, ale zdarzały się także bardziej osobiste powody, dlaczego najwyżsi urzędnicy państwowi nie decydowali się skorzystać z bezpiecznego schronienia w pobliżu Camp David.

Plany ewakuacyjne od lat bowiem wykluczają rodziny wyższych urzędników. Żony członków gabinetu prezydenta Dwighta Eisenhowera nie były zadowolone, gdy dowiedziały się, że nie trafiły na listę, na której znajdowali się ich mężowie.
Gdy przedstawiciel administracji przekazał Earlowi Warrenowi, wówczas prezesowi Sądu Najwyższego, kartę identyfikacyjną, która umożliwiała mu dostęp do bezpiecznego obiektu, ten odpowiedział: „Nie widzę przepustki dla pani Warren”. Gdy usłyszał, że jest wśród 2000 najważniejszych osób w państwie, oddał przepustkę. – No cóż – powiedział – masz miejsce dla jeszcze jednego ważnego urzędnika.
Niesforna technologia

Paradoksalnie najmniej bezpiecznym elementem była technologia, a czasem okazywała się wręcz śmiertelnie groźna, doprowadzając niemal na krawędź nuklearnej katastrofy.

W listopadzie 1979 r. amerykański system obronny NORAD zameldował o 2020 atakujących rosyjskich rakietach. Miały być skierowane na amerykańskie miasta, centra dowodzenia, instalacje atomowe. Dowództwo postanowiło nie reagować od razu i poczekać na odczyty z innych systemów. I całe szczęście, bo okazało się, że przez przypadek załadowano taśmę ze scenariuszem ćwiczebnym, zakładającym zmasowany atak jądrowy ze strony ZSRR.
Sześć miesięcy później, NORAD znów zaczął ostrzegać przed atakiem. Tym razem sprawdzono taśmy i wszystko było w porządku. Informację natychmiast otrzymał doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa Zbigniew Brzeziński. Zanim zdążył poinformować prezydenta, alarm odwołano. Rakiety na Stany Zjednoczone nie leciały, a zamieszaniu winny był wadliwy chip.

Błędów nie ustrzegli się także Rosjanie. We wrześniu 1983 r. sowieckie satelity zarejestrowały start pięciu rakiet. Znajdujący się w leżącym około 50 km od Moskwy bunkrze „Serpuchow 15” podpułkownik Stanisław Petrow musiał zadecydować, czy ZSRR faktycznie zostało zaatakowane.
– Nikt nie zaczyna wojny nuklearnej za pomocą pięciu rakiet – miał wówczas stwierdzić. Okazało się, że miał rację. Jeden z satelitów wziął odbite przez chmury nad USA promienie słoneczne za silniki startujących rakiet.

– Sowiecki system wczesnego ostrzegania był wówczas niebezpiecznym bałaganem – pisze Graff. Dokładnie tak jak ten amerykański.

Wybrane dla Ciebie