TYLKO U NAS

„Wielki masą i talentem”. Rag’n’Bone ostatnią nadzieją białego soulu

Marta Kawczyńska aktualizacja: 17:50 wyślijdrukuj
fot
Rag'N'Bone jest autorem piosenki „Human” (fot. Chris Jackson/Getty Images)

– Kochanie, ja cię k…, ubóstwiam, jesteś wspaniały – takie słowa padły z ust samego Eltona Johna, gdy w końcu dodzwonił się do jeszcze do niedawna nikomu nieznanego chłopaka z angielskiego Uckfiled. Rag’N’Bone Man, przez wielu nazywany „ostatnią nadzieją białego soulu” i „Adele w spodniach”, od kilku miesięcy okupuje pierwsze miejsca list przebojów, a jego album w pierwszym tygodniu po premierze sprzedał się w 120 tys. egzemplarzy. To najlepszy wynik debiutanta od 10 lat.

Kiedy Simon Cowell, producent i juror brytyjskiej edycji programu „X Factor” usłyszał przebój Rag’N’Bone Mana w wykonaniu jednej z uczestniczek stwierdził, że „nikt nie zna tego kawałka, ale on stanie się wielkim hitem”. Gdy wypowiadał te słowa, utwór „Human” od dziesięciu tygodni znajdował się na pierwszym miejscu niemieckich list przebojów, a na Youtubie dobijał do ponad 200 mln odsłon.

Rory znowu narozrabiał

Ma 32 lata i pochodzi z Uckfield, małego miasta znajdującego się na południu Anglii w pobliżu Brighton. Naprawdę nazywa się Rory Graham. Pseudonim Rag’N’Bone, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „szmaciarza”, wziął się z sitcomu.

– W każdą sobotę rano odwiedzałem dziadka. Razem siadaliśmy, zajadaliśmy się owsianką i oglądaliśmy powtórki „Steptoe and Son”. Jeden z bohaterów był właśnie takim szmaciarzem, ale dla mnie rag’n’bone brzmiało jak rewelacyjny bluesowy nick. Coś w stylu Sonny Boy Williamson, czy Big Mama Thorton. Można sobie pomyśleć i pewnie ktoś pomyśli, że moja ksywka jest głupia, ale jedno jest pewne. Zapada w pamięć. Kilka razy pytano mnie, czy może chciałbym ją zmienić, ale nie byłem tym nigdy zainteresowany – mówił w jednym z wywiadów Rory.



Zanim zajął się muzyką, nie należał do najgrzeczniejszych liczącego zaledwie 15 tysięcy mieszkańców Uckfield. – W naszym mieście nie mieliśmy zbyt wielu atrakcji, więc często wdawaliśmy się w bójki. Mama nie miała ze mną lekko. W naszym domu bardzo często gościła policja i mówiła, że „Rory znowu narozrabiał” – wspomina.

Poza grą w koszykówkę, jego pasją stała się muzyka, a dokładnie gatunek jungle, który podobnie jak hip-hop zaliczany jest do „czarnej muzyki”. Rory postanowił zostać didżejem.

– Miałem 16 albo 17 lat, kiedy zaczęliśmy bawić się w małą piracką stację radiową i puszczaliśmy tam właśnie junglowe kawałki. Do tej pory mam w swoim archiwum kilka taśm z tamtego okresu. Są naprawdę złe, dlatego bardzo dobrze je schowałem. Mój głos brzmi na nich jak u Scooby Doo – śmieje się Rory.
Nagrania z toalety

To nie zraziło go jednak i krok po kroku zaczął rozwijać karierę muzyczną. Gdy przeniósł się do Brighton, pochłonął go hip-hop. Wtedy też zaczął dawać pierwsze koncerty. – Moje rapowanie było przyjmowane bardzo pozytywnie, ale w pewnym momencie zauważyłem, że gdy zaczynam śpiewać bardziej melodyjnie, to robi to na publiczności dużo większe wrażenie. Pomyślałem, że może warto pójść w tę stronę – wspominał Rory.

O tym, żeby skończył szkołę muzyczną i poszedł w kierunku wokalistyki, marzyła jego mama. – Nigdy tak naprawdę nie mieliśmy na to pieniędzy. Nawet teraz, gdy stałem się bardziej znany, nie jestem technicznie dobrym wokalistą. Śpiewam tak, jak potrafię i tak jak czuję – mówi.

Muzyczną edukacją, tak jak mógł, zajmował się jego ojciec. – Chodziliśmy do klubów na jam session i coś w rodzaju otwartej sceny z mikrofonem. Patrzyłem, jak inni śpiewają, ale sam się bałem. To było coś innego niż rapowanie. Pamiętam, że w moje 21. urodziny w pubie East Grinstead ojciec poklepał mnie po ramieniu i stwierdził, że powinienem wstać i zaśpiewać. Zrobiłem to i tak już zostało – opowiada.



Świat usłyszał o Rorym dzięki dwóm osobom ¬– jego kumplowi ze szkoły Markowi Crew i byłej już dziś dziewczynie. Z pierwszym nagrał EP-kę „Wolves”, druga wysłała jego nagrywane w toalecie próbki wokalne do ludzi z branży. Dzięki temu Rag”n’Bone Man w 2012 roku wystąpił przed koncertem brytyjskiej piosenkarki Joan Armatrading. Wciąż koncertował w lokalnych klubach, jednocześnie zamieszczał swoje kawałki w Internecie.
Pluszowy miś z bajki

Zanim utwór „Human” stał się wielkim przebojem, Rag’N’Bone musiał zarabiać na życie. – Chwilami było mi naprawdę ciężko. Jeśli masz pasję i chcesz osiągnąć sukces, to nie dzieje się to w jedną noc. Ciężko pracowałem i robiłem różne rzeczy w życiu. Byłem barmanem, kładłem asfalt na drodze, zajmowałem się osobami chorymi na Aspergera i z zespołem Downa – wylicza Rory.

To właśnie podczas tej ostatniej pracy Rag’N’Bone Man mógł przyjrzeć się, jak naprawdę wyglądają ludzkie dramaty. – Pracowałem jako opiekun przez cztery lata. To zajęcie, które z pewnością wypala cię psychicznie, ale z drugiej strony wspominam je jako dobrą zabawę. Moimi podopiecznymi było rodzeństwo z zespołem Downa, jeździliśmy razem samochodem, śpiewaliśmy piosenki z filmów Disneya. Chyba przypominałem im dużego pluszowego misia z jakiejś bajki – śmieje się Rory.



Rzeczywiście tak mogło być. Postawny, wytatuowany i brodaty piosenkarz jest na tle wymuskanych, wyczesanych i wręcz eterycznych wokalistów niezłym oryginałem. Choć porównań nie brakuje. Rag’N’Bone Man nazywany jest Adele w spodniach, jego głos często porównuje się do białego soulu w wykonaniu Amy Winehouse.

Rory ze szczerością przyznaje, że nikt nigdy nie próbował go zmieniać, choć na samym początku bardzo się tego obawiał. – Ja od swoich grubych ryb na szczęście nigdy nie usłyszałem takich żądań. Dla mnie to miłe. Nie wsadzają mnie na szczęście do szuflady. Może dlatego, że moje gabaryty do żadnej by się raczej nie zmieściły – żartuje.
„Ludzie mają prawdziwe problemy”

Piosenka „Human”, która podbiła listy przebojów, także w Polsce, jest swego rodzaju manifestem. – Śpiewam o ludziach, którzy zbyt dużo narzekają. Mamy dostęp do wody pitnej, dach nad głową, a jest wiele osób, którym tego brakuje. Myślę sobie, że gdy zrobimy krok w tył, zdamy sobie sprawę, że to błahe problemy. Śpiewam „some people got a real problems” (niektórzy ludzie mają prawdziwe problemy – przyp. red.), większe niż nadwaga czy trudna do wypielęgnowania broda – tłumaczy.

Sprzedana w 120 tys. egzemplarzy w pierwszym tygodniu po premierze płyta oraz zapełniony na półtora roku do przodu kalendarz koncertów oraz rozpoczynający się właśnie podbój USA są dla niego powodem do radości. Ale Rag’n’Bone podchodzi do tego z dystansem.



– Wyraźnie słychać, że Rag'N'Bone lubuje się w „białej szkole soulu". W takim graniu, jakie serwuje nam np. Elton John. Posłuchajcie ballady „Love You Any Less" – zagranej, a jakże, na fortepianie! Dla mnie to nuda. I powód do zadania pytania: po co? Skoro już było. Skoro są w tym lepsi. A takich nagrań jest tu więcej. No i trochę popu czy konfekcyjnego rhythm'n'bluesa. Co sprawia, że ten materiał jest nierówny, rozchwiany stylistycznie, bez wyraźnego „korzenia". Albo kręgosłupa. No i trwa to wszystko nieco za długo. Te 19 utworów – na krążku w wersji Deluxe – upchniętych jakby na siłę (są oczywiście hity ze wspomnianych EP-ek) okrutnie męczy i zamula. A wreszcie w tym natłoku pomysłów i stylizacji rozmywa się gdzieś wyjątkowość wielkiego masą i talentem faceta, który złapał Pana Boga/diabła (niepotrzebne skreślić) za nogi. Ale czy utrzyma? Zobaczymy. Bo trochę szkoda „taaakiego" głosu. Ale przecież i tak warto posłuchać „Human". I kibicować Rory'emu. Dla tych kilku fajnych momentów, paru magicznych chwil. Bo wiem, że będą następne. I mocno trzymam za to kciuki – tak brzmi fragment recenzji napisanej przez Artura Szklarczyka dla serwisu Noisey.



Rory zdaje się nie przejmować tym, że niektórzy po euforycznym przyjęciu jego singla, znacznie mniej zachwycają się całą jego debiutancką płytą.

– Te nagrody, wyróżnienia, dobre recenzje cieszą bardzo moją mamę. Ja po prostu lubię występować. Przez większość życia byłem artystą podziemia i byłem szczęśliwy. Robię to, co lubię. Tak długo, jak będę mógł to robić, wszystko inne niech się toczy swoich torem – wyznaje.

Wybrane dla Ciebie