TYLKO U NAS

Ku chwale socjalistycznej ojczyzny – „spontaniczne” marsze na 1 maja

aktualizacja: 06:00 wyślijdrukuj
(fot. TVP)

„Spontaniczne” tłumy, hasła zatwierdzone przez Biuro Polityczne KC PZPR, czyny społeczne i wyścig zakładów pracy o wykonanie 200 proc. normy – tak socjalistyczna władza obchodziła 1 maja, jedno z dwóch, obok 22 lipca, najważniejszych świąt państwowych. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik.

Wielotysięczne tłumy ludu pracującego „spontanicznie” wylegały na ulice miast i wsi, by uczcić 1 maja – najważniejsze święto państwowe w PRL, nazywane przewrotnie przez społeczeństwo „komunistycznym Bożym Ciałem”.

Tego dnia wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Niczego nie mogło brakować, bo święto było miernikiem jakości komunizmu. Propaganda dbała, by w „spontanicznych” przemarszach szły uśmiechnięte całe rodziny. Machina startowała więc kilka tygodni wcześniej. – Przygotowania odbywały się w skali zarówno mikro, jak i makro – mówi portalowi tvp.info historyk, dr Andrzej Zawistowski z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.
Jedynie słuszne hasła

Jak tłumaczy dr Zawistowski, komunistyczna władza niczego nie pozostawiała przypadkowi. To Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Politycznej zatwierdzało hasła, które mogły być „spontanicznie” skandowane podczas pierwszomajowych wieców i wypisane na transparentach.

– Jedynie słuszne hasła przekazywane były na dół, czyli do komitetów wojewódzkich, gminnych czy zakładowych. A tam rozpoczynała się praca nad „propagandą wizualną”, czyli hasła trafiały na transparenty – wyjaśnia Zawistowski.

W połowie kwietnia machina była już mocno rozpędzona. Przygotowywano flagi i sztandary. Trzeba było ze wszystkim zdążyć i przekazać wyposażenie dla spontanicznego tłumu, który w pochodzie miał iść. Miasta ozdabiano flagami w stosunku jeden do dwóch, czyli na jedną biało-czerwoną przypały dwie czerwone. W latach 50. oprócz flag i transparentów przygotowywano także kukły znienawidzonych imperialistów.
200 procent normy i malowana trawa

1 maja, obok 22 lipca, był najważniejszym socjalistycznym świętem państwowym, należało je więc odpowiednio uczcić. W ramach przygotowań do obchodów oddawano do użytku sztandarowe inwestycje, w różnej skali – od budynków użyteczności publicznej w wojewódzkim mieście po chodnik na lokalnym osiedlu.

Zakłady pracy prześcigały się, kto da więcej na różnego rodzaju inwestycje, kto zrealizuje 200 procent normy. Miało być dużo, długo i oczywiście w czynie społecznym, czyli za darmo. Wszystko dla dobra socjalistycznej ojczyzny.

Jak podkreśla dr Zawistowski, termin majowy był dość niewdzięczny z racji poprzedzających go zimowych miesięcy, niezbyt sprzyjających inwestycjom budowlanym. Często więc musiały wystarczyć pomalowane na biało krawężniki lub … malowane na zielono trawniki. Operator kamery z TVP Jan Naukowicz wspomina w rozmowie z portalem tvp.info zniszczone zieloną farbą buty, które musiał wyrzucić po jednym z ówczesnych pierwszomajowych pikników.
Trzonki i szmaty do podłogi

Historyk zwraca uwagę, że ponieważ ludzi nagminnie zmuszano do spontanicznego uczestnictwa w tym wielkim święcie – w dniu ustawowo wolnym od pracy – wielu chciało coś z tego mieć. I często wracali do domu z drzewcami od flag, które świetnie spisywały się w roli trzonka od szczotki.

Gospodynie, zaprawione w bojach z gospodarką niedoborów, szyły z flag worki na kapcie, a nawet bluzki. Wszystko zależało od materiału wykorzystanego do produkcji. Żartowano nawet, że władza profilaktycznie zmieniła materiał na poliester, który zdecydowanie nie sprawdzał się w roli szmaty do podłogi.
Pomysłowość socjalistycznej władzy, by przyciągnąć jak największą rzeszę ludzi do świętowania 1 maja nie miała granic. Jako zachęta miały działać różnego rodzaju pikniki, festyny i atrakcje dla dzieci lub stragany, na których można było kupić rzeczy na co dzień niedostępne. Zdarzało się nawet, że podczas rodzinnych pikników obok waty cukrowej można było kupić deficytowe wówczas części do samochodów.

Wybrane dla Ciebie