TYLKO U NAS

„Przy moich piosenkach poczęło się kilkoro dzieci”

Marta Kawczyńska aktualizacja: 17:25 wyślijdrukuj
Renata Przemyk powraca z nową płytą (fot. Materiały prasowe/A.Powierża)

– Wiem, że wiele z moich piosenek towarzyszy ludziom w ważnych chwilach. Mam sporo takich, o które publiczność się upomina. Wzrusza mnie to, że są dla nich ważne. Przychodzą po koncertach i opowiadają mi swoje historie – mówi w rozmowie z portalem tvp.info Renata Przemyk. Piosenkarka wydała niedawno płytę z piosenkami Leonarda Cohena „Boogie Street”.

Jak to jest, gdy kobieta zaczyna śpiewać piosenki mężczyzny, i to takiego mężczyzny jakim był Leonard Cohen?

Na pewno intrygująco i ciekawie. Ten mężczyzna to był bardzo mądry człowiek, wnikliwy obserwator relacji i rzeczywistości, wrażliwy poeta pięknie opisujący miłość. Piosenki ze spektaklu „Boogie Street” pochodzą z jego bardzo dojrzałego okresu. Wszystkie są XXI-wieczne i znalazły się w tomie „Księga tęsknoty”, który wyszedł w Polsce 2006 roku w tłumaczeniu Daniela Wyszogrodzkiego. To od niego dostałam tę książkę. I od niego też dostałam propozycję wzięcia udziału w sztuce złożonej z piosenek, wierszy i fragmentów prozy Leonarda Cohena.

Co cię w twórczości Cohena zafascynowało?

Kiedy pisał „Księgę tęsknoty”, był już po sześćdziesiątce, był w stanie ocenić to, co w życiu przeżył, czego się nauczył. Dużo tam było miłości, przekraczania granic, obserwacji świata. Umiał w tych tekstach fantastycznie pokazać przeróżne konflikty i zależności między ludźmi i między człowiekiem a światem, w skali mikro i makro. Jest tam dialog z Bogiem, z własną kulturą, tradycją, pamięcią, szukanie własnej drogi i miłości. „Boogie Street” pokazuje też ciemną stronę naszej świadomości, naszego życia, świata. W ogóle jest tam dużo zła, mroku, smutku, tak jak na świecie, ale jest też miłość, która to wszystko ratuje. Jej też szukamy, po omacku, ale wytrwale.

Czasem rzucamy się w nią bez rozumu, czasem jest w tym trochę więcej dojrzałości. Ona nie przychodzi tak po prostu z wiekiem, z automatu. Trzeba sobie na nią zasłużyć. Cohen na tę dojrzałość ciężko pracował. Sam nigdy nie był typowym młodzieńcem. Jako człowiek z dobrej żydowskiej rodziny, która produkowała garnitury, od początku był wtłoczony w szablon, jak powinien się zachowywać mężczyzna właśnie z takiego środowiska. To, że był gruntownie wykształcony, przetarło mu jednak wiele ścieżek. Wiedział, gdzie szukać wiedzy, znał historię, literaturę. To jest właśnie w tych piosenkach, to wszystko.

To wrócę raz jeszcze do pierwszego pytania. Co ty jako kobieta w tym odnalazłaś?

Właśnie tę mądrość. To mnie porwało, urzekło, że tyle w tym głębi i uniwersalnej wrażliwości. Jak śpiewa to kobieta, to tam, gdzie było miękko, robi się jeszcze bardziej miękko; tam gdzie było twardo - są otwierane drzwi dla pewności siebie, dla innego rodzaju relacji, zależności. Dużo w tych piosenkach elementów, którymi można się było bawić, przetrawić w sobie, potraktować komicznie lub poważnie tam, gdzie nie jest to takie oczywiste. To fantastyczna przygoda. Te mniej znane piosenki Cohena nie zostały jeszcze wyeksploatowane przez miliony wykonań. Mogłam to zrobić po swojemu, bez zbyt wielu porównań.

Wspomniałaś o dojrzałości. Musiałaś dojrzeć do tych piosenek?


Te piosenki pojawiły się w dobrym momencie, gdy już byłam na pewnym etapie dojrzewania, inaczej postrzegałam świat i ludzi, mniej krytycznie, bardziej filozoficznie. Moje „Boogie Street” wciąż walczy we mnie o lepsze, ale to ja jestem coraz częściej górą. Pracuję nad tym, żeby wyciągać wnioski z doświadczeń, uczyć się na błędach, czerpać z tego, co tu i teraz, co najlepsze z życia, relacji. Uczę się, jak być lepszym człowiekiem dla siebie i dla innych. Wierzę głęboko, że to możliwe. Muzyka daje mi poczucie uczestniczenia z resztą świata w zbiorowym dojrzewaniu. Jest moim pomostem. Kiedy 10 lat temu dostałam „Księgę tęsknoty”, było zdecydowanie za wcześnie, to nie był jeszcze ten moment. Wcześniej śpiewałam głównie swoje piosenki. Musiałam zrozumieć, że można mówić swoim głosem również przez czyjeś słowa i nuty i wtedy widać wszystko z innej strony. I dopiero wiele stron daje nam pełnię. Do wszystkiego trzeba dorosnąć. 

Wielu osobom kojarzysz się przede wszystkim z piosenką „Babę zesłał Bóg”.

Mam cudowną publiczność, która rozpieszcza mnie od lat. Przychodzi na moje koncerty, upomina się o swoje ulubione piosenki. Jedną z nich była zawsze „Babę zesłał Bóg”. Wydawało mi się, że fajnie byłoby, gdyby wszyscy zwracali uwagę najbardziej na te nowsze, które właśnie stworzyłam. Fajnie jest się rozwijać, robić kolejne nowe rzeczy. Stwierdziłam jednak w końcu, że to też część mnie, część mojego życia. Trochę jak kupienie ubrań w większym rozmiarze, gdy się nie jest już dzieckiem. Nie robi się z tego nie wiadomo jakiej tragedii, a dzieciństwo wspomina z pewną pobłażliwością i sentymentem. Przearanżowałam ten utwór. Śpiewam go w nowy sposób, dla mnie świeży i w ten sposób ciągle mnie to bawi. Nie ma się co buntować. A robiłam to.

Wiem, że wiele z moich piosenek towarzyszy ludziom w ważnych chwilach. Mam sporo takich, o które publiczność się upomina. Wzrusza mnie to, że są dla nich ważne. Przychodzą po koncertach i opowiadają mi swoje historie. Cudownie było słyszeć, że poczęło się przy moich piosenkach kilkoro dzieci, że pary poznawały się na koncercie i od tej pory obchodzą kolejne rocznice na koncertach, przyprowadzają swoich bliskich, dzieci, przyjaciół. Dzielą się tym jak czymś ważnym. To nadaje sens mojemu byciu na scenie, że to, co robię z sercem, kogoś wzrusza.

A gdybyś miała porównać tę Renatę dawniej i dziś, to co byś powiedziała?

Że trochę się rozwinęła:-) Człowiek nie jest w stanie zatrzymać się w jakimś momencie albo wziąć sobie tylko te najlepsze fragmenty siebie i czasu. Jest zbudowany z tego, co było i co jest. Z tego, jak się rozwijał, uczył na błędach, jak budował relacje. To nas kształtuje, to sprawia, że teraz jesteśmy właśnie tacy. Nie pamiętamy życia dokładnie, ale pamiętamy te chwile najintensywniej przeżyte. Wszystko jest w nas, świadomie lub podświadomie, i się odzywa. Dobrze, jak jesteśmy z tym życiem pogodzeni, potrafimy czerpać z niego radość. Nie byłoby mnie takiej, gdyby nie moja przeszłość, nawet ta, którą lubię mniej.

A pozwalasz sobie czasem wybiec w przyszłość? Zastanawiać się, co to będzie?

Ten temat zajmuje częściej moją głowę, odkąd mam dziecko. Zastanawiam się czasem nad tym, czy jestem w stanie wpłynąć na przyszłość córki, ułatwić jej cokolwiek, wprowadzić w życie mądrze i pomóc jej uniknąć niektórych moich błędów. Córka jest twoją największą fanką? Tak, myślę, że rzeczywiście moje dziecko jest moim największym fanem, bo bardzo się kochamy i wspieramy, mamy dobry kontakt. Nie wszystko co śpiewam jej się podoba, ale zawsze jest po mojej stronie.

Gdyby chciała pójść w twoje ślady, zabronisz?


Nie będę jej niczego zabraniać, wybierze sobie swoją drogę. W zasadzie już wybrała. Stwierdziła, że będzie przedszkolanką i konsekwentnie do tego dąży. Uwielbia małe dzieci, ma z nimi cudowny kontakt i ewidentny dar. Ja sama długo nie wiedziałam, co chcę robić w życiu. Muzyka miała być dodatkiem, a nie bazą. Jak życie pokazuje, nie wszystko da się przewidzieć. Najważniejsze, by cokolwiek wybierzemy, robić z sercem.

Co tobie daje macierzyństwo?


Szybko zdałam sobie sprawę, że wychowanie to najtrudniejsza rzecz na świecie. W momencie kiedy stajemy się rodzicami, jesteśmy nimi do końca życia. To się nie zmieni nigdy. Jestem innym człowiekiem, chyba mniej egoistycznym. Nie wiem, o ile mniej, ale dużo mniej. Wiem, że żyję nie tylko dla siebie, że bycie mamą to największa z nauk bezwarunkowej miłości jaka istnieje. Dla mnie to było olśnienie, rodzaj pełni. Goniłam za muzyką, czułam się spełniona zawodowo, czułam akceptację ludzi, ale w tym momencie pootwierały się drzwi, o których nie miałam pojęcia. Teraz mam wszystko, czego potrzebuję. Pełną rodzinę, rzeszę oddanych fanów, którzy kochają te piosenki. Chwilo, trwaj! Trudno wyobrazić sobie lepszą sytuację.

Mam wrażenie, że ty jednak nigdy w tym, co robiłaś, nie goniłaś za karierą?

To, co robiłam, zawsze wynikało z potrzeby serca, pasji. To mój rodzaj komunikowania się ze światem. Kiedy powstaje piosenka, najpierw to mnie musi sprawiać przyjemność. Muszę mieć poczucie, że to moje, że to przyjemne dla ucha, dla serca. A potem się dzielę tym z ludźmi, oczekując, że ci, co podobnie myślą, zareagują. Cieszę się, że życie tak się potoczyło, ze nie musiałam szukać innego źródła utrzymania, że mogę oddać się muzyce. Pewnie mogłabym robić też inne rzeczy. Jestem filologiem słowiańskim i technikiem ekonomistą, umiem szyć i robić na drutach. Poradziłabym sobie w życiu bez śpiewania, ale na szczęście nie muszę (śmiech). Nie wyobrażam sobie też sytuacji, że jestem kimś, kto robi coś na konkretne zamówienie niezgodne z moim gustem. Zrobiłabym to pewnie źle i nikt by mnie więcej nie wziął( śmiech).

Był moment kiedy chciałaś zostawić muzykę?


Nigdy w życiu. Był taki moment 10 lat temu kiedy obawiałam się, że to muzyka mi powie dość. Miałam ostrą infekcję zatok, przewlekły stan zapalny i gronkowca. Diagnoza, jaką postawiono, to trwała niedomykalność strun głosowych. Całe szczęście pani doktor się myliła. Udało się w innym miejscu trafnie postawić diagnozę. Przez parę miesięcy jednak czułam jak to jest, kiedy nie mogę robić tego, co sprawia mi radość i było wcześniej dość oczywiste. Śpiewałam dziecku kołysanki i słyszałam, że fałszuję. To był dla mnie dramat, bo przekonałam się wtedy, jak dużo tej muzyki w moim życiu było.

Na szczęście okazało się, że da się to wyleczyć, tylko zupełnie inaczej i że nie wolno się poddawać. Część mojej choroby była leczona operacyjnie, a gronkowiec homeopatycznie. Jestem zwolenniczką metod naturalnych i żywym przykładem, że się da. Mój głos jest dużo mocniejszy niż przed chorobą.

Jakie myśli przychodziły ci do głowy podczas choroby? Myślałaś o tym, że być może będziesz musiała wybrać inny zawód?

Studia filologiczne skończyłam dawno temu, więc wolałabym nie stawać przed takimi wyborami. Jeżeli nie byłabym czynna wokalnie, scenicznie, to i tak miałabym pewnie kontakt z muzyką przez komponowanie. Cieszę się, że stało się jak się stało i że wyszłam z tego. Nie ma przypadków, a wiara czyni cuda. Wierzę, że są nam zsyłane sytuacje, ale też ludzie, którzy stają na naszej drodze. Kiedy ich potrzebujemy, pokazują nam następny krok. Teraz na pewno jestem silniejsza.

Nawet ci lekarze i prawnicy, którzy – jak śmiałaś się w jednym z wywiadów – nie rozpoznawali cię?

To prawda (śmiech). Na szczęście ci, od których zależało moje życie, byli trochę lepiej zorientowani. Dwie branże: lekarze i prawnicy nie słuchają aż tak bardzo mojej muzyki, pewnie nie tylko mojej, są skupieni na swojej pracy. Zresztą żadna ze mnie Maryla Rodowicz czy Madonna, żeby wszyscy wiedzieli jak wyglądam, kim jestem. Nie mam takiej potrzeby, żeby cały świat musiał mnie znać. Nie oburzam się na to, choć czasem byłoby wygodniej, gdyby ktoś wiedział, tak jak wtedy kiedy miałam operowane zatoki. Niedelikatnie przeprowadzona intubacja mogłaby mi podrażnić krtań, ale cudowne panie nasmarowały rurę podwójnie, kiedy mnie poznały (śmiech).
Na płycie „Boogie Street” znalazło się 13 piosenek (fot. mat. pras.)
Wracając do Cohena. Jestem ciekawa, jak pracowałaś nad tymi piosenkami?

Z wiekiem jestem coraz bardziej skupiona, cierpliwa i zdyscyplinowana(śmiech). Obserwuję, badam swoje możliwości, jestem otwarta na nowe. Fajnie jest poszerzać to, co zostało dane jako baza, fajnie jest poczuć, jak wiele można zrobić. Lubię eksperymenty. Kiedy pojawia się sytuacja do zrobienia kolejnego kroku. Trzeba było dużo pracować z nutami, z zespołem, dopieszczać każdy dźwięk. Cudownie było poczuć moc dopracowanego współbrzmienia. Po raz pierwszy pracowałam z innymi wokalistkami w piosenkach opracowanych na głosy. Magda i Sylwia idealnie wpasowały się w konwencję, mają duże doświadczenie i naturalny wdzięk. A ja nie sądziłam, że tak spodoba mi się harmonizowanie i że to takie przyjemne. Piosenki są świetnie zrobione, mają odpowiednią dramaturgię.

Ogromne podziękowania należą się Krzysztofowi Herdzinowi, który zrobił aranżacje - są idealnie dostosowane do tekstu, melodyjne, bardzo muzyczne. Daniel Wyszogrodzki uniósł mądrość i głębię tekstów Cohena ujmując to w takie słowa i takie rymy, że one brzmią idealnie w muzyce. Ukłony należą się także dla zespołu Teatru Starego w Lublinie i zespołu muzycznego pod kierownictwem Piotra Selima. Byliśmy bardzo zgraną ekipą, wszyscy zapaleni do pracy, punktualni i pełni pomysłów. Mam cudownego partnera scenicznego, wspaniałego aktora krakowskiego Wojtka Leonowicza. A reżyserowała nas czysta fantazja w postaci Iwony Jery. Ta dobra energia wpłynęła na to, jak to jest zagrane, zaśpiewane. Pięć tygodni przygotowań wystarczyło, niczego wcześniej tak porządnie nie przygotowywałam. Płyta się tak naprawdę sama nagrała „na żywca”. Nagraliśmy namówieni przez publiczność ostatnie trzy spektakle popremierowe.
Płyta z piosenkami Cohena to zapis utworów wykonanych podczas spektaklu o tym samym tytule (fot.mat.pras./Dorota Awiorko)
Jest taka anegdota o pewnej śpiewaczce operowej, która na pytanie „Co człowiek powinien robić w życiu?” odpowiedziała, że osiem godzin spać, osiem pracować i osiem się bawić, a ona osiem śpi i 16 się bawi. Co ty na to?

Świetny pomysł. Jestem fanką takiego podejścia. Jak wybierzesz pracę, którą kochasz, to nie będziesz całe życie pracował. Dla mnie występ, próba, czy nagrania to nie jest praca sensu stricte. To jest wielka przyjemność. Męczące bywają dojazdy.

Czego ci życzyć?

Zdrowia i niech wszystko układa się jak dotąd. To co robię ma sens, kiedy robi się to dla kogoś. Ta praca, ten zawód polega na dzieleniu się. Jak ma się z kim to można spokojnie spać te dodatkowe 8 godzin:-)

Wybrane dla Ciebie