TYLKO U NAS

Z korporacji do teatru. „Gdy mówię, co robię, niektórzy szeroko otwierają oczy"

Marta Kawczyńska aktualizacja: 11:18 wyślijdrukuj
Dagmara Bąk jest aktorką Teatru Małego Widza (fot. mat. pras.)

– To, co robimy w dużej mierze opiera się na kolorach, dźwiękach, zapachach, na odbieraniu tego, co chcemy przekazać w sensualny sposób – mówi Dagmara Bąk, aktorka Teatru Małego Widza. W tym teatrze nigdy nie gasną światła, nie ma wyraźnego podziału na widownię i scenę, często brakuje też słów, a najmłodszy widz ma rok. W poniedziałek obchodzony jest Światowy Dzień Teatru dla Dzieci i Młodzieży.

Stołeczne Centrum Edukacji Kulturalnej przy ulicy Jezuickiej. To właśnie tu mieszczą się sale, w których grane są spektakle dla najmłodszej widowni. Już za chwilę spektakl „Cztery pory roku” obejrzy grupa przedszkolaków. Dagmara przygotowuje się do występu. Przypomina sobie kilka kroków, ustala z Izą Lamik, która zadba o oprawę muzyczną, kiedy jaki dźwięk się pojawi. Za drzwiami słychać już głosy dzieci. – Czasem się zastanawiam, kto jest bardziej podekscytowany. Czy my, czy dzieciaki – śmieje się Dagmara.
Mali widzowie mogą brać czynny udział w spektaklach (fot. mat. pras.)
„Teatr dla tak małego widza? To niemożliwe”

Jej przygoda z Teatrem Małego Widza rozpoczęła się jak stwierdza bardzo prozaicznie. – Odpowiedziałam na zaproszenie Agnieszki Czekierdy, dyrektorki teatru. Przyszłam na casting, dowiedziałam się co tu się robi i zostałam – mówi. Gdy opowiada znajomym, że gra dla dzieci od roku do lat pięciu, niektórzy robią wielkie oczy. Z taką samą reakcją spotykała się jej szefowa, gdy rozkręcała teatr.

Czekierda zanim go stworzyła pracowała w korporacji, prowadziła szkolenia z przemówień publicznych. W pewnym momencie wpadła na pomysł, aby stworzyć spektakle właśnie dla takich maluchów. Był rok 2011. Aby przekonać się, czy to działa zaczęła jeździć po żłobkach i przedszkolach. Sprawdzać jak reagują dzieci, co je interesuje, co nudzi. Dziś Czekierda mieszka poza granicami Polski, wciąż trzyma pieczę nad teatrem, ale pozwala, aby jej ekipa również miała coraz więcej do powiedzenia.

– Na początku, gdy Agnieszka zaczynała, reakcja była bardzo podobna. „Teatr dla tak małego widza? To niemożliwe!”, a jednak okazało się to możliwe i co więcej coraz bardziej się rozkręca – mówi Dagmara.
Podczas spektakli wykonywana jest muzyka na żywo (fot. mat. pras.)
Testy w żłobkach

Gdy wszystkie dzieci pozbyły się już ciężkich zimowych ubrań, skorzystały z toalety, wchodzą na salę, w której będzie wystawiany spektakl. Nie ma w niej wyraźnego podziału na scenę i widownię, nie ma głośnej muzyki, zbyt wygaszonych świateł. Wszyscy siedzą na wygodnych poduszkach, nie muszą zadzierać głowy, bo aktorzy jak to bywa w przedstawieniach, które wystawiane są w przedszkolach, stoją nad nimi.

– To jak gramy, jak te spektakle wyglądają zostało przetestowane przez Agnieszkę, gdy jeździła po zaprzyjaźnionych żłobkach i przedszkolach. Najważniejsza w tym, co robimy jest pewnego rodzaju misyjność. Pewnie to dziwnie zabrzmi, ale tak jest. Dużo między sobą rozmawiamy na temat tego jak zmienić, jakość teatru dla dzieci w Polsce. Kto z nas nie pamięta przedstawień, ludzi, którzy przychodzili do naszych żłobków, przedszkoli, czy szkół i wystawiali coś, co w ogóle nie było dopasowane do naszego wieku, a czasem widać było, że sami aktorzy są wyraźnie znudzeni tym, co robią – tłumaczy Dagmara.

O nudzie podczas przedstawienia, które właśnie się rozpoczyna, nie ma mowy nawet przez chwilę. Już po kilku minutach dzieciom trudno jest usiedzieć w jednym miejscu. Nieporadnie biją brawo, gdy tańczy, śmieją się, gdy robi „a ku ku” zza rozwieszonego na sznurkach prześcieradła, a gdy z wielkiej miski zaczynają wydobywać się bańki mydlane tupią nogami i podrywają się z miejsc chcąc je razem z nią łapać.

– Reakcja dzieci jest dla nas zawsze oceną naszej pracy. To jest niesamowite uczucie, gdy na widowni słyszysz spontaniczne oklaski tych małych rączek, które często jeszcze nie trafiają jedna w drugą, gdy ktoś krzyczy żebym uważała. W spektaklu „Cztery pory roku” jest taki moment, gdy próbuję założyć płaszcz przeciwdeszczowy przypięty spinaczami do sznurka, siłuję się z nim, bo nie zauważyłam, że powinnam go odpiąć. Często bywa tak, że któreś z dzieci podpowiada mi, co powinnam zrobić – opowiada Dagmara.
„Sensoryczny Labirynt Muzyczny” to jedno z najbardziej obleganych spektakli (fot. mat. pras.)
Polowanie na bilety

Emocje z każdą minutą narastają, dlatego też spektakle nie trwają dłużej niż 30 minut. – Często bywa tak, że gdy pojawiają się ich spontaniczne reakcje, są uciszane lub usadzane przez opiekunów albo rodziców, bo przecież dorosły tupiący w teatrze nie byłby mile widziany. My zawsze uspokajamy i mówimy, że takie reakcje są mile widziane, to potwierdzenie, że dzieciom się podoba. Trzylatek zawsze jest szczery. Od razu powie ci, że jest czymś zachwycony albo stwierdzi, że to nudne. Ta szczerość jest w tym wszystkim najpiękniejsza – wyznaje Dagmara.

Gdy sześć lat temu Teatr Małego Widza powstawał nikt nie dawał mu zbyt dużych szans na „przeżycie”. Znajomi Czekierdy kręcili nosem a to na za drogie bilety, a to na kiepską lokalizację. Dziś rocznie wystawianych jest ok. 600 spektakli dla ponad 50 tysięcy widzów. Bilety na przedstawienia wyprzedają się bardzo szybko, a na niektóre spektakle jak chociażby „Sensoryczny Labirynt Muzyczny”, podczas którego widzowie poruszają się po rożnych wnętrzach, odbywa się prawdziwe polowanie. – Zdarza się, że kupowane są cztery bilety i tylko jeden dla dziecka, bo reszta to rodzice i babcia albo dziadek. Nie ograniczamy wiekowo naszych widzów. Widzimy, że świetnie czują się u nas zarówno mali, jak i duzi – mówi Dagmara.
Buziak od malucha

Podczas przedstawień wykorzystywane są rekwizyty, które można kupić w każdym sklepie. Piórka, grzechotki, rurki, garnki służą po zakończonym spektaklu do wspólnej zabawy. – Jeśli dzieciaki same jeszcze nie ruszyły, to zachęcamy je do wspólnej zabawy, do tego, aby te skumulowane podczas spektaklu emocje miały swoje ujście – tłumaczy Dagmara.

Spektakle grane są zarówno dla widzów indywidualnych, jak i dla zorganizowanych grup. – Odwiedzamy przedszkola, żłobki, domy dziecka czy ośrodki dla niepełnosprawnych – mówi. Pytana o to, co sprawia, że chce się to robić, bez namysłu odpowiada, że trzeba lubić dzieci i lubić się wygłupiać. – Trzeba mieć w sobie dzieciaka, bo bez tego się nie da. Kiedyś w żłobku przecisnął się do mnie przez tłumek kolegów chłopiec i dał mi buzi. To chyba najlepsze potwierdzenie tego, że warto to robić – mówi.

Wybrane dla Ciebie