TYLKO U NAS

„Zdrowaśki pomogły”. Polak wygrał maraton na zamarzniętym Bajkale

łz aktualizacja: 10:20 wyślijdrukuj
fot
Bartosz Mazerski wygrał Baikal Ice Marathon i pobił rekord trasy (fot. arch. pryw.)

Bartoszowi Mazerskiemu nie wystarczają zwykłe maratony na asfalcie. Specjalizuje się w ekstremalnych biegach. Trzy lata temu wygrał maraton na Antarktydzie, teraz powtórzył ten sukces w Baikal Ice Marathon. Po Bajkale zamierzał pobiec już rok temu, ale dwa dni przed zawodami złamał nogę. – Czułem, że pękła mi nie tylko noga, ale i serce. Powiedziałem sobie, że muszę tu wrócić. Wróciłem i wygrałem – opowiada portalowi tvp.info 40-letni sztumianin.

Jest pan uzależniony od adrenaliny?

Zdecydowanie tak. Przyjaciele mówią, że cały czas jej potrzebuję, że coś musi się dziać wokół. Nie uprawiam sportów ekstremalnych, ale moim marzeniem jest choćby skok ze spadochronem czy posiadanie motoru, ale nie jakiegoś ścigacza. Cały czas się skupiałem na bieganiu, które zabiera dużo czasu. W każdy weekend, jak nie mam treningu, to startuję w zawodach. Brakuje czasu na inne sporty.

Pierwiastek ekstremalności w panu drzemie?

Tak, ale wszystko w granicach rozsądku. Narażanie życia to nie moja działka. Zresztą sam maraton można śmiało zaliczyć do sportów ekstremalnych. Bieg na 42,195 km to ogromne obciążenie dla organizmu. Kto nie przebiegł maratonu, ten nie wie, jak to wygląda. Bez przygotowania nie można go pokonać, bo może to się skończyć śmiercią. Tak było choćby w tym roku na Bajkale, gdzie rosyjski biegacz zmarł na 39. kilometrze, ledwie 2 kilometry przed metą. Tak więc to moje zwycięstwo jest w cieniu tragedii.

Ciągnie pana do modnych ostatnio biegów ultra?

Faktycznie, jest ostatnio dużo ciekawych zawodów, jak choćby w Dolinie Śmierci, ale nie ciągnie mnie do nich. Miałem kłopoty z sercem, kiedyś startowałem w upale i mój organizm bardzo źle to zniósł. Dlatego też teraz raczej unikam takich zawodów, wolę chłodniejsze klimaty.

Dlaczego akurat Baikal Ice Marathon?

Historia z Bajkałem dość prosta. Pasję biegania łączę z pasją podróżowania. Tata jest trenerem, również nauczycielem geografii. Mama też. Od 10. roku życia biegałem, chciałem pokonywać maratony. Pierwszy maraton ukończyłem w 2001 roku w wieku 25 lat w Warszawie i go zresztą wygrałem z czasem 2:24.45. Jednocześnie zawsze mnie fascynował świat. Ja szukałem różnych biegów, one szukały mnie. Tak było choćby w Korei Północnej czy w Casablance. Koledzy raz spytali mnie, czy chcę pobiec w Korei Północnej, bez chwili wytchnienia powiedziałem: tak. Pomógł mi również poziom, który osiągnąłem. Jak miałem życiówkę 2:18 w maratonie, to mnie organizatorzy zaczęli zapraszać. Grzechem byłoby nie skorzystać. Jak wyjazd jest udany, to jest dobrze, jak można pozwiedzać – jeszcze lepiej, a jak się uda zarobić, to w ogóle najlepiej.
Na trasie doszło do tragedii, jeden z zawodników zmarł (fot. arch. pryw.)
Jeżeli chodzi o Bajkał, 10 lat temu w Domu Sybiraka w Szymbarku na Kaszubach zobaczyłem przepiękne zdjęcia tego jeziora, o rożnych porach roku. Zamarzyłem sobie, żeby tam pojechać. Dowiedziałem się, że tam również organizowany jest maraton. W zeszłym roku pojechałem pierwszy raz, niestety dwa dni przed maratonem złamałem nogę. Czułem, że pękła mi nie tylko noga, ale i serce. Powiedziałem sobie, że muszę tu wrócić i wróciłem.

Rok temu wygrał Piotr Hercog, którego dopingował pan stojąc przy trasie. Pozazdrościł mu pan wyniku i postanowił go skopiować?

Nie. Widać tak musiało być. Szczerze – nie zazdrościłem. Nie zazdrościłem im choćby pogody, była bardzo niesprzyjająca. Był wiatr, dużo śniegu, świadczy o tym choćby czas 3:50. Ja się nie boję wiatru i zimna, ale nie lubię biegać w piachu po kostki.

Uświadomił sobie już pan, że wygrał i pobił rekord trasy?

Zawsze jestem krytyczny wobec siebie, ale uważam, że odniosłem bardzo duży sukces. Niestety, ludzie już go umniejszają, twierdzą, że nie było dobrych rywali. Znam wielu świetnych maratończyków, którzy nic nie wygrali. Każde zwycięstwo to ogromny sukces. Tu nie było listy startowej, nie było wiadomo, kto będzie startował, z jakim czasem. Człowiek nie wie, czego może się spodziewać. Wynik 2:53.26 mnie zaskoczył. O rekord trasy zacząłem walczyć około 35. kilometra, będąc ciągle około minuty w tyle. Postawiłem wszystko na jedną kartę, przyspieszyłem i się udało.

Jak wyglądała trasa?

Pług zrobił ścieżkę o szerokości dwóch metrów, warstwa śniegu wynosiła 2-3 centymetry. Było też dużo nierówności, takiego poszarpanego lodu. Gospodarz, u którego mieszkaliśmy, powiedział nam, że niedawno była odwilż. Potem znów złapał mróz, w efekcie lód popękał i powychodziły wybrzuszenia. Trzeba było być skoncentrowanym, żeby źle nie postawić nogi i jej nie skręcić. Były też szczeliny w lodzie, trzeba było biegać po deskach, choć sędziowie sugerowali, żeby po nich przechodzić.
Mazerski chciał wystartować już rok temu, ale dwa dni przed biegiem złamał nogę (fot. arch. pryw.)
Wiatr mocno przeszkadzał?

Wiał z prędkością około 3 m na sekundę. Było go czuć, ale nie był szczególnie uciążliwy. Na trasie półmaratonu chowałem się za Rosjanami i biegło mi się dobrze. Niezbędne były natomiast okulary, miałem takie zwykłe biegowe i się sprawdziły. Narciarskich gogli nie potrzebowałem. Pewnie byłyby potrzebne, gdyby była zamieć. Na trasie bez okularów człowiek by oślepł. Nie dość, że świeciło ostre słońce, to jeszcze odbijało się od śniegu. Jak przez chwilę biegłem bez okularów, to mnie oczy zaraz zaczęły boleć i nic nie widziałem.

Rok temu maratończyk Maciej Florczak opowiadał mi, że na mrozie kominiarka zamieniła się w bryłę lodu. Teraz też to pana spotkało?

Nie, rok temu warunki były bardzo ciężkie, w tym o niebo lepsze. Teraz na siódmym kilometrze zamarzły mi jedynie bidony z izotonikiem. Zostawiłem je na mecie półmaratonu. Śmiecenie jest zakazane i organizatorzy bardzo na to uczulali. Zresztą na Antarktydzie, gdzie kiedyś biegłem, groziła za to dyskwalifikacja.

Kryzysy na pewno się musiały pojawić na trasie. Jak sobie pan z nimi radził? To było klepanie w uda, medytacja, czy po prostu biegł pan przed siebie?

Nie miałem jakichś poważnych kryzysów. Dla tego startu poświęciłem pół roku i byłem bardzo dobrze przygotowany. Obyło się bez kryzysów energetycznych, mięśniowych. Ze wszystkim trafiłem w dziesiątkę. Także ze strojami. Na starcie było minus 12 stopni Celsjusza, miałem dwie pary getrów, ale stwierdziłem, że będzie za gorąco jak wyjdzie słońce. Założyłem więc kompresy do kolan i leginsy. Na pierwszych 10 km trochę mi marzły uda, ale potem się rozgrzałem. Odmrożenia?

Trochę palce i części intymne. Start został przesunięty o półtorej godziny, opiłem się kawy i wody i potem musiałem zatrzymywać na trasie, żeby się załatwić. Wtedy, owszem, robiło się bardzo nieprzyjemnie.

Co najbardziej doskwierało na trasie – zimno, wiatr, ruszający się i pękający lód?

Nic mi nie przeszkadzało, co najwyżej dźwiganie ekwipunku było niekomfortowe. Miałem pas z żelami, bidonami. Jak je zostawiłem na mecie półmaratonu, to potem już biegło się lekko.
Polak wyprzedził kolejnego zawodnika na mecie o ponad 10 minut (fot. arch. pryw.)
Co przychodzi do głowy, jak się biegnie po lodzie przy minus 7 stopniach?

Krążą myśli. Czasem zdrowaśkę zmówię, ale przede wszystkim trzeba być skoncentrowanym na trasie, baczyć na nierówności. Trzeba pilnować, żeby się nawadniać i uzupełniać żele energetyczne.

Maciej Florczak opowiadał mi rok temu, że podśpiewywał piosenkę Elektrycznych Gitar „Co ja robię tu”.

Nie śpiewałem, ale też zadawałem sobie to pytania egzystencjalne. Zastanawiało mnie choćby, dlaczego rok temu złamałem nogę, a teraz pogoda mi sprzyja i mam szansę na rekord trasy.

Zdrowaśki najwyraźniej pomogły. Czuł pan pomoc z góry?

Zawsze ją czuję.

Jak się zmusza organizm do dalszego wysiłku podczas ekstremalnych zawodów, kiedy jest się na granicy wytrzymałości?

Jest takie powiedzenie, że jak już nogi nie mogą, to biegnie serce i tak jest też w moim przypadku. Dochodzi wtedy dodatkowa motywacja.

Lubi pan testować siłę charakteru?

Tak, choć kosztuje to dużo zdrowia. Na 35. kilometrze, kiedy przyspieszyłem, musiałem wydobyć resztkę sił. Widziałem już metę, przy której stał ogromny hotel, a jeszcze miałem do pokonania siedem kilometrów. Czas uciekał, a trzeba było przyspieszać i dawać z siebie wszystko. Lubię ten stan.

Dwa lata temu na Bajkale załamał się lód pod synem byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Utonął. Bał się pan, że wpadnie pan do najgłębszego jeziora świata i zginie?

Jest zawsze taka obawa, ale ufaliśmy organizatorom, którzy informowali, jakie są warunki, gdzie są szczeliny.
Widoki na trasie zapierają dech w piersiach (fot. arch. pryw.)
Jak zostaliście przyjęci w Rosji?

Nie dam złego słowa powiedzieć o Rosjanach. Bardzo przyjaźni ludzie, pomocni, sympatyczni. Mieszkałem u gospodarza polskiego pochodzenia Edwarda Rakowskiego, który prowadzi agroturystykę w wiosce buriackiej Balszoje Gołoustnoje. To stara wioska rybacka nad Bajkałem, widoki przecudne. Byłem w tym samym miejscu, co rok temu z Darkiem Kiełbasą i Darkiem Jakubowskim. Oni mieli to szczęście, że mogli wówczas wystartować i zajęli bardzo dobre 4. i 18. miejsce. Był jednak pewien zgrzyt. Ja za zwycięstwo otrzymałem duży puchar, dyplom, ale pozostali zawodnicy mogli być rozczarowani, bo choć rok temu każdy otrzymał medal, to teraz były tylko pamiątkowe koszulki, zdecydowanie za mało. Biorąc pod uwagę, że startowe wynosiło aż 560 euro, to moim zdaniem liche nagrody dla uczestników były lekkim przegięciem.

Robert Sadowski opowiadał mi, że dwa lata temu śledzili go milicjanci, a jeden tajniak wszedł nawet za nim do toalety. Spotkało pana albo kogoś z pana kompanów coś podobnego?

Nie, nic takiego mnie nie spotkało.

A jakieś ciekawe przygody spotkały pana w Rosji, już nie z punktu widzenia biegacza, a turysty, podróżnika?

Przygody niekoniecznie, ale było zaskoczenie. Zupełnie inaczej sobie wyobrażałem standard życia w Rosji. Asortyment w sklepach jest dobry, ale i ceny wysokie, chyba nawet wyższe niż w Polsce. Tam wcale nie jest tak tanio jak by się mogło wydawać i nie ma aż takiej biedy. Ludzie średnio zarabiają na nasze około dwóch tysięcy złotych.

Brakuje panu pokonania maratonu rozgrywanego w Ameryce Południowej, żeby zdobyć Koronę Maratonów Ziemi. Kiedy uda się to dopiąć?

Mam plan, żeby zrobić to w 2018 roku. Nie chcę zdradzić, gdzie, ale już poczyniłem przygotowania. Łącznie ukończyłem już ponad 30 maratonów, większość w czasie poniżej 2:30. Mój rekord to 2:18.25, osiągnięty we francuskim La Rochelle, ale jakoś nigdy nie zawitałem do Ameryki Południowej.
Startował pan między innymi w Korei Północnej. Jak wspomnienia?

Tam na każdym kroku mieliśmy ogon. Startowałem w okolicach Wielkanocy w 2007 r., rok przed igrzyskami w Pekinie. Na lotnisku w Pekinie spotkaliśmy polskiego konsula. Spytał, gdzie lecimy. Jak powiedzieliśmy, że do Korei Północnej, wyraził zdziwienie, że nikt go nie uprzedził. Dostaliśmy zaproszenie do konsula na obiad wielkanocny, ale że start był w niedzielę, wiec spotkaliśmy się w poniedziałek. Śmialiśmy się, że zaraz będziemy mieli ogon i faktycznie, pojawił się.

Nie mogliśmy wychodzić na miasto. Mogliśmy tylko z opiekunką wychodzić 500 metrów przed hotel. W Pjongjangu wykręciłem czas 2:20.01, ale już nie pamiętam, które miejsce zająłem. Sporo Rosjan tam startowało, również Kenijczyków, ale wygrał wtedy Koreańczyk z czasem 2:12.



Pana rodzinny Sztum jest znany przede wszystkim z Zamku Krzyżackiego i zakładu karnego. Czuje się pan nową atrakcją miasta

Nie. Staram się promować Sztum, jak mogę. Zawsze biegnę z flagą. Śmieję się, że to mekka dla biegaczy z Pomorza, przyjeżdżają bowiem ludzie z Malborka, Kwidzyna, Elbląga. Biega też wielu miejscowych.

Jest pan nauczycielem wuefu w Szkole Podstawowej nr 2. Uczniowie są dumni z pana?

Na pewno. Ja też jestem dumny, że mogę tu pracować z ojcem. Zresztą to jest szkoła, do której sam chodziłem, moja mama w niej pracowała. Tu jest moje miejsce.

Wybrane dla Ciebie