TYLKO U NAS

Bawaria rozliczy się z nazizmu. Niemcy poznają bolesną historię

łz aktualizacja: 12:20 wyślijdrukuj
fot
Niemcy nadal nie rozliczyli się całkowicie z przeszłością (fot. Allgemeiner Deutscher Nachrichtendienst)

Nawet 70 proc. pracowników bawarskiego MSW, zatrudnionych w urzędzie po wojnie, było wcześniej członkami NSDAP – wykazał raport Instytutu Historii Współczesnej (IfZ) w Monachium. Odpowiednik niemieckiego IPN chce zbadać przeszłość innych urzędów w największym kraju związkowym. Naukowcy uważają, że wyniki mogą być porażające, co zwykle towarzyszy odkrywaniu bolesnej i niewygodnej historii.

Wymuszony przez mocarstwa proces denazyfikacyjny przebiegał nierównomiernie. Niemieckie urzędy potrzebowały wykwalifikowanej kadry i o ile kandydatami nie byli zbrodniarze, byli członkowie partii nazistowskiej mieli szansę na angaż. Zdarzało się nawet, że nie musieli się szczególnie kryć ze swoją przeszłością.

W poniedziałek szef IfZ w Monachium Andreas Wirsching oświadczył, że w ramach projektu naukowcy mają zbadać, jak wielu urzędników mianowanych, mających nazistowską przeszłość, zajmowało także po 1945 roku wysokie stanowiska we władzach państwowych.

Wymowna liczba

– Projekt badawczy ma być jednak czymś więcej niż tylko zestawieniem listy pracowników krajowych władz, którzy mieli legitymację NSDAP – wyjaśnił kierujący projektem szef IfZ cytowany przez Deutsche Welle. Przyznał, że liczba ta może być „bardzo wymowna”.

Wirsching wyjaśnił, że historycy mają zajmować się głównymi urzędami, takimi Kancelaria Państwa, Ministerstwo Finansów, Krajowy Urząd Kryminalny, Urząd Ochrony Konstytucji czy placówkami służby zdrowia. W drugiej fazie prześwietlone zostaną między innymi policja i szkolnictwo.
Naukowcy mają badać zarówno systemowe zatrudnianie urzędników splamionych brunatną przeszłością, jak i indywidualne przypadki. Szef IfZ przyznał, że spodziewa się drastycznych przykładów.

Skandaliczne przypadki

Historyk wskazał, że możliwe jest odkrycie wielu skandalicznych przypadków, takich jak historia mężczyzny ocalałego z Holokaustu, który na schodach prezydium policji spotkał policjanta maltretującego go w czasie wojny.

Wirsching podał także przykład Roma, który zwrócił się do urzędu zajmującego się zadośćuczynieniem dla ofiar narodowego socjalizmu. W budynku spotkał urzędnika, który w czasie wojny zarządził deportację jego rodziny. Urzędnik ten wydał potem decyzję stwierdzającą, że mężczyźnie nie należy się odszkodowanie.

Choć od klęski narodowego socjalizmu minęło ponad 70 lat, dopiero teraz Niemcy poznają skrzętnie skrywaną przez lata historię. Pojedyncze sygnały wskazują, że nazizm ogarnął w zasadzie każdy przejaw życia społecznego.
Wstydliwa przeszłość Bayernu

W ubiegłym roku filozof Markwart Herzog zbadał nieznane do tej pory oryginalne protokoły walnych zgromadzeń najbardziej utytułowanego niemieckiego klubu piłkarskiego, Bayernu Monachium, za czasów III Rzeszy.

Badacz doszedł do wniosku, że monachijski klub dostosował się do nazistowskiego reżimu tak samo, jak większość innych klubów. Nie tylko zdementował punkt widzenia prezentowany przez Bayern w ich klubowym muzeum, jakoby klub trzymał się od hitlerowców „długo na dystans”, ale wykazał, że Bayern wręcz miał wieść prym w krzewieniu zbrodniczej ideologii.

– Ogólnie rzecz biorąc musimy stwierdzić, że Bayern Monachium nie podążał żadną szczególną ścieżką – powiedział Herzog magazynowi „Der Spiegel”. Podkreślił, że w „kwestii aryjskiej” klub był „nawet bardziej faszystowski” niż inne kluby piłkarskie.

Wymuszona reakcja

Po publikacji w tygodniku władze Bayernu, w którym największą gwiazdą jest nasz Robert Lewandowski, zapowiedziały zbadanie swojej roli w czasach III Rzeszy. Na rozliczenie czeka wiele innych instytucji i aspektów życia w Niemczech po wojnie.
Miliony Niemców uległy Adolfowi Hitlerowi i jego zbrodniczej ideologii (fot. Bundesarchiv)
Nie da się ukryć, że oba powojenne niemieckie kraje – zarówno NRD, jak i RFN – miały wybitnie koniunkturalny stosunek do narzuconej przez zwycięskie mocarstwa denazyfikacji. Oficjalnie, zarówno w radzieckiej, jak i zachodnich strefach okupacyjnych, naziści mieli być wyrugowani z życia społecznego, w praktyce zdarzało się, że nawet zbrodniarze pełnili wysokie funkcje.

Faktycznie najsprawniej proces przebiegał w radzieckiej strefie, czyli późniejszym NRD, między innymi dlatego, że rządzili w nim komuniści i socjaliści, prześladowani przez nazistów. Po wojnie zatrzymano 67 179 osób, zaś uwolniono od zarzutów 8214. Odsetek uznanych za niewinnych wyniósł 12 proc. i był najniższy spośród wszystkich stref.

Najłaskawsi okazali się Brytyjczycy, którzy uwolnili od zarzutów ponad 53 proc. zatrzymanych. W amerykańskiej strefie odsetek ten wyniósł 46 proc., zaś we francuskiej – 42 proc.

Pięć kategorii

W brytyjskiej i amerykańskiej strefie podejrzani o przynależność do NSDAP i organizacji z nią powiązanych dzielono na pięć kategorii. Byli to: główni winni (Hauptschuldige), obciążeni (Belastete), obciążeni w mniejszym stopniu (Minderbelastete), współpodążający (Mitlaufer) oraz uwolnieni od zarzutów (Entlastete).
Kłopoty kadrowe sprawiły, że w konstytucji RFN wprowadzono artykuł 131, który zakłada dopuszczenie wszystkich osób, których nie zakwalifikowano do 1 lub 2 kategorii winnych, do służby urzędniczej. Osoby te określano jako „131er”.

Historycy zachodni na ogół krytycznie oceniają proces denazyfikacji, którego efektem jest choćby wspomniany niezwykle wysoki odsetek byłych nazistów w bawarskim MSW.

Dziurawe sito

Warto wspomnieć, że denazyfikacja w strefach zachodnich objęła łącznie 1,5 miliona obywateli III Rzeszy, tymczasem według szacunków łączna liczba członków organizacji uznanych przez Trybunał Norymberski za zbrodnicze sięgała około 5 milionów osób

Henryk Sołga w książce „Niemcy. Sądzący i sądzeni 1939-2000” zwrócił uwagę na łagodne traktowanie osób denazyfikowanych, którzy byli z reguły albo uwalniani od wszelkich zarzutów, albo kwalifikowani jedynie jako sympatycy.
Konsekwencją tego był fakt, że wielu aktywnych hitlerowców, wysokich funkcjonariuszy państwowych bądź partyjnych III Rzeszy, pozytywnie zdenazyfikowanych, brało potem równie aktywny udział w życiu politycznym, gospodarczym i naukowym Republiki Federalnej. Dotyczyło to nawet zbrodniarzy.

Grzech pierwotny

Grzechem pierwotnym denazyfikacji było powierzenie je przeprowadzenia organom składającym się z Niemców. Z tego powodu w RFN regularnie wybuchały skandale po ujawnianiu brunatnej przeszłości czołowych postaci życia politycznego, kulturalnego czy gospodarczego.

W latach 60. wybuchł skandal związany z Kurtem Georgem Kiesingerem, kanclerzem RFN w latach 1966-69, który 1948 roku został uwolniony od wszelkich zarzutów o współudział w zbrodniach nazistowskich przez komisję denazyfikacyjną.

Dziennikarka i łowczyni nazistów Beate Klarsfeld ustaliła, że od 1933 roku Kiesingier był członkiem NSDAP, zaś w latach 1940-45 piastował funkcję szefa działu propagandy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Żadnym tłumaczeniem jego haniebnej działalności w resorcie nie jest fakt, że zgłosił się do niego, żeby uniknąć poboru do Wehrmachtu.
SS-Gruppenfuehrer Heinz Reinefarth (z lewej) nigdy nie odpowiedział m.in. za Rzeź Woli (fot. Wiki)
Bezkarni zbrodniarze

Również władze okupacyjne w wielu przypadkach darowały brunatną przeszłość. Wielu członków SS i innych zbrodniczych organizacji po wybieleniu przeszłości działało głównie w sferze wywiadowczej, bezpieczeństwa i w przemyśle zbrojeniowym.

Umknąć odpowiedzialności udało się między innymi SS-Gruppenfuehrerowi Heinzowi Reinefarthowi, zbrodniarzowi wojennemu, który tłumił powstanie warszawskie. Dowodzone przez niego jednostki SS dokonały między innymi rzezi Woli, mordując około 50 tys. osób, w zdecydowanej większości cywilów.

Korzystając z chaosu, pod koniec wojny przebił się na Zachód Reinefarth. Władze polskie zażądały jego ekstradycji, ale zachodni alianci odmówili. Ocenili, że może się on przydać jako świadek w procesach norymberskich. Wprawdzie zbrodniarz był aresztowany przez pewien czas pod zarzutem zbrodni wojennych, ale sąd w Hamburgu zwolnił go, oceniając, że nie ma dość dowodów do skazania.

Po wojnie władze polskie wiele razy domagały się ekstradycji zbrodniarza, ale także władze RFN odmawiały. Przyznały mu nawet generalską rentę. Reinefarth został wybrany na burmistrza miasta Westerland na wyspie Sylt w północnych Niemczech, a także zasiadał w Landtagu w Szlezwiku-Holsztynie.
Rzeźnik Woli antyfaszystą?

„Ponieważ urodził się w Gnieźnie, miał kwalifikacje po temu, aby się stać działaczem Bund der Heimatvertriebene und Entrechteten (Związku Wypędzonych i Pozbawionych Praw). Nigdy nie stanął przed sądem i publicznie zaprzeczał, jakoby kiedykolwiek był członkiem SS” – zwrócił uwagę wybitny historyk Norman Davies w „Powstaniu ‘44”, który zaznaczył, że Reinefarth wręcz „zaczął twierdzić, że był bojownikiem antyfaszystowskiego ruchu oporu”.

W latach 70. zbrodniarza odwiedził polski dziennikarz Krzysztof Kąkolewski, który przygotowywał reportaże do książki o powojennych losach nazistów „Co u pana słychać?”. Reinefarth z wyraźną satysfakcją mówił, że nie poczuwa się do winy, sugerując, że za mordy odpowiadały jednostki Oskara Dirlewangera i Bronisława Kamińskiego.

Reinefarth zmarł w 1979 roku w swojej posiadłości, nigdy nie ponosząc odpowiedzialności za zbrodnie, podobnie jak wielu innych nazistów. Takich przykładów może kryć się wiele. Jedno jest pewne. Choć od wojny minęło ponad 70 lat, Niemcy jeszcze długo będą odkrywać mroczną przeszłość swoich przodków. Szkoda, że wielu z nich już nigdy nie poniesie za nią odpowiedzialności.

Nie będzie też przesadą zaryzykowanie stwierdzenia, że liczna obecność nazistów w aparacie władzy RFN co najmniej pośrednio przyczyniła się do powojennych prób wybielania III Rzeszy i zrzucania odpowiedzialności za zbrodnie na innych. Skutkuje to teraz między innymi skandalicznymi wypowiedziami o rzekomych „polskich obozach zagłady”.

Wybrane dla Ciebie