TYLKO U NAS

„Lepiej było zginąć młodym”. 50 lat temu odszedł Zbigniew Cybulski

Marta Kawczyńska aktualizacja: 08:00 wyślijdrukuj
Zbigniew Cybulski zmarł 8 stycznia 1967 roku (fot. arch.TVP/Wójcik)

Miał kompleksy na punkcie swoich nóg, marną dykcję i słabą pamięć. Notorycznie się spóźniał i cierpiał na nerwicę natręctw. Wzdychały do niego tysiące kobiet, a mężczyźni chcieli być tacy jak jego filmowy bohater, czyli Maciek Chełmicki. Zbigniew Cybulski zginął pod kołami pociągu dzień po otrzymaniu propozycji zagrania w amerykańskiej telewizji.

Jego ulubionym powiedzonkiem powtarzanym po rzeźbiarzu Xawerym Dunikowskim było to, że „trzeba umieć wąchać czas”. – Aktor powinien umieć wąchać widza, przejść przez rampę i wyczuć jego reakcję – mówił. Do swojej pracy podchodził z niebywałą perfekcją, wkładał w nią całego siebie. – Gdybym miała powiedzieć, co najbardziej zaskoczyło mnie w postaci Cybulskiego, którego większość z nas kojarzy głównie jako aktora legendę kina, w którym kochały się tysiące kobiet, a mężczyźni chcieli się do niego upodobnić, to byłoby to z pewnością to, że był człowiekiem aktywnym na wielu polach. We wszystko, co robił, wkładał swoją duszę, czy to było aktorstwo, czy harcerstwo, czy praca przy teatrzyku Bim-Bom, który reżyserował, czy tez zwykła pomoc ludziom. Był takim człowiekiem, czułym na to, co dzieje się wokół, bardzo mocno zaangażowanym – mówi Dorota Karaś, autorka biografii Cybulskiego „Podwójne salto”.
Mały Zbyszek Cybulski (fot. arch.pryw. Elżbiety Chwalibóg Cybulskiej)
Notorycznie się spóźniał

Gorzej było z podejściem do czasu. Wiecznie się spóźniał, nawet po kilka godzin, umawiał po dwa spotkania na tę samą godzinę, często też trzeba było go godzinami szukać. Gdy zmarł jego ojciec, nadano komunikat w radiu, by go znaleźć.

– Bogumił Kobiela, z którym Cybulski był bardzo mocno zaprzyjaźniony, mówił, że to jego podejście do czasu było bardzo specyficzne. Nie można tego było odbierać jako normalne spóźnienie. Rzeczywiście potrafił się o mniej więcej tej samej porze umawiać na dwa spotkania, nigdy nie przychodził na konkretną godzinę, a dwie, nawet trzy po czasie. Z drugiej strony, gdy trzeba było przyjść na plan, wywiązywał się z tego i przychodził tak jak trzeba. Gdy kręcono film „Do widzenia, do jutra”, cała ekipa mieszkała w Gdyni i rano zorientowano się, że Cybulski nie wrócił na noc do pokoju. Po gorączkowych poszukiwaniach stwierdzono, że zdjęcia trzeba rozpocząć bez niego. Pojechali do Gdańska i okazało się, że Zbyszek śpi w jakimś zakątku obok kościoła, właśnie po to, żeby zdążyć rano na plan. Obawiano się wypuszczać go na spotkania z widzami, bo bywało, że docierał naprawdę mocno spóźniony. Przez to ciągnęła się za nim fama niezbyt solidnego aktora, który nie dość, że się spóźnia, to, zwłaszcza jak to miało miejsce pod koniec jego życia, musi być wręcz wyciągany z knajpy, żeby na ten plan w ogóle trafił – opowiada Karaś.

W przeciwieństwie do reżyserów, których denerwował swoim spóźnialstwem, jego sympatycy potrafili czekać na niego godzinami. On sam panicznie bał się upływu czasu, żył intensywnie i ciągle był w biegu.
Chodził ciężko, na ugiętych kolanach, mrużył oczy. Trochę przypominał mi parobka
Mały Zbyszek na swoim ulubionym bujanym koniku (fot. arch.pryw. Elżbiety Chwalibóg Cybulskiej)
„W ostatnim liście pisałam do Ciebie w sprawie bielizny”

Cybulski był konserwatystą. Wyniósł to z rodzinnego domu. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. – Religijnej, patriotycznej, ale dosyć konserwatywnej, choć nowoczesnej, jeśli chodzi o prowadzenie gospodarstwa i stosunki z pracownikami. Majątek w Kniaziu, gdzie wychowywał się mały Zbyszek, gdy doszło do ataku Rosjan na Polskę, był jednym z nielicznych, w których ukraińska służba nie wydała swoich pracodawców, a wręcz ich broniła i wstawiła się za nimi. Nie wyrzucono ich stamtąd, ale opuścili go, bo wiedzieli, co się dzieje i jak to może się skończyć – mówi Karaś.

Konserwatyzm Cybulskiego brał się głównie z wychowania przez matkę Ewę Cybulską, która do końca życia była osobą bardzo zasadniczą, jak mawiano o niej „posągową polską patriotką”. – To głównie dzięki niej Zbyszek miał katolicki pogrzeb. Gdy przyjechał do rodziców ze swoją wówczas jeszcze narzeczoną Elżbietą Chwalibóg, nie do pomyślenia było, aby spała w tym samym pokoju ze Zbyszkiem czy jego bratem Antkiem – wspomina Karaś. Z drugiej strony państwo Cybulscy, choć nie do końca byli zadowoleni z wyboru jego drogi życiowej, wspierali go, jak mogli. – Cybulski zrezygnował ze szkoły handlowej, by zająć się aktorstwem. Jego rodzice nie przeciwstawili się jego decyzji, choć nie byli z niej zadowoleni. W listach, które do siebie w tamtym czasie pisywali, można znaleźć wiele pełnych etosu dobrych rad, wspierali go jak mogli także materialnie – dodaje Karaś.

„W ostatnim liście pisałam do Ciebie w sprawie bielizny, byś mnie przesłał brudną, a ja Tobie odwrotnie prześlę czystą. Przypuszczam, że ze skarpetkami masz kłopot, gdyż masz ich niewiele i pewno wszystkie podarte. Jeśli będziesz podsyłać, to posyłaj w paczkach, które ja Tobie przesyłam; łatwiej będzie zapakować, a poza tym będę miała w co pakować następne” – tak brzmi jeden z listów.
Kazali mu nosić spodnie ze „specjalnymi szelkami” aby „d…nie zwisała”
Cybulski w młodości był harcerzem (fot. arch.prywatne Elżbiety Chwalibóg Cybulskiej)
Kompleks nóg i specjalne szelki

Cybulski dopiero po filmie „Popiół i diament” zaczął być postrzegany jako amant. Nie lubił grać scen miłosnych. Gdy w 1964 roku kręcił szwedzki film „Kochać”, przekonywał reżysera, aby zrezygnował z większości scen erotycznych. Teresa Zwierzchowska, która znała go z lat szkolnych w Dzierżoniowie, wyznaje w książce, że za podrywacza i amanta uchodził brat Zbyszka, czyli Antek.

– Zbyszka poznałam później. Chodził ciężko, na ugiętych kolanach, mrużył oczy. Trochę przypominał mi parobka – mówi. Nieżyjąca już dziennikarka Wiesława Czapińska określiła Cybulskiego mianem „gorylowatego”. On sam, choć wiedział, jak zrobić wrażenie na dziewczynach, miał potworne kompleksy. – Była ich cała masa. Uważał, że ma za dużą głowę. Koledzy robili mu kawały i pod jego nieuwagę zmniejszali obwód czapki, wmawiając przy tym, że rzeczywiście głowa mu wciąż rośnie. Dopiero po dłuższym czasie zorientował się, że to żart. Gdy na zdjęciach próbnych usłyszał, że ma nieruchomą górną szczękę i aktora z niego nie będzie, próbował z tym walczyć – mówi Karaś.

Największym przekleństwem były dla niego nogi. Tu koledzy również nie darowali sobie żartów na ten temat. Kazali mu nosić spodnie ze „specjalnymi szelkami”, aby „d… nie zwisała”. Przez lata nie wychodził na plażę bez szlafroka, bo myślał, że i nogi, i zwisający tyłek są jego defektem. – Poprosił nawet żonę, aby uszyła mu spodnie, które optycznie wydłużą mu nogi. Gdy w połowie lat 60. okazało się niespodziewanie, że Cybulski ma zagrać u Wojciecha Hasa w „Rękopisie znalezionym w Saragossie", jego pierwsza reakcja była taka: „Ja z tą d… przy kolanach? Taką rolę?" – opowiada Karaś.
Nie odtwarzał tych samych sytuacji, często wychodził nie z tej strony, co trzeba, zmieniał tekst. Gdy mocno się wczuł i mówił tekst, to pluł
Cybulski z mamą (fot. arch.pryw. Elżbiety Chwalibóg Cybulskiej)
Problemy z dykcją i pamięcią

Gdy dwa lata przed śmiercią zapytano go, dlaczego wybrał właśnie aktorstwo, tłumaczył, że gdy na początku swojej kariery jeździł z zespołem żywego słowa po wsiach i małych miasteczkach, tam gdzie nie docierały ani teatry, ani kino, prości ludzie zapraszali występujących do swoich domów i prosili o dalszą recytację, były to dla niego najpiękniejsze chwile. – To był mój pierwszy kontakt z widownią. Urzekło mnie to – mówił. Maria Rokoszowa, która w tamtym czasie pracowała z Cybulskim i którą on sam uważał za swoją reżyserkę, wspominała, że jego wykonawstwo szło przez serce.

Bazował głównie na tym i na improwizacji. Miał ogromne problemy z dykcją i pamięcią. W szkolnej gazetce, którą redagowała Zofia Kucówna w rubryce „Cmentarzyk młodych talentów”, można znaleźć epitafium poświęcone Cybulskiemu, które brzmi: „Tu spoczywa. Cyb.-Zbysz.Chłop dobry. Dykcja gorsza: swym >>ą<< nas nieraz bawił; chcąc >>ł<< wymówić dźwięcznie, śmiertelnie się zadławił”. Sam Cybulski po latach narzekał na studentów aktorstwa, którzy może i umieją pięknie wymawiać „ł”, ale „nie są fachowcami i nie rozumieją swojego zawodu”. – Cybulski rzeczywiście grał całym sobą i improwizował. Aktorki, które występowały z nim w teatrze, miały z nim skaranie. Nie odtwarzał tych samych sytuacji, często wychodził nie z tej strony, co trzeba, zmieniał tekst, więc jego partner czy partnerka musieli być bardzo czujni. Przy tym wszystkim, gdy mocno się wczuł i mówił tekst, to pluł. Miał zaskakująco dużo braków, ale to paradoksalnie nie przeszkodziło mu w byciu wybitnym aktorem. Gdy stawał przed kamerą, miał pomysł, błysk inspiracji, który sprawiał, że grał bardzo dobrze – opowiada Karaś.

Potrafił z ogromnym poświęceniem realizować każdą scenę. – Trzeba było skakać do zimnej wody w Bałtyku – skakał, w filmie „Trzy starty” w części, którą reżyserował Stanisław Lenartowicz, wciela się w postać kolarza. Kilkakrotnie powtarzał scenę kraksy rowerowej. Uparł się, że nie chce dublera. Przy ostatnim dublu poszedł na całego, rower się roztrzaskał, on sam wylądował na asfalcie, miał rozdarty do kości łokieć, gdy ekipa podbiegła, zapytał: „Dobrze było?”. Właśnie taki był, potrafił się poświęcić dla roli – mówi Karaś.
To było „obszukano”, „przeszukano”, „zacieranie”. Tak sprawdzał, czy przypadkiem czegoś nie zostawił
Cybulski i jego czerwona jawa (fot. arch.pryw. Elżbiety Chwalibóg Cybulskiej)
„Miał w sobie coś z przywódcy”

Do znajomych mówił „starenia”. Częściej do koleżanek niż kolegów. Powód? – Taki sam jak brak pamięci do ról, on po prostu nie pamiętał imion. Z jednej strony to było dla niego wygodne, ale z drugiej, myślę, że pokazywało też, jak Cybulski skracał dystans, jaki miał stosunek do ludzi braterski i przyjacielski – mówi Karaś.

Lubił, kiedy skupiała się na nim uwaga, wszystko traktował poważnie, a gdy kogoś o coś prosił, klękał przed nim na kolana. – Dominujący towarzysko, jeszcze zanim stał się popiołem i diamentem. Nie starał się, ale miał w sobie coś z przywódcy. Kiedy przysiadał się do jakiejś grupy, lekceważył wszystko, o czym była dotychczas mowa, i nadawał własny ton – wspomina Zofia Czerwińska.

Cybulski cierpiał na nerwicę natręctw. Zanim wyszedł z pomieszczenia, w którym się znajdował, sprawdzał, czy nic nie zostawił. – To było „obszukanko”, „przeszukanko”, „zacieranie”. Potrafił wywrócić do góry nogami pokój hotelowy, poprzestawiać meble, obrazy w poszukiwaniu swoich rzeczy. To było jedno z jego natręctw. Drugie to zbieractwo. Jego żona, która była nad wyraz cierpliwa i jak mówią znajomi Cybulskich, powinna zostać za to uznana świętą, opowiadała mi, że nie dało się z nim wyjść na spacer, bo zatrzymywał się przy pierwszym napotkanym śmietniku i wyławiał z niego przydatne rzeczy. Cybulski cierpiał też na bezsenność, wiódł nocne życie, nie spał nocami, potrafił spać godzinę, dwie, a potem regenerował siły i przysypiał, gdzie się dało. Wykorzystywał na to każdą minutę na planie – opowiada Karaś.
Mógłbym z nim walczyć, ale wiedziałem, że on być może lepiej rozumie to pokolenie niż ja
W filmie „Do widzenia, do jutra" (fot. arch.TVP/Wójcik)
„Polski Cybulski”

Wśród rzeczy, które Cybulski nosił w chlebaku, z którym prawie się nie rozstawał, znajdowały się m.in. listy od pierwszej miłości Barbary Lerczak i podpisana ołówkiem umowa na film „Popiół i diament”. Na plan przyszedł ubrany w obcisłe dżinsy, zieloną kurtkę, a na nogach miał pepegi. Panie od kostiumów pobiegły poskarżyć się, że aktor Cybulski wszedł na plan bez przebrania. – Oczywiście mógłbym z nim walczyć, ale wiedziałem, że on być może lepiej rozumie to pokolenie niż ja – wspomina w książce Andrzej Wajda.

Za rolę Maćka Chełmickiego otrzymuje 50 tys. złotych, zdjęcia trwają sześć tygodni. Recenzenci po premierze zachwycają się „polskim wcieleniem Jamesa Deana”, innych razi egzaltowany sposób gry. – Byłoby mi przyjemniej, gdyby nazywano mnie polskim Zbigniewem Cybulskim – powie w wywiadzie z fińskimi dziennikarzami pięć lat później. W Polsce na ulicach przybywa młodych ludzi ubranych w dżinsy, wojskowe kurtki i w przyciemnionych okularach. Aktor staje się ikoną, zyskuje popularność. Coraz częściej zaczyna się mówić o Cybulskim sprzed i po „Popiele i diamencie”.

– Nie upraszczałabym tego w ten sposób. Oczywiście ten film wiele w jego życiu zmienił, ale to, co zaczęło się z nim dziać, wynika również ze zmiany środowiska. Cybulski opuścił Gdańsk, w którym czuł się bezpiecznie, a przeniósł do Warszawy, w której środowisko aktorskie i reżyserskie nie było dla niego zbyt przyjazne. Nazywał je „księstwem warszawskim”. Reżyserzy obawiali się, że każda zagrana przez niego rola będzie kojarzona z „powrotem” Maćka Chełmickiego. Oczywiście on sam grając w „Giuseppe w Warszawie”, „Jak być kochaną” czy w „Salcie”, próbował wyjść z tej szufladki, ale recenzenci i krytycy, na których był bardzo wyczulony, wciąż przywoływali tamtą postać. Prozaicznym powodem tego, że Cybulski nie dogadywał się z reżyserami, było też to, że próbował zarobić na utrzymanie rodziny, o której tak marzył. Nie miał specjalnych stawek, zarabiał tyle, co inni, a czasem w ogóle – mówi Karaś. Pieniądze nigdy się go nie trzymały. Gdy je miał, wydawał, gdy nie miał - pożyczał albo prosił, aby za niego zapłacić, potem oddawał.
Alkohol pomagał mu skracać dystans, szukać akceptacji w pewnych środowiskach
Zbigniew Cybulski w 1941 roku (fot. arch.pryw. Elżbiety Chwalibóg Cybulskiej)
„Nigdy więcej, Panie Boże!”

Cybulskiego znają wszyscy. On sam nie stroni od kontaktów towarzyskich. – Tadeusz Sobolewski powiedział o nim piękne zdanie, że dla niego wielkość polegała na rozdawaniu siebie. Mówił, że ma obowiązek rozmawiać z innymi, oburzał się na typ gwiazdorstwa w dobrym samochodzie, on sam jeździł taksówkami, tramwajami, pociągami, chodził do knajp, pił i rozmawiał ze zwykłymi ludźmi. Gdy ktoś go zaczepiał, chciał porozmawiać, on się w to angażował, nikogo nie odtrącał – mówi Karaś.

W życiu aktora nie brakowało alkoholu. Zwłaszcza ostatnie lata życia to długie godziny spędzane w knajpach. – Alkohol pomagał mu skracać dystans, szukać akceptacji w pewnych środowiskach. Pod koniec życia było go bardzo dużo, sam pisał przed śmiercią, że chce z nim skończyć, że swoje już w życiu wypił. Pisał, że chciałby zrobić coś dla Polski, bo był wielkim patriotą – mówi Karaś. Przysięgę, że nie będzie pił, składał zazwyczaj w nocy, pod Grobem Nieznanego Żołnierza. Bał się śmierci, gdy serce waliło mu po alkoholu, rzucał się na ziemię krzyżem i wołał: „Nigdy więcej, Panie Boże!”. Na krótko przed śmiercią wyznaje: „Lepiej było zginąć młodym, tak jak Dean, niż doczekać tuszy, oczu jeszcze mniejszych, niż były”.
Zbyszek zakochiwał się niezwykle łatwo i był bardzo romantyczny, jak mówiły niektóre z jego sympatii, wręcz infantylny
Niedokończona rozmowa

„Ona jest święta, a ja – łajdak” – tak Cybulski mówił o swojej żonie Elżbiecie Chwalibóg-Cybulskiej. To ona, gdy nie było pieniędzy, utrzymywała dom. Kupiła używaną elektryczną maszynę do szycia i zatrudniła się w spółdzielni plastyków „Wzór”. – Pracowałam, okazało się, że mogę dać sobie radę sama – wspominała w książce Karaś, wdowa po Cybulskim. Poznali się w Bim-Bomie, ich ślub cywilny 30 sierpnia 1960 był przekładany kilka razy. – Broniłam się przed tym, nie zależało mi tak bardzo. Kiedy byłam już w ciąży z Maćkiem, nie mogliśmy dłużej czekać. Ze względu na rodziców Zbyszka oczywiście – opowiadała.

Ślub w Sopocie i wesele w Chmielnie na Kaszubach są towarzyskim wydarzeniem sezonu. Państwo młodzi w prezencie dostali m.in. żywą świnię, maskę z odlewem twarzy Bogumiła Kobieli oraz fajansowy nocnik z dedykacją: „Gdybyś się Zbyszku zesrał ze szczęścia”. Ten ostatni dostał od Zofii Czerwińskiej i choć Cybulski miał poczucie humoru, przyjął ten prezent chłodno. Po przeprowadzce do Warszawy Cybulski bywał w domu gościem, rzadko też zajmował się synem. Nie wychodził z nim na spacery, bo był od razu zaczepiany na ulicy. W kościele siadał w ostatniej ławce i wysoko stawiał kołnierz kurtki.

– Zbyszek zakochiwał się niezwykle łatwo i był bardzo romantyczny, jak mówiły niektóre z jego sympatii - wręcz infantylny. Jego żona miała ogromny dystans do tego, jaki był, co robił. Zdawała sobie sprawę z tego, że jest własnością wszystkich. Pod koniec życia miał jeden bardzo silny związek z Ewą Warwas. To była jego wrocławska miłość. Mówił o niej, że zakochał się w najpiękniejszej dziewczynie we Wrocławiu. To z nią spotkał się w noc swojej śmierci. Z powodu niedokończonej rozmowy, która być może dotyczyła ich wspólnej przyszłości i pewnych deklaracji ze strony Zbyszka, spóźni się na pociąg z Wrocławia do Warszawy – opowiada Karaś.
Gdy jeden pił, drugi był trzeźwy. W wieczór i noc poprzedzającą śmierć Cybulskiego to on „dyżurował"
Aktorzy na pogrzebie Zbigniewa Cybulskiego (fot. archiwum Ryszarda Zaorskiego)
Spotkanie z Marleną

Mitów wokół śmierci Cybulskiego jest bardzo wiele. Autorką jednego z nich jest sama Marlena Dietrich. Miał wielkie plany związane z tą znajomością. Spędził z nią sporo czasu, snuli plany wspólnego filmu, ona zaprosiła go do Paryża. Gdy tam pojechał, nie odbierała telefonu, więc plany pozostały w sferze marzeń. – W wydanej pod koniec życia autobiografii Dietrich napisała, że Cybulski chciał się z nią spotkać, gdy skończył zdjęcia do filmu, ale wpadł pod koła tego samego pociągu, którym ona odjeżdżała kilka dni wcześniej do Warszawy. To była romantyczna wersja, ale nieprawdziwa, bo wypadek miał miejsce kilka miesięcy później – wyjaśnia Karaś.

Prawdą jest, że dzień przed śmiercią Cybulski otrzymał telefon od producenta z USA z informacją, że został wybrany do roli Stanleya Kowalskiego w telewizyjnej adaptacji „Tramwaju zwanego pożądaniem”. Miał za nią dostać 100 tys. dolarów. Mówiono, że zginął jeszcze na peronie, a gdy wskakiwał do pociągu, był pijany. Przed odjazdem miał rzekomo jeszcze kupić piwo. Alfred Andrys, który był przyjacielem Cybulskiego i świadkiem tego tragicznego wypadku. To on pierwszy wskakuje do pociągu, łapie rzucaną przez Cybulskiego torbę, a gdy temu noga grzęźnie między stopniem pociągu a krawędzią peronu, szarpie hamulec bezpieczeństwa.

– Cybulski, jak mówił mi Andrys, był wtedy trzeźwy, bo wybierając się razem, przydzielali sobie coś w rodzaju dyżurów. Gdy jeden pił, drugi był trzeźwy. W wieczór i noc poprzedzającą śmierć Cybulskiego to on dyżurował – tłumaczy Karaś. Aktor jeszcze w drodze do szpitala żył. W karetce zdążył jeszcze poprosić lekarzy, aby nie informowali o wypadku matki. Przyczyną jego śmierci było pęknięcie wątroby. Zmarł 8 stycznia o godz. 5.25.
Drzewo w tym samym miejscu takie samo nie wyrośnie. Co dopiero człowiek
Nagrobek Zbigniewa Cybulskiego i budzik, który był rekwizytem w teatrzyku Bim-Bom(fot.Dabel Lis)
Budzik na grobie

– Po jego śmierci odbyły się dwa pogrzeby – świecki i kościelny. O ten drugi najbardziej zabiegała matka Cybulskiego. Dochodziło na nim do dantejskich scen. Władze robiły wszystko, aby ta kościelna uroczystość była zmarginalizowana. Po przemówieniach przedstawicieli władz wyłączono nagłośnienie, księża mieli swoje, którego używali podczas pielgrzymek. Zachowało się niewiele zdjęć, ale na tych, które są, widać, że uczestniczyły w nim tłumy ludzi. Niektórzy wspięli się na ogołocone z liści drzewa. Aktorzy i bliscy znajomi Zbyszka w pewnym momencie musieli wziąć się pod ręce i powstrzymywać w ten sposób napierający na rodzinę tłum. Dwóch fotografów i operator wpadli do grobu – relacjonuje Karaś.

Gdy już wszyscy się rozeszli, na cmentarz wracają jego znajomi z Bim-Bomu z rekwizytem, którym jest budzik. W jednej ze scen, którą w teatrzyku odgrywali wielokrotnie, przygarbiony człowiek po odejściu wszystkich ustawia właśnie stary budzik na grobie zmarłego przyjaciela. Pociąg, który z Warszawy do Katowic jechał na pogrzeb Cybulskiego, milczał, w powrotnej drodze odbyła się osobliwa stypa. Rozmawiano tylko o nim, o anegdotach i żartach, romansach i radach, jakich udzielał.

Gdy wiceminister kultury Tadeusz Zaorski wzniesie toast za Daniela Olbrychskiego jako „drugiego Cybulskiego”, ten odpowie: „Drzewo w tym samym miejscu takie samo nie wyrośnie. Co dopiero człowiek”. Wśród rzeczy, które brat Cybulskiego odbierze po śmierci brata, jest kożuch, który będzie nosił przez kilka lat, pęknięte okulary, znaczek z Melpomeną ze szkoły aktorskiej, przedwojenna książeczka do nabożeństwa i ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej z Lourdes, który Cybulski nosił przy sobie od wczesnej młodości. Paczuszka z listami od Barbary Lerczak wróci do nadawczyni.

Wybrane dla Ciebie