TYLKO U NAS

Zenek Martyniuk: te piosenki płyną z mojego serca

Marta Kawczyńska aktualizacja: 19:10 wyślijdrukuj
Zenek Martyniuk, lider zespołu Akcent (fot. fb/Zenon Martyniuk)

– Zaczepiają mnie czasem ludzie na poczcie czy na mieście i proszą o zdjęcie albo o autograf. Zawsze w saszetce mam kilka pocztówek, które podpisuję. Gdybym chciał się podpisać wszystkim, to bym musiał ich tony nosić – mówi w rozmowie z tvp.info Zenek Martyniuk, lider zespołu Akcent. Już dziś, czyli 31 grudnia, wystąpi w Zakopanem podczas Sylwestra z Dwójką.

Długo zastanawiał się pan nad sylwestrową propozycją Dwójki?

W ogóle się nie zastanawiałem. To dla mnie wielkie wyróżnienie i prestiż. Jak się dowiedziałem, że Sylwester z Dwójką odbędzie się w Zakopanem, to od razu się zgodziłem. Najbardziej ucieszyła się moja żona, która pojedzie razem ze mną, bo uwielbia góry, a zwłaszcza Zakopane. Występ na tym Sylwestrze, wśród takich artystów, to dla mnie naprawdę wielkie wyróżnienie. Jestem bardzo szczęśliwy.

Czy to oznacza, że disco polo staje się jednym z głównych nurtów muzycznych w Polsce?

Jestem kojarzony z disco polo od samego początku, gdy tylko zacząłem działać w muzyce. Zespół Akcent, z którym gram, obchodzi w tym roku 27. Urodziny. Ja sam śpiewam i gram już trochę dłużej, bo muzyczną edukację zacząłem, gdy miałem siedem lat i uczyłem się gry na gitarze. Występowałem na różnego rodzaju akademiach szkolnych, przeglądach piosenki harcerskiej, białoruskiej, radzieckiej.

W wieku 14 lat zostałem wokalistą zespołu Akord, potem zespołu Centrum w 1989 roku. Z połączenia sylab tych dwóch nazw „ak” i „cent” powstał zespół Akcent, z którym jestem do tej pory. Staram się profesjonalnie podchodzić do muzyki, śpiewam i robię piosenki melodyjne, taneczne, fajnie zaaranżowane. W moim repertuarze są nie tylko piosenki disco polo, ale i dyskotekowe, romanse i cygańskie ballady. Był okres, gdy grałem z prawdziwym Romem. Lubię też klimaty popowe, czy mocniejsze rockowe brzmienia, troszkę reggae też nie zaszkodzi. To disco polo to taki ogólnik. Będę tak zawsze kojarzony. Gdybym nagrał coś ciężkiego, to i tak by powiedzieli, że Zenek śpiewa disco polo. A ja po prostu chcę fajnie grać. Moi fani wiedzą, że poszukuję tych fajnych klimatów i je znajduję.
Chce pan przez to powiedzieć, że marzy o mocniejszym rockowym graniu?

Nagrałem już kiedyś taką płytę z Waldkiem Oksztulem z zespołu Imperium. To są trochę inne klimaciki, z przesterowaną gitarką w stylu Lady Pank jak piosenka „Tylko z Tobą”. Staram się robić fajne piosenki, oparte na tym, co w danej chwili w mym sercu i duszy gra. Przelewam to na nuty i papier.

Jak pan myśli, na czym polega fenomen Zenka Martyniuka?

Na tym, że te piosenki płyną z mojego serca. Jestem od najmłodszych lat związany z muzyką, czuję klimat odbiorców, wiem, co nagrać, żeby się piosenka spodobała. Każda z nich – jak widać – trafia do słuchaczy. Staram się dotrzeć do jak największej ich liczby. To nie są piosenki takie jak jazzowe, ze skomplikowaną linią harmoniczną, melodyczną, których odbiorcami jest pewne grono koneserów. Te, które tworzę, są melodyjne, mają dobry aranż, dobry tekst. Są śpiewane na imprezach, na których ludzie chcą się dobrze bawić, nieważne, czy mają 18, 40, czy 50 lat. Moja muzyka grana jest zarówno na weselach, studniówkach jak i na dyskotekach.

Przekrój fanów jak widać jest dosyć duży…

Staram się, żeby każdy znalazł w tej mojej muzyce coś dla siebie. Mamy dużo piosenek, więc tak na koncercie w klubie dla 100 osób, jak i na wielkiej imprezie premierowe, na którą przyjdzie ponad tysiąc osób, każdy ze słuchaczy znajdzie coś dla siebie. Czasem nawet mamy problem, jaki wybrać repertuar. Wtedy słucham intuicji. Fani mówią mi często, że nie tylko oni, ale ich małe dzieci podśpiewują moje piosenki. Tylko się cieszyć.
Podczas Sylwestra z Dwójką zobaczymy pana w duecie z Marylą Rodowicz?

Wykonamy piosenkę „Przez Twe oczy zielone”. Aranżację przygotowują muzycy pani Maryli.

Podobno pani Maryla nie lubiła disco polo. Nie chciała wykonywać takich numerów?

Chodziło jej pewnie o to, że disco polo jest różne i nie każda piosenka jest dobra. „Przez Twe oczy zielone” wydaje mi się piosenką bardzo ok. Bardzo dużo osób ją zna. Wiemy dobrze, że nie wszyscy przywiązują wagę do brzmienia, a ta piosenka jest na poziomie. Pani Maryla z pewnością lubi dobre piosenki, a ta jest świetna, więc fajnie, że ją wspólnie wykonamy.

Dużo pan podróżuje i dużo koncertuje. Jak to znosi rodzina?

Jest już do tego przyzwyczajona. Od samego początku, a jesteśmy z żoną już prawie 28 lat, bo rocznicę ślubu będziemy obchodzić 4 lutego, dużo tych wyjazdów było. Dobrze się rozumiemy. Wiadomo, że koncerty to moja praca. Gdy jadę na koncerty, moja żona zajmuje się domem. Staram się jednak jakoś godzić życie muzyczne z rodzinnym. Na razie się to udaje.

Ma pan jeszcze czas i siłę, żeby pośpiewać w domu?

Staram się, choć na koncertach dużo gramy i śpiewamy. Czasem jak się spotykamy z przyjaciółmi przy grillu albo ognisku, to siadam i gram. Gitara to mój żywioł. Bez gitary trudno mi wytrzymać. Muszę gimnastykować palce i choć trochę codziennie pograć. Lubię to, te klimaciki z gitarką. Pierwszy raz wziąłem ją do rąk, gdy miałem siedem lat i już tak zostało. Cały czas z gitarą.
Miewa pan jeszcze tremę przed wejściem na scenę?

Na pewno jest. Nie jest to taka trema związana z tym, że zapomnę tekstu czy akordu, Ta trema mija po dwóch, trzech taktach i w pewnym sensie mobilizuje. Jak tylko widzę publiczność i zaczynamy grać, już jej nie ma.

Nadal potrafi pan zagrać sześć koncertów jednego dnia?

Kiedyś rzeczywiście potrafiliśmy zagrać sześć koncertów jednego dnia. Teraz czuję komfort, gdy jest jeden albo dwa koncerty dziennie. Jeśli od jednego do drugiego miejsca nie jest dalej niż 50 km, to nawet trzy koncerty możemy z zespołem zagrać.

Jaki jest wtedy rozkład jazdy?

Pierwszy gramy o godz. 16, drugi – o 20 a następny o 22 albo 23. Wszystko tak jak powiedziałem zależy od kilometrów, które mamy pokonać. To nie jest tak, że jak w filmie „Wodzirej” wpadamy z jednej sali do drugiej, podają nam mikrofon i śpiewamy. Musimy przyjechać, podłączyć sprzęt, wypróbować się brzmieniowo i dźwiękowo. Dlatego też mamy komfort, jeśli gramy tylko jeden koncert. Wtedy możemy kilka razy bisować i zagrać piosenki, których chcą nasi słuchacze.
Przygotowuje się pan jakoś kondycyjnie do tych koncertów?

Nie za bardzo mam na to czas. Nie chodzę na siłownię, nie biegam. Od czasu do czasu jakiś tam basenik wchodzi w grę, jako taka regeneracja sił.

Kto jest głównym krytykiem i cenzorem pana twórczości?

Znajomi. Zwykle im puszczam pierwszym moje zgrywki ze studia. Wraz z kolegami z zespołu mamy już takie doświadczenie i 30-letnią praktykę, że już w studiu wiemy, co będzie dobre, a co niekoniecznie. Nie chwalę się, nie jestem alfą i omegą. Ale pierwszy raz na zabawie zagrał w 1984 roku, potem były kolejne, doszły koncerty. Wiemy już, czego chcą nasi fani i wiem, czego oczekujemy od siebie nawzajem w zespole. Po prostu lata praktyki.

A żona?

Żona też mi czasem mówi, co jej się podoba, a co nie. Lubi klimaty lat 60. i 70., Paula Ankę, Elvisa Presleya, „Dirty Dancing”, „Pretty Woman”. To są jej ulubione dźwięki. Moich musi słuchać, bo jest moją żoną (śmiech).
Czy jest taka, którą lubi?

Mówi, że ma dwie ulubione. Jedna to „Laura”, a druga „Przez Twe oczy zielone”.

A syn? Pójdzie w ślady ojca?

Na razie jest niezdecydowany. Trudno powiedzieć, jak się potoczy jego zawodowa droga. Gdy spotyka się z kolegami, to słuchają The Doors, Janis Joplin. Klimaty disco polo nie są w kręgu ich zainteresowań. Od czasu do czasu zdarza nam się, że bierzemy gitary i razem przygrywamy szlagiery takie jak „Autobiografia” Perfectu czy „Obudź się” Oddziału Zamkniętego.

Bywa, że nazywają pana białym Cyganem. To dlatego że koncertował pan przez pewien czas z prawdziwym Romem?

Myślę, że między innymi dlatego. Na początku naszej działalności w zespole Akord i Centrum występowałem z Kazikiem Wysockim na weselach i na zabawach. Graliśmy cygańskie klimaty. Mówili o mnie, że jestem takim muzykalnym chłopakiem z gitarą, który tak jak każdy Rom, czego do ręki nie weźmie, to na tym zagra. Stąd właśnie ten przydomek „Biały Cygan”.
Kiedy obserwuje się pana na scenie, to śmiało można powiedzieć, że pana drugie imię „to szacunek do słuchacza”…

Staram się. Choć czasami, kiedy mamy z zespołem dużo koncertów, np. podczas wakacji, kiedy pędzimy z koncertu na koncert, fani mogą być źli, że czegoś nie zagraliśmy, że nie rozdaliśmy autografów, nie zrobiliśmy sobie z kimś zdjęcia. Jeśli mamy więcej czasu, to pytamy słuchaczy, czy chcieliby usłyszeć „Pszczółkę Maję”, „Moją gwiazdę”, czy jakiś inny przebój. Wiemy, co wybrać, gdy gramy na imprezie plenerowej, w klubie czy właśnie podczas sylwestra.

Muzykę ma pan w genach po mamie i babci?

Można tak powiedzieć, że od maleńkiego z muzyką jestem związany. Te wschodnie klimaty grają we mnie. Moja mama śpiewała, babcia też. Podobnie jak ja jeździła na przeglądy. Wujkowie grywali na zabawach wiejskich, a ja słuchałem ich i podpatrywałem w remizie.

Łatwe jest życie gwiazdy?

Zaczepiają mnie czasem ludzie na poczcie albo na mieście i proszą o zdjęcie i autografy. Zawsze w saszetce mam kilka pocztówek i je podpisuję. Gdybym chciał się podpisać wszystkim, to bym musiał ich tony nosić.
Udało się panu kiedyś coś dzięki tej popularności załatwić?

Czasem panowie policjanci patrzą na nas bardziej przychylnym okiem. Ale reguły nie pędzimy i jeździmy przepisowo. Wychodzimy z założenia, że lepiej wolniej i spokojnie, ale skutecznie do celu.

Jak leżał pan w szpitalu, kolorowe gazety rozpisywały się, że Zenek Martyniuk walczy o życie…

Moja mama i siostra nieźle się wystraszyły. Przybiegły do szpitala ze łzami w oczach. Wiedziały, że to tylko wyrostek i wszystko będzie dobrze, ale skoro tak napisali w gazecie… Na szczęście to był niegroźny zabieg. Miałem tam bardzo dobrą opiekę. Pielęgniarki bardzo się o mnie troszczyły. Okazało się, że to moje fanki. Trochę płyt w tym szpitalu podpisałem (śmiech).

O pana popularności może też świadczyć mural, który ma w Białymstoku powstać na pana cześć…

Jest taki plan, ale widziałbym na nim kogoś bardziej znanego i zasłużonego, np. dyrygenta Jerzego Maksymiuka albo twórcę esperanto pana Ludwik Zamenhof. A ja? Zobaczymy, czas pokaże. Na razie może zasłużyłem na plakat, jeszcze nie na mural. Ale pozostaje faktem, że jestem kojarzony z Białymstokiem.

W końcu to w Białymstoku zaczęło się disco polo…

Pamiętam rok 1988, gdy zaczynaliśmy. Były zespoły Akcent, Imperium, Fanatic, Top One oraz Dystans z Renatą Dąbkowską. I takie to były początki. Potem zaczęły dołączać zespoły z okolic Warszawy , z Sochaczewa, Żyrardowa. Pierwszy duży koncert zagraliśmy w Sali Kongresowej w 1992 roku. Nazwano to „Przeglądem chodnikowej i popularnej”. Koncert realizowany był przez pana Krzysztofa Jaślara.

Potem w 1992 i 1993 roku dołączały kolejne zespoły Boys, Milano, Skaner. Dziś mamy dwa, a nawet trzy tysiące zespołów. Każdy myśli, że tak łatwo jest grać, a to wcale nie jest prosta sprawa. Rynek weryfikuje, kto jest dobry, kogo ludzie chcą słuchać, choć śpiewać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej. Nikt nikomu nie zabrania.

Wybrane dla Ciebie