TYLKO U NAS

Podziel się jedzeniem, czyli moda na foodsharing

Marta Kawczyńska aktualizacja: 07:00 wyślijdrukuj
Foodsharing narodził się w Niemczech (fot. facebook.com/Foodsharing Warszawa)

– Kiedyś ktoś przyniósł belgijskie czekoladki, innym razem jedzenie dla psa. Standardem są przetwory, kasze czy pieczywo. To pokazuje, że stajemy się bardziej wrażliwi i chcemy się dzielić, a nie wyrzucać, choć do ideału wciąż nam jeszcze daleko – mówi Karolina Hansen, jedna z założycielek Jadłodzielni. Co roku w Polsce marnuje się dziewięć milionów ton jedzenia.

Foodsharing przywędrował do nas z Niemiec. Za jego twórcę uważa się Raphaela Fellmera, który podróżował bez pieniędzy z Niderlandów do Meksyku. To, czego doświadczył podczas podróży sprawiło, że w jego głowie zakiełkowała myśl, aby po powrocie powołać społeczność, która lokalnie będzie wymieniać się jedzeniem. Pomysł zadziałał i okazał się na tyle trafiony, że sam Raphael od pięciu lat żyje w zasadzie bez pieniędzy.
Na polski grunt ideę foodsharingu przeszczepiły Karolina Hansen i Agnieszka Bielska. Pierwsza była wolontariuszką Banku Żywności, druga przez pięć lat pracowała w Federacji Polskich Banków Żywności.

– Gdy się poznałyśmy stwierdziłyśmy, że irytuje nas to, że tak wiele jedzenia się marnuje. Agnieszka podobnie jak ja była przekonana, że fajnie byłoby stworzyć takie miejsca, w których można by było zostawiać jedzenie i dzielić się nim z innymi – mówi Karolina. Inspiracją dla nich był niemiecki serwis foodsharing.de, który zrzesza nie tylko osoby prywatne, ale również sklepy, czy lokale restauracyjne.

W Niemczech, gdzie idea foodsharingu jest już mocno rozpropagowana, wymiana jedzenia odbywa się zarówno w przestrzeni publicznej jak i wirtualnej. Internauci fotografują produkty, które chcą komuś oddać i wstawiają zdjęcia właśnie w serwisie. Zainteresowani mogą się do nich zgłosić i je odebrać.
Do Jadłodzielni można przynosić wszystko oprócz surowego mięsa (fot. facebook.com/Foodsharing Warszawa)
50 złotych co miesiąc wyrzucanych do kosza

– Wybrałyśmy się na zjazd wolontariuszy do Niemiec, by dowiedzieć się jak to działa, jak to zorganizować. Chciałyśmy poznać tych, którzy to tworzą i zadać sto pytań – śmieje się Karolina.

Statystyki nie kłamią. Polacy rocznie wyrzucają do śmietnika dziewięć milionów ton jedzenia, w tym dwa miliony to produkty, które marnują się w lodówkach i kuchniach indywidualnych konsumentów.

Gdyby przeliczyć to na pieniądze okazuje się, że każdy z nas miesięcznie wyrzuca do kosza ok. 50 złotych. Mnożąc to przez 12 miesięcy otrzymujemy kwotę 600 złotych, a gdy dodatkowo policzymy, ile jedzenia rocznie marnuje czteroosobowa rodzina wyjdzie, że jest to ok. 2 tysięcy rocznie.

Taka kwota z pewnością na niejednej osobie robi wrażenie. Jest też druga strona medalu. Badania przeprowadzone przez Polską Fundację Pomocy Dzieciom pokazują natomiast, że aż 800 tys. dzieci w naszym kraju cierpi głód albo jest niedożywionych. Gdyby więc to, co wyrzucamy do kosza, odpowiednio zagospodarować, dałoby się z pewnością wyżywić większość rodziny.
Rocznie marnujemy 9 mln ton jedzenia w Polsce (fot. facebook.com/Foodsharing Warszawa)
Po polsku „jadłodzielnie”

Po powrocie z Niemiec Karolina i Agnieszka zaczęły działać. Najpierw założyły profil na Facebooku. Oprócz angielskiej nazwy „foodsharing”, powstała też polska, czyli „jadłodzielnia”. – Wymyśliła ją siostra naszej koleżanki. Po stworzeniu profilu na Facebooku zaczęłyśmy zapraszać znajomych i znajomych znajomych. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, zastanawialiśmy się, gdzie byłyby najlepsze lokalizacje, omawialiśmy wszystko od strony technicznej i prawnej – opowiada Karolina.

Na pierwszym spotkaniu w lutym pojawiło się 20 osób, została połowa. – Wiele osób uważa, że to, co robimy jest świetnym pomysłem, łatwo jest dać przysłowiowego „lajka” na Facebooku, ale o wiele trudniej w mniejszy lub większy sposób zaangażować w pracę przy tej inicjatywie, czy opiekę nad punktem. Na szczęście chętnych do przynoszenia i zjadania tego, co znajduje się na półkach i w lodówkach jest coraz więcej – śmieje się Karolina.
Pierwsza Jadłodzielnia pojawiła się na Wydziale Psychologii UW (fot. pixabay.com/Pexels)
Belgijskie czekoladki, ale nie surowe mięso

Jaka jest idea i na czym polega działanie Jadłodzielni? – Przynosimy tylko to, co sami chcielibyśmy zjeść i czym nakarmilibyśmy swoich bliskich. Rzeczy dobre, przydatne do spożycia . Jeżeli dostałam herbatę, która mi nie smakuje, śmiało mogę ją zostawić – mówi Karolina.

Wśród produktów, które trafiają do Jadłodzielni, przeważają przetwory, kasze oraz ryże. To bardzo często pozostałości po przeprowadzce albo generalnych porządkach w kuchni. Pojawia się też sporo produktów ekologicznych.

– Moda na zdrową żywność sprawia, że częściej coś kupujemy, testujemy, ale nie zawsze nam pasuje, bo albo nie smakuje, albo mamy na coś uczulenie – mówi.

Jedyne co nie jest przyjmowane to surowe mięso i alkohol. Nabiał tylko w termicznych torbach. – Ważne aby na opakowaniu była data ważności albo informacja, kiedy coś zostało ugotowane. Surowe mięso to wyjątkowo delikatny produkt, więc nie chcemy ryzykować. Alkoholu nie przyjmujemy, bo nie sprawdzamy dowodu tożsamości – tłumaczy. Wśród nietypowych produktów jakie trafiały do Jadłodzielni były m.in. czekoladki belgijskie oraz jedzenie dla psa. – To pokazuje, że myślimy nie tylko o sobie, ale również o naszych czworonogach – mówi.
Każdy punkt jest kontrolowany przez tzw. food savera (fot. pixabay.com/TastyPhoto)
Pod kontrolą food savera

Pierwsza Jadłodzielnia pojawiła się na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Stawki 5/7. Czynna jest od godz. 8 do 22. Kolejne powstały na Woli, w Śródmieściu, na Pradze Południe. 18 grudnia otworzył się kolejny na ul. Karowej. Nie tylko w stolicy znaleźli się zwolennicy wymiany jedzenia. Lodówki i półki można również zapełniać w Toruniu, Krakowie. – Kolejne miasta zaczynają szukać odpowiednich lokalizacji, pytają się o szczegóły. Powoli jest nas coraz więcej – mówi Karolina.

Każdy punkt jest kontrolowany przez tzw. food savera. Zadaniem takiej osoby jest sprawdzanie dat ważności produktów oraz dbanie o czystość danego miejsca.

Karolina przyznaje, że po tych kilku miesiącach widać, że ich praca nie poszła na marne. – Myślę, że świadomość Polaków się budzi, choć trzeba nad nią jeszcze sporo popracować. To jest nasza rola – uświadamianie, pokazywanie prywatny ludziom, trochę mniej firmom, że warto. Z jedzenia, które ląduje na półkach i w lodówkach Jadłodzielni może skorzystać każdy. Nie sprawdzamy, kto ile zarabia, czy go stać, czy nie. Jeżeli ktoś się pożywi tym, co tam znajdzie, jakiś produkt sprawi mu radość, to wspaniale – mówi.

Podkreśla, że Jadłodzielnie nie konkurują z żadnymi innymi akcjami, wręcz przeciwnie wspierają się i działają wspólnie. – Wszyscy mamy jeden cel, więc po co się ścigać – dodaje.
Jadłodzielnie powstają również w innych miastach Polski m.in. w Toruniu i w Krakowie (fot. facebook.com/Jadłodzielnia Foodsharing Toruń)
Oddadzą jedzenie po świętach

Jedną z takich akcji jest ta stworzona przez Marię Skołożyńską pod hasłem „Podziel się posiłkiem z bezdomnymi”, która rok temu odniosła ogromny sukces. – W tym roku chęć podzielenia się tym co zostanie zostanie po świętach zgłosili już mieszkańcy 17 miast. Wszystko jest już prawie gotowe. W Warszawie mam do pomocy kilkunastu kierowców, którzy będą odbierać jedzenie. Zarówno w stolicy, jak i innych miastach wszystko można zanieść właśnie do Jadłodzielni – mówi.

Zasady są wręcz takie same. Jedzenie ma być przydatne do spożycia. – Prawdę powiedziawszy już nie mogę się doczekać, bo poprzedni rok zarówno po Bożym Narodzeniu, jak i Wielkanocy pokazał mi, że ludzi dobrej woli jest naprawdę bardzo wielu. Odzew był ogromny. Jeśli ktoś chciałby pomóc przy tej akcji może się zgłaszać. Przydadzą się z pewnością każde ręce – mówi Maria. Ma nadzieję, że w tym roku półki i lodówki będą uginały się od nadmiaru świątecznych przysmaków. – Nasza wrażliwość się zmienia i to jest chyba największa zaleta mody na dzielenie się jedzeniem – mówi.

Foodsharing nie tylko zdobywa popularność jako miejski trend, ale także jest dobrą formą edukacyjną. Świadczyć może o tym chociażby akcja przeprowadzona w jednej z poznańskich szkół. W Szkole Podstawowej nr 51 ustawiono skrzynkę, do której można włożyć kanapkę, której uczniowie nie mają ochoty zjeść a w zamian zabrać taka, która im smakuje. Kanapki muszą być pełnowartościowe, nie nadgryzione i nie zepsute.

Wybrane dla Ciebie