Półbuty Polski Fiat i półtrzewiki rekreacyjno-sportowe Ringo. Hity i kity obuwnicze w PRL

aktualizacja: 16:01 wyślijdrukuj
Na buty urządzało się w czasach PRL prawdziwe polowania (PAP/Jakub Grelowski/NAC/Rutowska Grażyna)

Obcinanie czubków kapci, które zrobiły się za małe albo wszywanie gumek do tych zbyt dużych, żeby nie spadały. W PRL ze sklepowej półki brało się to, co akurat było. A zwykle nie było z czego wybierać. Buty bywały więc towarem pożądanym.

– Dlaczego nie ma butów? – pytali w 1988 roku dziennikarze „Dziennika Telewizyjnego”. Odpowiedź okazała się prosta. Pojawiło się nowe zjawisko – ludzie chcieli mieć w szafie po kilka par. A rodzimy przemysł lekki nie dawał rady.

Pomorskie Zakłady Przemysłu Skórzanego „Kobra” zatrudniały ponad trzy tysiące pracowników i produkowały głownie buty męskie. Ponieważ państwo dbało o odgórne rozdzielanie surowców, zwykle czegoś brakowało. – Wtedy musieliśmy zmieniać cykl produkcyjny i dostosowywać go do aktualnych przydziałów i możliwości – wyjaśnia Janusz Szczypka, który w bydgoskiej „Kobrze” pracował od 1958 roku. Z jednego modelu się rezygnowało, a innego produkcję przyspieszano. W efekcie na rynku brakowało zawsze jakiegoś rodzaju obuwia.
Fabryki nie nadążały

Winni takiego stanu rzeczy byli samy Polacy, którzy nagle, zapragnęli mieć w szafie po kilka par butów. – W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jedna para butów obsługiwała kilkoro dzieci – wspomina Szczypka.

Jednak później to się zmieniło i pojawił się kłopot. Ludzie mieli coraz więcej pieniędzy i popyt przewyższył możliwości produkcyjne rodzimych fabryk. Sytuacji nie poprawiło otwarcie kolejnych zakładów w Gnieźnie czy Chełmie. Każda z nich produkowała rocznie po trzy miliony par.

W latach 60. fabryka w Bydgoszczy zaczęła produkować także na eksport. Buty szły głównie do ZSRR, Wielkiej Brytanii a także do Szwecji i Norwegii i były robiona bardzo starannie; kilkakrotnie przechodziły kontrolę jakości, która nie dotyczyła produktów przeznaczonych na rynek krajowy. W 1976 reklamacje dotyczyły nawet 30 procent obuwia.

– Wielka Brytania brała od nas buty właściwie do końca istnienia fabryki. W latach 70. to było około 250 tysięcy par rocznie – mówi Szczypka. W tamtym czasie zakłady eksportowały jedną czwartą swojej produkcji. Połowa z tego szła do ZSRR.
Wzory od projektantów po liceum zawodowym

Butów było za mało, ale jak podkreślają ówcześnie pracownicy, były porządne i bardzo trwałe. Niektórzy z nich mają je do dzisiaj. Szczypka wyjaśnia, że ponad połowa skór pochodziła z Argentyny. Krajowe dostawy nie były w stanie zaspokoić potrzeb produkcyjnych.

Wzory przygotowywali projektanci. Byli to np. absolwenci liceów plastycznych, którzy po kilku miesiącach zapoznawania się z procesem technologicznym, jak przekonuje Szczypka, byli w stanie przedstawiać ciekawe pomysły. – Zdarzało się, że niektóre projekty przekraczały możliwości technologiczne. Niwelowały to niezbędne korekty – dodaje.

Na wiosenne i jesienne targi projektanci przygotowywali kilkadziesiąt wzorów. Podczas wystaw podpisywano umowy handlowe z odbiorcami. Ale buty do sklepów trafiały także rozdzielnika.
Ringo i Polski Fiat, czyli marzenia klientów

W 1971 roku hitem na rynku stał się mały fiat. Sytuację postanowili wykorzystać projektanci z „Kobry”, którzy przygotowali półbuty męskie o nazwie Polski Fiat.

Charakterystycznym elementem był ukośnie ścięty obcas, kojarzący się z nogą na pedałach auta. Dodatkowo but ozdobiono biało-czerwonym emblematem w kształcie flagi. – To był strzał w dziesiątkę – wspomina Szczypka. Buty produkowano przez 2 lata. Dopiero po tym czasie model znudził się klientom.

Kolejnym hitem były półtrzewiki rekreacyjno-sportowe o nazwie Ringo; chodziło o popularną zabawę z plastikowym kółkiem. Poliuretanowy spód tych butów formowany był na wyciskarce i łączony z cholewką.

Nieświadomy klient

Szczypka wspomina też zabawną historię, jak to jeden z nieświadomych klientów „Kobry” chwalił się butami z tej fabryki, które kupił za granicą. Ponieważ opatrzone były tylko pieczątką importera, nie wiedział, co właściwie nosi. – Bardzo je wychwalał i żałował, że nie ma takich w kraju. Szybko wyjaśniliśmy mu, że chodzi w naszych butach – śmieje się były pracownik bydgoskich zakładów.
  • (fot. arch.PAP/Jerzy Baranowski)
  • (fot. arch.PAP/Jakub Grelowski)
  • (fot. NAC-Rutowska Grażyna)
  • (fot. NAC-Rutowska Grażyna)
  • (fot. NAC-Rutowska Grażyna)

Hity i kity obuwnicze w PRL

Przymusowy postój urlopowy

Fabryka „Kobra” pracowała pełną parą. Od lat pięćdziesiątych na dwie zmiany produkowała tysiąc par butów na dobę.

Co roku na początku lipca maszyny zatrzymywano i ogłaszano postój urlopowy. Załoga jechała na wakacje, a do hal wkraczali mechanicy, którzy mieli zrobić przegląd i dokonać niezbędnych napraw.

Maksymalnie w najlepszym dla siebie okresie fabryka była w stanie wyprodukować 3,5 miliona par butów rocznie.

Lata 80. przyniosły bydgoskim zakładom problemy. Pojawiły się ograniczenia eksportu, trudności lokalowe i techniczne. Maszyny były wyeksploatowane. Zaczęto ograniczać zatrudnienie. Ostatecznie w 1992 roku Pomorskie Zakłady Przemysłu Skórzanego „Kobra” upadły.
Marzenia o kozakach z Syreny

Roman Grochowski, który w 1991 roku pracował w sprywatyzowanych zakładach produkujących buty Syrena w Mińsku Mazowieckim, wyjaśnia, że ówczesne fabryki nie wytrzymały konkurencji. – Rynek zapchany był tanimi butami z Chin. Magazyny Syreny pękały w szwach. Buty były drogie, bo z wysokiej jakości surowców – wyjaśnia. Właściwie żaden z PRL-owskiech zakładów produkujących buty nie przetrwał nawet po prywatyzacji. I kozaczki z Syreny, o których marzyły panie zniknęły ze sklepowych półek.

Wybrane dla Ciebie