TYLKO U NAS

Krzysztof Czeczot dla tvp.info: lubię mówić, że robimy filmy bez obrazu

Marta Kawczyńska aktualizacja: 07:00 wyślijdrukuj
Krzysztof Czeczot jest aktorem, reżyserem i producentem (fot. wikipedia.org)

– To jest moje przekleństwo. Ja już nie czytam książek, ja je słyszę. Nie tragizuję w żaden sposób, ale po prostu tak jest. Zaczynam myśleć, jak skrócić narratora, jakie dodać dźwięki, kto by mógł być narratorem – mówi w rozmowie z tvp.info Krzysztof Czeczot, aktor, reżyser oraz producent.

Krzysztofa Czeczota można było ostatnio zobaczyć w roli Zupy w filmie „Pitbull. Nowe porządki” Patryka Vegi. Zajmuje się także reżyserią i produkcją audiobooków oraz słuchowisk teatralnych.

W lutym 2013 radiowa Trójka wyemitowała słuchowisko Czeczota pt. „Andy”, w którym grający tytułową rolę Adam Woronowicz dialoguje m.in. z Romanem Wilhelmim (głos Wilhelmiego pochodzi z archiwów Polskiego Radia). Na festiwalu Prix Europa w Berlinie Czeczot za to słuchowisko otrzymał prestiżową nagrodę Best European Radio Drama of the Year 2013. Na swoim koncie ma także realizację audiobooków takich jak „Karaluchy”, „Gra o Tron” czy „Blade Runner”. Obecnie pracuje nad słuchowiskiem „Biblia Audio Superprodukcja”.
Gdybym cię zapytała o pierwsze słuchowisko, które zrobiło na tobie wrażenie, to co byś odpowiedział?

Odpowiedziałbym, że to był „Koziołek Matołek” na czarnych, winylowych płytach. To była bajka i to było jak bajka. Musiałem i chciałem się w niej zanurzyć i odpłynąć. Jak to zazwyczaj z pierwszymi wrażeniami bywa, również to było silne i miałem je bardzo długo.

Urodziłeś się w 1979 roku, ja w 1981. To pokolenie wychowane na bajkach z czarnych płyt, to była nasza rozrywka…


To prawda. W moim rodzinnym mieście w okresie wakacyjnym, gdy było najwięcej wolnego czasu, rozrywki były dwie – sport i radio. Jak dojrzewaliśmy, dopiero wtedy wchodziły kolorowe, telewizyjne kanały. Myślę, że to fajnie, że nie musieliśmy dorastać w hałasie. Te bajki na winylach poruszały naszą wyobraźnię, powodowały skupienie. Mam poczucie, że jesteśmy spokojniejsi. My, którzy dojrzewaliśmy przy książkach, uprawiając podwórkowy sport, słuchając radia czy winylowych historii.
Tak to w tobie siedziało, że postanowiłeś się w pewnym momencie zająć tym na poważnie?

Nie do końca tak było. Gdy pracowałem i mieszkałem jeszcze w Szczecinie, dostałem propozycję od prezesa Radia Szczecin, żebym zrobił słuchowisko. Pojechałem do Berlina, gdzie prezentowane są najlepsze wydarzenia radiowe i telewizyjne. Tam przez kilka dni słuchałem tych najlepszych europejskich projektów, aż byłem gotowy.

To było na równi z aktorstwem?

Na równi. Już pracowałem, byłem od pięciu lat aktorem Teatru Współczesnego w Szczecinie, miałem swoja audycję w radiu, a dyrektor, tak jak mówiłem, zaproponował mi napisanie i zrobienie słuchowiska.

Co cię w tym tak porwało i wciągnęło?

To, że mogę was porywać i wciągać bez ograniczeń. Jeśli słuchowisko jest dobrze zrobione, to słuchacz może wejść do wnętrza tej historii, wyświetlać w swojej głowie własny film.

O twoich audiobookach często mówi się, że to dobrze zrobione słuchowiska.


Bo to tak jest. Audiobook kojarzy się z książką czytaną przez jeden głos, słuchowiska radiowe czy superprodukcje, które realizowałem, są czymś pomiędzy teatrem radia i słuchowiskiem. Nie gra się jak w teatrze radiowym ruchem, tylko siada się przy stoliku i mikrofonie i czyta, a potem dodajemy do tego warstwę dźwiękową na postprodukcji. Lubię mówić, że robimy filmy bez obrazu.

To ładne stwierdzenie…

A, dziękuję. Wymyśliliśmy je tutaj, w naszym studiu Osorno, które prowadzę już od kilku lat.
Jak zabiera się do takiego przedsięwzięcia? Wybierasz sobie książkę i…

Trzeba przede wszystkim usłyszeć to, czego nie można przeczytać. To hasło, które promuje naszą ostatnią produkcję, czyli „Biblię Audio”. Zanim coś zrealizujemy, czytamy. To są zazwyczaj dwa czytania w moim przypadku, żeby zobaczyć, czy to jest do zrealizowania. Nie wszystko potrafiłbym zrobić. Potem zdobywa się prawa autorskie, finansowanie, rozpisuje się scenariusz. Zastanawiam się, jaki głos byłby najlepszy do danej roli, zaczyna się obdzwanianie, zapraszanie aktorów. Rzadko udaje nam się zgrać ich terminy tak, aby pojawili się razem w studiu, ale dzięki technice nie musi być dwóch aktorów, żeby ze sobą dialogowali. Potem dokłada się warstwę dźwiękową, efekty specjalne. Wysyłamy nasze ścieżki do kompozytora. Dbamy o to, aby do każdej naszej produkcji była odpowiednio dobrana muzyka, bo to dodaje głębi opowieści. Potem to do nas wraca i jest etap masteringu, aby każdy głos, dźwięk, nuta były dobrze słyszane. Wspomniałeś o kompozytorze.

Można powiedzieć, że twoja przygoda z audiobookami zaczęła się właśnie od kompozytora, a dokładnie od Stanisława Soyki?


Tak, pan Stanisław nagrał sonety szekspirowski. W 1996 roku słuchałem ich po raz pierwszy, nagranych jeszcze wtedy na kasecie magnetofonowej. Pomyślałem, że to jest coś, co jest niezwykłe. Byłem wtedy małolatem. Jako harcerz, przy ognisku grałem i śpiewałem m.in. „Tolerancję”, a tu nagle odkryłem zupełnie inny styl, kompozycje na podstawie świetnej poezji. Ta płyta jest dla mnie wciąż aktualna, chodliwa. Miałem to szczęście, że poznałem go osobiście i poprosiłem o nagranie muzyki do mojego słuchowiska. Do dziś mam przyjemność być niedaleko maestro.

Powiedziałeś, że czytasz książkę dwa razy przed realizacja. Czytasz, czy słyszysz?

To jest moje przekleństwo. Ja już nie czytam książek (śmiech), ja je słyszę. Nie tragizuję w żaden sposób, ale tak po prostu jest. Jak zabieram jakąkolwiek książkę na wakacje, poza poradnikami i autobiografiami, chociaż one też zaczynają mi już brzmieć, to ją słyszę. Zaczynam myśleć jak można ją zrobić, jak skrócić narratora, jakie dodać dźwięki, kto by mógł być narratorem.
Słyszysz, kto do jakiej roli by pasował?

Nie, to nie jest tak z automatu. Gdy przeczytam całość, najpierw ustalam, kto byłby narratorem, potem dopiero myślę nad głosami bohaterów. To drzewo się rozrasta, głosy mają być charakterystyczne, niepowtarzalne. Po kilku minutach słuchania, słuchacz ma po głosie rozpoznawać bohatera.

„Karaluchy” to audiobook, od którego o Czeczocie zaczęło być głośno? Pojawiła się tam muzyka zespołu Pink Freud, dźwięki z Tajlandii...


Tak naprawdę nie wiem, co jest moją rozpoznawalną pracą, nie śledzę tego, ale czasem ktoś zaczepia mnie na ulicy i mówi, że słyszał moje audiobooki. „Karaluchy” rzeczywiście są nośne, rozpoznawalne. Rzeczywiście było tak, że pojechaliśmy do Tajlandii i nagraliśmy dźwięki tego miejsca, by je potem wykorzystać w produkcji. Poza „Karaluchami” to także „Blade Runner”, „Gra o tron”, „Filip”. Mamy też duży oddźwięk po „Krzyżakach”, w których wykorzystaliśmy współczesny sposób narracji, czy po „Opowieści o Janie Karskim”. To, co mnie cieszy, to że po każdym kolejnym tytule ludzie mówią, że to dla nich jest fajna robota. Nie mamy spotkań z widzami, czytelnikami, nie robi się premier audiobooków, a mimo to nasza praca jest rozpoznawalna.

A Biblia? Skąd wziął się ten pomysł?

Z ambicji. Pomyślałem, że ja i ludzie, z którymi współpracuję, jesteśmy gotowi pod kątem merytorycznym, żeby się do tego zabrać. Za najważniejszą i najpoważniejszą książkę, nie ujmując jej wielkości. Traktujemy to jako podróż do źródła.

W twoim dorobku jest słuchowisko „Andy”, którym połączyłeś głos nieżyjącego już Romana Wilhelmiego z głosem Adama Woronowicza.

Tą realizacją pokazaliśmy, że aktor nie umiera nigdy, że można z jego głosu skorzystać wkładając go w nowy kontekst, rzeczywistość. Jestem zauroczony audiobookiem „Moskwa-Pietuszki" w wykonaniu Wilhelmiego. To jest czytane perfekcyjnie, krajobraz namalowany jest głosem jednego aktora. Przesłuchałem to x razy, napisałem własny scenariusz i poprosiłem Adama, żeby to zobaczył – czy to szaleństwo jest atrakcyjne. Tak powstał „Andy”. Dostałem za niego radiowego Oscara w Berlinie.
Ostatnio mogliśmy oglądać cię w filmie Patryka Vegi „Pitbull. Nowe porządki”. Zaskoczyłeś tą rolą.

Patryk Vega był pierwszym, który dał mi zagrać kogoś innego niż informatyka w okularach, życzliwą, miłą, serdeczną ciapę. Rola gangstera Zupy była totalnym przeciwieństwem. Patryk powiedział mi, że skoro taki nie jestem, to mam to zagrać. To była świetna praca, mam szacunek do tego, co zrobiliśmy. Takich ról wcześniej nie grałem i nieprędko się taka zdarzy.

Boją się ciebie, a właściwie postaci, którą stworzyłeś?

Mieliśmy z żoną zabawną sytuację. Wchodzimy do restauracji, w której często bywamy, a właściciel mówi: „Zupa beka już opłacona”. To było zabawne. Ale nie ma powodu się bać, to tylko kino.

Jak się do tej roli przygotowywałeś?

Rozmawiałem bardzo dużo z Patrykiem – jak grać, jak chcemy, by ten mój Zupa wyglądał. On ma doskonałą dokumentację, zna te tematy jak żaden reżyser w Polsce. Nie przyglądałem się oryginałowi mojej postaci. To się może przydać na pewnych etapach, ale nie jest konieczne. Uznałem, że to, co mówił Patryk, jest wystarczające.

Wspomniałeś, że są książki, których nie da się „nagrać”. Jaką miałeś na myśli?

„Sklepy cynamonowe” Schulza. To jest coś, czego nie należy robić, to majstersztyk literacki. Wysłuchałem kiedyś, jak czytał ją jeden aktor i mimo że zrobił świetną robotę, wciąż uważam, że to książka, której nagrywania powinno się urzędowo zabronić. To jest fenomenalna pozycja.

Wybrane dla Ciebie