Wolę kłamać jako pisarz niż jako poseł na Sejm

aktualizacja: 07:37 wyślijdrukuj
fot
Marcin Wroński (fot. Bartek Wardziak)

– Kwinto w filmie „Vabank” powiedział, że woli kraść par excellence jako złodziej, niż jako prezes czy dyrektor. Z podobnego powodu wolę kłamać jako pisarz niż poseł na Sejm. Szczególnie że przynajmniej powieść gatunkowa to oszustwo kontrolowane i jednocześnie gra o jasnych regułach. Czytelnik, który sięga po kryminał, wie, czego w ogólnych zarysach może się po nim spodziewać, tak jakby przystępował do partii szachów. Ucieszy się jednak zawsze, gdy zasady gatunku zostaną w sprytny sposób złamane – mówi portalowi tvp.info Marcin Wroński, autor bestsellerowych kryminałów, których bohaterem jest przedwojenny komisarz Zyga Maciejewski. Właśnie ukazała się kolejna jego powieść pt. „Portret wisielca”.

Dochodzenie komisarza Zygi Maciejewskiego w „Portrecie wisielca” może się wydawać nietypowe. Owszem, jak w każdym porządnym kryminale, mamy zwłoki, ale są to zwłoki samobójców.

A samobójstwo nie jest przecież przestępstwem, prawda? To jednak nie wyklucza śledztwa, które jest osią każdego kryminału. Zaś nietypowa jest większość moich powieści, bo chociaż są kryminałami, rzadko kończą się widowiskowym ujawnieniem i ujęciem złoczyńcy jak np. u Agaty Christie. Wierność gatunkowi nie jest dla mnie celem samym w sobie, za ważniejsze uważam połączenie jego reguł z realizmem i prawdopodobieństwem. Dlatego komisarz Zyga Maciejewski nie prowadzi samych spektakularnych spraw, natomiast przeważnie odkrywa drugie dno z pozoru zwyczajnych zdarzeń kryminalnych. Jak to w życiu.

W „Portrecie wisielca” wyraźna jest warstwa faktograficzna, jednak ucieka pan od konkretnych dat. Wiadomo, że są lata trzydzieste i już. Dlaczego?

Z bardzo prostego powodu. Intryga jest jak zawsze fikcyjna, choć rzeczywiście opiera się na kilku wydarzeniach historycznych. Gdy zgromadziłem potrzebną mi dokumentację, okazało się, że fakty, które są dla mnie istotne, miały miejsce na przestrzeni kilku lat, natomiast powieść nie udźwignęłaby tak długiego czasu. Trzeba było zamknąć ją w kilku tygodniach. Stwierdziłem, że najlepszym wyjściem będzie napisać o atmosferze lat trzydziestych, niejako kondensując niektóre wydarzenia, zbliżając je do siebie. A gdy już to zrobiłem, zdziwiłem się po raz drugi, dlaczego do tej pory tak uparcie ładowałem do swoich książek daty dzienne. Zdziwiłem się też, dlaczego inni moi koledzy piszący powieści w tym samym gatunku, robią to samo. Przecież w dowolnym polskim kryminale retro jest więcej dat niż w całej trylogii Sienkiewicza.
fot. materiały prasowe
Pytanie, po co?

Określenie, że coś się stało o tej i o tej godzinie konkretnego dnia stwarza ułudę wręcz dziennikarskiego realizmu, reportażu. Czytelnik nie jest jednak przecież aż tak naiwny, żeby uwierzyć, że coś się w kryminale wydarzyło, jest prawdą.

Różnie to bywa z czytelnikami i widzami np. seriali. Niektórzy wierzą głęboko, że ulubiony bohater istnieje lub istniał naprawdę.

Wiara w literaturę chyba nie jest aż tak ogromna. Choć wiele razy dziennikarze i czytelnicy pytają mnie, czy inspiruję się faktami. Ale nigdy nikt mnie nie pytał, czy to możliwe, że jego babcia z Lublina widywała Maciejewskiego na tej czy innej lubelskiej ulicy.

Inaczej niż w kilku poprzednich opowieściach o śledztwach Zygmunta Maciejewskiego nie ma w „Portrecie wisielca” wątku powojennego. Nie pasował?

Tak, zupełnie nie był potrzebny. Kryminał jest o tyle trudnym wyzwaniem, że w nim wszystko musi grać, zazębiać się. W porównaniu z innymi gatunkami powieściowych, jest wyjątkowo precyzyjną konstrukcją. Każdą scenę wyobrażam sobie jako kółko zębate, które ma poruszyć kolejne kółko. Ważne jest tylko to, co służy opowieści, a reszta jest do wyrzucenia. Przygotowując się do napisania „Portretu wisielca” przeczytałem ok. 6000 stron najróżniejszych źródeł, z czego wykorzystałem może 60. Wygląda to na straszliwe marnotrawstwo, ale w kryminale naprawdę nie ma miejsca np. na długie opisy ulic czy kamienic miasta, którego autor lub autorka jest fanatycznym wielbicielem.

Wspomniał pan o autorze, fanatycznym wielbicielu miasta. Czy jest pan miłośnikiem Lublina?

Może nie fanatycznym, ale przejmuję się miejscem, w którym mieszkam. Tylko czasem, gdy ktoś mnie pyta, czy potrafiłbym żyć gdzieś indziej, to czuję się trochę zażenowany. Preferowana odpowiedź brzmi oczywiście „nie”. Ale prawda jest taka, że każdy by potrafił znaleźć sobie nowe, dobre miejsce do mieszkania. Choćby był nawet z Paryża.

Paryż dlatego, że planowane jest tłumaczenie serii o Maciejewskim na francuski?

Takie luźne skojarzenie. Jeśli chodzi o tłumaczenie, to rzeczywiście jest duże prawdopodobieństwo, że dojdzie do skutku. Wspomniałem Paryż, bo to dla większości z nas synonim miasta marzeń, chociaż osobiście za Paryżem nie przepadam.
Przygotowując się do napisania „Portretu wisielca” przeczytałem ok. 6000 stron najróżniejszych źródeł, z czego wykorzystałem może 60. Wygląda to na straszliwe marnotrawstwo, ale w kryminale naprawdę nie ma miejsca np. na długie opisy.
Lublin jest w pana książkach trochę jak Chicago z klasycznych czarnych kryminałów – gangsterzy, speluny, prostytutki.

Takie historie interesują mnie najbardziej, bo pasują do kryminałów. Ale pamiętajmy, że każde miasto ma swoją mroczną stronę. Gdybym pisał np. romanse z wyższych sfer, pewnie zwracałbym większą uwagę na bale, stroje i high life.

Nigdy pana w tę stronę nie ciągnęło?

Bardzo mnie ciągnie, ale nie wiem, czy potrafię. Zobaczymy. Ale to dopiero po tym, jak skończę cykl o Maciejewskim.

Dwie książki i cztery lata?

Dwie książki i dwa lata. Obie mam już częściowo napisane.

Czyli tak naprawdę zaczyna się u pana epoka po Maciejewskim?

Niedługo się zacznie. Poza tym, to nie jest tak, że obiecuję nigdy do tego bohatera nie wrócić. Nie mogę jednak opowieści o nim ciągnąć w nieskończoność, ponieważ założyłem sobie, że każdy z kryminałów o Maciejewskim będzie napisany wg innego wzorca, będzie mieć inny klimat, śledztwo dotyczące innego środowiska. Robię to konsekwentnie, ale to możliwe tylko dlatego, że książek będzie 10. Gdyby miało być ich 30, prawdopodobnie nie byłbym w stanie.

Nieprzypadkowo też zmieniam miejsca akcji. W „Kwestji krwi” był to Zamość, w „Portrecie wisielca” wróciłem do Lublina, ale w kolejnym tomie, w „Czasie Herkulesów”, będzie to Chełm. Miejsce wpływa na rozwój akcji.

Może pan zdradzić, o czym mniej więcej będzie „Czas Herkulesów”?

Akcja będzie się rozgrywać w środowisku sportowym, zapaśniczym. Tam padnie trup i tam były bokser Maciejewski będzie prowadził śledztwo, które uruchomi w nim wspomnienia z dzieciństwa. Jako uczeń lubelskiego gimnazjum chodził nielegalnie, w tajemnicy przed nauczycielami i ciotką, na zawody zapaśnicze. W śledztwie pojawią się osoby, które znał. Do tej pory nigdy nie zdarzyło się, żeby śledztwo wiązało się z osobistymi sprawami komisarza.
Budynek, w którym mieściła się Uczelnią Mędrców Lublina (fot. Wikimedia Commons/Krzysztof Schabowicz)
Jeśli przyjmiemy, że „Kwestja krwi” to romans kryminalny, a „Portret wisielca” – kryminał uniwersytecki, to „Czas Herkulesów” będzie kryminałem sportowym. Tytuł zaczerpnąłem z książki wybitnego przedwojennego zapaśnika Teodora Sztekkera pt. „W potrójnym nelsonie”. Sztekker urodził się na Lubelszczyźnie, w Wojciechowie w powiecie chełmskim. W swojej autobiografii napisał, że kończy się w sporcie czas Herkulesów i zaczyna się czas Ulissesów, czyli już nie wygrywa lepsze, tylko cwańszy zupełnie jak dziś. W powszechnej świadomości mamy wyobrażenie międzywojnia jako epoki sportu fair play, ale to mit. Zatem w „Czasie Herkulesów” jak mantrę powtórzę to samo, co w pozostałych powieściach: czasy, o których piszę, były dokładnie takie same jak nasze, tylko wtedy ludzie nie mieli komórek i komputerów.

W „Portrecie wisielca” pokazuje pan Lublin jako prężny ośrodek uniwersytecki. Akcja wiąże się z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim i Uczelnią Mędrców Lublina, czyli największą i najnowocześniejszą w Europie szkołą talmudyczną. Mówi się o nich w powieści jako o Sodomie i Gomorze. Dlaczego?

Bo przyzna pani, że to dobrze brzmi. A przy tym nie jest pozbawione racji. Popularne historii obu uczelni opisują je jako wieże ze spiżu: KUL szczególnie zasłużony w okresie PRL-u jako schronienie opozycji, jesziwa jako ledwie rozkwitła i już naznaczona piętnem Szoach. Autor kryminałów nie może sobie jednak pozwolić na sentymentalizm. Im coś jest ładniejsze, bardziej świetliste, tym bardziej dla mnie podejrzane. Dlatego z przyjemnością eksploruję takie historie, jak antysemityzm części studentów KUL-u albo regularną falę starszych roczników uczniów jesziwy czy podejrzaną sylwetkę jej drugiego rektora. Właśnie od strajku w jesziwie przeciw niemu rozpoczyna się „Portret wisielca”.

Wprowadził pan też do powieści element mistyczno-tajemniczy.

Dla równowagi, żeby wzbogacić atmosferę. A także by pokazać, że dawne uczelnie, gdy jeszcze nie obowiązywał system boloński, były miejscami, gdzie część profesorów i część studentów żyła w kulcie nauki. W „Portrecie wisielca” okazuje się jednak, że ten kult może mieć zgubne skutki, a gierki i intrygi są ponadczasowe.
W „Czasie Herkulesów” jak mantrę powtórzę to samo, co w pozostałych powieściach: czasy, o których piszę, były dokładnie takie same jak nasze, tylko wtedy ludzie nie mieli komórek i komputerów.
Kryminał retro to gatunek, w którym czuje się pan komfortowo?

Jestem na pewno doświadczonym pisarzem, ale nigdy nie czuję się do końca komfortowo. Gdybym stawiał na komfort, pisałbym każdą książkę w prawie taki sam sposób, nie stawiałbym sobie nowych wyzwań. Ale wiem, że dla mojego pisarskiego rozwoju byłoby rzeczą bardzo korzystną, gdybym udowodnił, że umiem pisać nie tylko kryminały i nie tylko retro.

Nie chce pan iść drogą Agaty Christie? Napisała ponad 90 powieści kryminalnych z Herculesem Poirotem i panną Marple.

Proszę zauważyć, że większość czołowych autorów powieści kryminalnych w Polsce, próbuje pisać za każdym razem inaczej. Robi tak np. Mariusz Czubaj. Zygmunt Miłoszewski po napisaniu trzech znakomitych kryminałów nieprzypadkowo rozstał się z gatunkiem. Jako pisarz świadomy swojego warsztatu doszedł do wniosku, że postać prokuratora Szackiego wyczerpała się, że nie da się o nim już nic nowego powiedzieć. Podobnie Marek Krajewski odszedł od Eberharda Mocka i nowym bohaterem uczynił Edwarda Popielskiego. Zmiany są konieczne, żeby się nie zasuszyć.

A nie jest paradoksalnie trudniej napisać dobrą książkę w nurcie gatunkowym? Wodze fantazji można puścić tylko do pewnego momentu. Są przecież reguły, których trzeba się trzymać. Jak w sonecie czy udowadnianiu matematycznego równania.

Dobra analogia. Tak, trzeba znać reguły, po to także, by je łamać. Dziecko, które bazgrze nie jest malarzem abstrakcjonistą. W latach dziewięćdziesiątych poeta Miłosz Biedrzycki napisał utwór „Dwa sonety”, w którym w cudowny sposób bawi czytelnika. Pisze na przekroczeniu, ale wie doskonale, od czego się odbija. Trudność z pisaniem gatunkowym polega na tym, że na pierwszym miejscu stawiamy nie artyzm, ale zasady i reguły. Rzeczywiście, tak jak w matematyce.

Jak to jest, że ludzie tak bardzo lubię czytać kryminały, a za dowodzeniem równań matematycznych nie przepadają?

Myślę, że bardziej uwodzi ich sztuka oszustwa, prawdziwe opowiadanie nieprawdziwych historii. Drugą taką sztuką jest polityka. Kwinto w filmie „Vabank” powiedział jednak, że woli kraść par excellence jako złodziej, niż jako prezes czy dyrektor. Z podobnego powodu wolę kłamać jako pisarz niż poseł na sejm. Szczególnie że przynajmniej powieść gatunkowa to oszustwo kontrolowane i jednocześnie gra o jasnych regułach. Czytelnik, który sięga po kryminał, wie, czego w ogólnych zarysach może się po nim spodziewać, tak jakby przystępował do partii szachów. Ucieszy się jednak zawsze, gdy zasady gatunku zostaną w sprytny sposób złamane. Znów tak jak w szachach: figury zawsze są takie same, chociaż gramy przecież z nadzieją, że ta rozgrywka okaże się niepowtarzalna.

W jaką grę gra pan jako czytelnik?

Najczęściej czytam książki potrzebne mi do pracy i niewiele czasu zostaje mi na czytanie dla przyjemności. Ale jeśli znajdę chwilę, sięgam po Wiesława Myśliwskiego. Na Targach Książki dostałem nowy kryminał prof. Tadeusza Cegielskiego pt. „Głowa”, to kryminał uniwersytecki, którego akcja częściowo rozgrywa się w 1821 r. Wydano go na cześć rocznicy Uniwersytetu Warszawskiego. Lubię takie smaczni historyczne i chętnie „Głowę” przeczytam. Przyznam jednak, że lektura kryminałów nie daje mi relaksu, bo czuję się, jakbym był w pracy. Dlatego ostrzę sobie zęby na rozległą „Solfatarę” Macieja Hena.

Marcin Wroński – autor bestsellerowych kryminałów o komisarzu przedwojennej policji Zygmuncie Maciejewskim. Ma na swoim koncie wiele nagród, m.in. Wielkiego Kalibru (2014) i Kryminalnej Piły (2014). Mieszka w Lublinie. Morderstwo pod cenzurą (2007), „Kino Venus” (2008), „A imię jej będzie Aniela” (2011), „Skrzydlata trumna” (2012), „Pogrom w przyszły wtorek” (2013), „Haiti” (2014), „Kwestja krwi” (2014), „Portret wisielca” 2016.

Wybrane dla Ciebie