Katarzyna Bonda dla tvp.info: pisanie nie jest sexy, ale jest moje

aktualizacja: 17:03 wyślijdrukuj
fot
Katarzyna Bonda (fot. TVP)

– Myślę, że miałam dużo szczęścia. Przeżyłam okres biedy. Zanim stworzy się markę, zanim czytelnicy zaczną z niecierpliwością czekać na kolejną książkę, musi upłynąć trochę czasu. Na początku żyłam od pożyczki do pożyczki. Gdyby nie pomoc najbliższych osób, przyjaciół i rodziny, zginęłabym z głodu – mówi portalowi tvp.info Katarzyna Bonda, autorka bestsellerowych kryminałów.

Mamy czas okołoświąteczny. W „Pochłaniaczu” jest scena, która rozgrywa się podczas Bożego Narodzenia. Święta są literacko atrakcyjne?

Specjalnie użyłam w „Pochłaniaczu” Bożego Narodzenia i Wigilii, uwielbiam robić rzeczy w kontrze. Boże Narodzenie to moment przejścia, każdy zastanawia się nad upływem czasu. Jest rodzinnie i optymistycznie. W „Pochłaniaczu” chciałam te pozytywne aspekty przełamać i pokazać, że zło nie świętuje. Nie można się zabezpieczyć, bo ono nawet w świąteczny czas sączy się wąską stróżką. Świąt można też użyć po to, by pokazać jasne strony najgorszego łotra. Zmiennokształtne postaci są charakterystyczne dla powieści kryminalnej. Jeszcze nie odważyłam się na podważenie autorytetu świąt, ale może to jest dobry pomysł na przyszłość?

Jak to jest być „królową kryminału”? To spełnienie marzeń?

Nigdy o tym nie marzyłam. Za „królową kryminału” ciągle dostaję po głowie, ludzie się ze mnie naśmiewają. Traktuję ten tytuł jak dobry żart. A marzenia nigdy nie spełniają się wtedy, kiedy uważamy, że nadszedł właściwy moment. Chciałam być pianistką. To było moje prawdziwe marzenie. Od szóstego roku życia do końca liceum grałam na pianinie po cztery godziny dziennie. Miałam swój instrument, którzy rodzice kupili mi kosztem wielu wyrzeczeń. Pod koniec liceum powiedziałam mojej pani profesor, że chcę zdawać do akademii muzycznej. Umówiła się wtedy ze mną na poważną rozmowę. Byłam bardzo młoda i pewna siebie, w ogóle nie przyszło mi do głowy, że powie mi coś, co nie będzie po mojej myśli. Usłyszałam jednak od niej: „Kasiu, może byś się zajęła jakąś inną dziedziną sztuki, może fotografią?”. To był dla mnie straszny cios.
Katarzyna Bonda w otoczeniu czytelników (fot. PAP/Marcin Obara)
Co się pani najbardziej podobało w pianistyce?

Uwielbiałam dopracowywanie utworu, dążenie do perfekcji. Dostawałam nuty i po godzinach ćwiczeń dochodziłam do tego, że mogłam grać w zupełnej ciemności, z zawiązanymi oczami. Najważniejszy był ten moment przejścia, kiedy zapis nutowy stawał się muzyką, z jej kolorystyką, rytmem, melodią. Ale koncertowanie nie szło mi dobrze, spalałam się na scenie. A dość dużo występowałam, m.in. w Filharmonii Białostockiej. Przez recitale fortepianowe w szkole muzycznej nie chodziłam na dyskoteki, bo nie miałam na to czasu. Nauczycielka wiedziała, że scena nie jest moim żywiołem i zrobiła mi ogromną przysługę. Nawet gdybym skończyła akademię muzyczną, nie zostałabym pianistkę, bo lubiłam tylko fazę przygotowania utworu. Poszłam więc na dziennikarstwo. Teraz, gdy z perspektywy lat patrzę na to wszystko widzę, że pisanie ma wiele wspólnego z graniem na fortepianie.

W jakim sensie?

Praca nad książką jest jak opracowywanie utworu muzycznego. Obwąchuję temat, robię research. Potem przygotowuję szczegółowy plan. Kiedy siadam do pisania, to jest już ten moment grania w ciemności. Książkę piszę przez rok, czasem dwa i gdybym nie miała za sobą trudów czterogodzinnego, codziennego treningu pianistycznego, dzisiaj bym nie zniosła tej pisarskiej męczarni. Piszę intensywnie, muszę być głęboko w opowieści. Mój rekord to 18 godzin na dobę – stało się to podczas pracy nad „Okularnikiem”. Wtedy nie kontaktuję się z normalnym światem. Dostarczają mi jedzenie, babcia zajmuje się moją córką. Po trzech, czasem pięciu dniach takiego ciągu robię sobie małą przerwę na odpoczynek. Skupiam się wtedy na córce. Pisanie to jest na pewno rodzaj uzależnienia, transu, funkcjonuje się wtedy między różnymi światami. No i trzeba swoje odsiedzieć, po prostu dupa boli i już.

Korzysta pani z pomocy researcherów?

Nie, sama muszę wszystkiego dotknąć, zobaczyć. Kiedy piszę, wszystko to, co zobaczyłam, wraca do mnie. Nigdy też nie wiem, co się może przydać. Wracając do pracy nad „Okularnikiem” – w pewnym momencie musiałam przerwać pisanie i pojechać nocą do lasu, poczuć, jak tam jest.
Praca nad książką jest jak opracowywanie utworu muzycznego. Obwąchuję się z tematem, robię reasearch. Potem przygotowuję szczegółowy plan. Kiedy siadam do pisania, to jest już ten moment grania w ciemności.
Zanim zaczęła pani pisać książki, była pani dziennikarką kryminalną. Czyli od początku ciągnęło panią do tej tematyki?

To niezupełnie tak. Wiedziałam, że muszę mieć jakąś specjalizację, ale trudno mi było ją wybrać. Po pierwszym semestrze dziennikarstwa przeniosłam się na studia zaoczne i zaczęłam pracować w „Expressie Wieczornym”. Po pierwsze – byłam przekonana, że chodzenie na wykłady nie nauczy mnie warsztatu, a po drugie – pochodzę z biednej rodziny i musiałam zarabiać. Miałam siłę i chęć do walki, ale na początku robiłam tabelki o cenach marchewki i relacjonowałam posiedzenia radnych. Nuda. Coś się zaczęło dziać, gdy szef działu miejskiego wysłał mnie na proces morderców studenta Wojtka Króla. To było zastępstwo za Andrzeja Gassa, genialnego sprawozdawcę sądowego i pitawalistę. W tym czasie „Express Wieczorny” przodował w relacjonowaniu procesów. Kazali, więc poszłam. Spóźniłam się na rozprawę, bo zgubiłam się w wielkim labiryncie warszawskiego sądu. Na szczęście pozwolili mi wejść do sali rozpraw. Z procesu nic nie zrozumiałam, bo nie znałam akt. Za to wszystko dokładnie notowałam, kto zeznaje, co mówi, jak wygląda. Wysłuchano wtedy opinii osmologów, mówili o puszkach zapachowych. Czarna magia!

Byłam załamana. Żeby ochłonąć, poszłam do sądowego bufetu. Bardzo to było kiedyś klimatyczne miejsce. Schodziło się do niego trzy kondygnacje w dół, wtedy wszyscy tam palili i z gęstego dymu powoli wyłaniały się stoliki, przy których siedzieli prawnicy, rodziny oskarżonych, świadkowie, itp. Kupiłam kawę plujkę, zapaliłam papierosa i myślałam, co powiem w redakcji. Wtedy podszedł do mnie prokurator, zaczął rozmawiać. Powiedział, że jeszcze nigdy nie widział na procesie kogoś, kto tak skrupulatnie wszystko notował. Wyznałam mu, jaki mam kłopot, a on opowiedział mi jak dziecku, o co w tym procesie chodzi. Taki był początek naszej znajomości, bo do dzisiaj się przyjaźnimy. Po latach przyznał się, że podszedł do mnie, bo byłam ładna.
Miałam siłę i chęć do walki, ale na początku robiłam tabelki o cenach marchewki i relacjonowałam posiedzenia radnych. Nuda. Coś się zaczęło dziać, gdy szef działu miejskiego wysłał mnie na proces morderców studenta Wojtka Króla. To było zastępstwo za Andrzeja Gassa, genialnego sprawozdawcę sądowego i pitawalistę.
Napisałam tekst tak, jak teraz piszę książki. A kierownik się wściekł, wrzeszczał i klął, że to do niczego i zmarnowałam tylko czas. I znowu zajmowałam się marchewką. Andrzej Gass wrócił po chorobie, przeczytał mój tekst, powiedział, że mam talent i powinnam pisać książki. Wziął mnie pod opiekę, nauczył warsztatu. Zaczęłam chodzić do sądu, znajdowałam ciekawe sprawy, poznawałam ludzi z palestry. A paniom sekretarkom przyniosłam czekoladki, żeby mi pomagały. To były bardzo ciekawe czasy, procesy mafijne, głośne zabójstwa.

Doszłam do tego, że miałam same teksty okładkowe. Opowiadałam ludzkie historie, szukałam wątków o miłości, zdradzie, marzeniach. Aż dostałam nagrodę za te moje teksty i poczułam, że mam swoją działkę. Wciągnęłam się, zaczęło mnie to fascynować. Tematyka sama mnie wybrała. Potem zmieniałam redakcje, ale nadal pisałam o przestępstwach, często w szerszym kontekście diagnozy społecznej. Przestępstwo jest zachwianiem równowagi, zaburzeniem porządku. Jak w soczewce widać wszystkie nieprawidłowości. W śledztwie wychodzą na jaw tajemnice, które w innym przypadku pozostałyby ukryte na zawsze. W aktach znajdowałam właśnie takie rzeczy. Interesowały mnie nie tylko np. wyniki sekcji i przebieg samej zbrodni, choć oczywiście czytałam sprawozdania z sekcji. Głębsze wchodzenie w życiorysy ofiar i przestępców pokazuje, jak blisko nas jest zło.
Tematyka sama mnie wybrała. Potem zmieniałam redakcje, ale nadal pisałam o przestępstwach, często w szerszym kontekście diagnozy społecznej.
Czyta pani kryminały? Spotkałam pisarzy, którzy twierdzą że nie czytają konkurencji, żeby sobie nie psuć warsztatu.

No jasne, że czytam, to jest przecież moja robota. Wiem, co się dzieje w Polsce i na świecie. Uważam, że jeśli ktoś świadomie nie chce popełnić plagiatu, to tego nie zrobi. Muszę znać trendy, żeby nie wyważać otwartych drzwi. W powieści kryminalnej operujemy siedmioma podstawowymi motywami, a repertuar narzędzi zbrodni też jest dość ograniczony. Właściwie wszystko opisali Agata Christie i Raymond Chandler. Jeśli współcześni autorzy myślą, że są odkrywczy, to blagują. To, co można nowego zrobić, to nowe historie. Chodzi o umiejętność opowiadania o ludzkim losie, o tym, co jest przeznaczeniem, a na co sobie sami zasłużyliśmy. To mnie najbardziej interesuje. Uważam też, że nie można omijać brutalnych scen, to błąd merytoryczny.

Kryminał nie jest przez wszystkich ceniony. Bywają tacy, którzy traktują go wręcz z pogardą.

Oczywiście to rzecz gusty. Ale teraz kryminał jest mody, jest glamour. Gdy napisałam pierwszą książkę, ludzie na mnie dziwnie patrzyli. Brewka się podnosiła i słyszałam przekąs w głosie: „to pani pisze kryminały?”. Znaczyło to tyle, że nie potrafię napisać porządnej powieści. A pisanie kryminałów to poważna i ciężka praca. Trzeba precyzyjnie wymyślić intrygę, musi być napięcie. Zanim zasiadam do pisania książki, wiem o niej wszystko.

Warsztat rzemieślnika? Można pisać powieści kryminalne bez talentu literackiego?

Można, ale to nie jest literatura. Samo sprawne wymyślanie historii nie wystarczy. Dlatego jest cała masa pozycji, których nie cenię i nie czytam. Są stratą czasu, ale wiem, że wielu czytelnikom zapewniają rozrywkę.
fot. materiały prasowe
Pisania można się nauczyć?

Talent też się przyda. Wierzę, że trzeba nauczyć się warsztatu. Są ludzie, którzy mają naturalny dar, dużo w życiu przeczytali i poznali konstrukcje dramaturgiczne. Mają tę tzw. iskrę bożą. Jest też rzesza ludzi, którzy potrzebują wskazówek, muszą dostać narzędzia, nauczyć się, jak konstruować postaci, gdzie powinny być punkty zwrotne. To wymyślił Arystoteles, jego „Poetyka” to podstawa. Ja musiałam poznać warsztat. Może to kwestia braku wiary w swoje siły, ale długo nie nazywałam się pisarką. Przeszłam kursy pisarskie za granicą, a potem sama założyłam szkołę pod nazwą „Maszyna do pisania” i napisałam podręcznik. Podoba mi się uruchamianie projektów, ale ich prowadzenie mnie nudzi, szkołę prowadzi więc już ktoś inny. „Maszyna do pisania” to był mój protest wobec bardzo niskiej jakości literatury popularnej w Polsce. Uważam, że pisania należy się uczyć, rozwijać się. Na Zachodzie to jest normalne.

My zawsze byliśmy romantykami, a twórczość postrzegaliśmy w kategoriach wzniosłości. Pisarz tworzy, a nie pracuje. Ja mówię, że produkuję. Dlaczego można uczyć pisania dramatów, scenariuszy, a powieści nie? Nie wystarczy piękny, literacki język. Musi być jakaś historia do opowiedzenia. Czytelnik nie może się zastanawiać, co autor miał na myśli. Polska literatura tak często traci w tłumaczeniu, bo w trakcie przekładu znikają językowe ozdobniki i zostaje niedopracowana historia.
Uważam, że pisania należy się uczyć, rozwijać się. Na Zachodzie to jest normalne.
Pani książki są obecne na zagranicznych rynkach wydawniczych?

Sprzedałam dziewięć licencji zagranicznych. Pierwsze tłumaczenia wyjdą w 2017 r. Opowiadam uniwersalne historie. Moje książki są pisane starannym, prostym językiem. Dbam o rytm i nastrój, tak samo jak w muzyce – staccato, andante, amoroso. Myślę, że przed polskimi powieściami kryminalnymi otwiera się wielka szansa. Są różnorodne, wyraziste, nie są produktami sprawnego marketingu, jak to jest w przypadku wielu skandynawskich kryminałów.

W pewnym momencie skoczyła pani na główkę, zrezygnowała z dziennikarstwa i zaczęła pisać. Trudno było?

Tak. Posunięcie było bardzo ryzykowne. Nie lubię nieczystych sytuacji. Jeśli podejmuję decyzję, trzymam się jej, doskonalę się, chcę być najlepsza. Z perspektywy czasu myślę, że miałam dużo szczęścia. Przeżyłam okres biedy. Zanim stworzy się markę, zanim czytelnicy zaczną z niecierpliwością czekać na kolejną książkę, musi upłynąć trochę czasu. Na początku żyłam od pożyczki do pożyczki. Gdyby nie pomoc najbliższych osób, przyjaciół i rodziny, zginęłabym z głodu. Odeszłam od partnera, zostałam sama z dzieckiem. Nie mogłam zostać w związku, który był z różnych powodów niekomfortowy. Kością niezgody było moje pisanie. To dziwne, mieć za partnera człowieka, który upiera się – tak jak ja – że będzie pisał książki. Walka o kwestie finansowe była kluczowa, słyszałam, że jestem wariatką i robię głupoty. Ale byłam pewna, że będę pisać. Musiałam postawić na niezależność i walczyć o siebie, choć miałam małe dziecko i kredyt. Poczułam, że pisanie jest moje. Nigdy wcześniej nie miałam poczucia takiej komplementarności z tym, co robię. Nie mogłam więc postępować wbrew sobie. Choć to nie jest piękna, widowiskowa praca. Pisanie nie jest sexy.
Nie lubię nieczystych sytuacji. Jeśli podejmuję decyzję, trzymam się jej, doskonalę się, chcę być najlepsza.
Dlaczego?

Kiedy piszę, chodzę w dresie, mam brudne włosy, bolą plecy i gardło, bo niektórzy palą podczas pisania. Świat zewnętrzny przestaje istnieć, rachunki są niezapłacone, a ja siedzę wściekła, bo mi nie idzie scena. Trzeba to pokonać, samemu! To jest i upiorne, i fascynujące jednocześnie. Pokonuje się bariery i wchodzi coraz wyżej. Świat się zmienia, gdy się napisze słówko „koniec”. Potem zaczyna się druga część pracy. Nie rozumiem autorów, którzy nie lubią jeździć na spotkania autorskie, nie lubią kontaktu z czytelnikami. To jest mój deser. Tak wiele poświęcam pisaniu czasu i energii, że cieszę się, gdy moje książki są czytane. Z każdego spotkania wyciągam wnioski, czytam każdą recenzję. Zdaję sobie sprawę, co ludzi drażni w moich powieściach. Staram się cały czas podnosić swoje umiejętności, za każdym razem od nowa się męczę. To tak, jakbym konkurowała sama ze sobą. Gdzieś tam słyszę też szepty: „skuś baba na dziada”.

Napisała pani też książkę reportażową „Polskie morderczynie”. Dokument nie jest tak fascynujący jak fabuła?

To robota innego typu, wymaga innych kompetencji. Bierze się to, co daje świat i bohaterowie. Czasem to trzeba wydrzeć pazurami, a potem zostaje wybór formy i kompozycji. Powieść jest większym wyzwaniem, więcej pułapek czyha na autora. Zły typ narracji może położyć książkę. Dokument to przedłużenie dziennikarstwa, teraz bardziej interesują mnie wyzwania fabularne. Powieść kryminalna nie jest od poklepywania czytelnika po pleckach. Chodzi o pokazywanie przestrzeni, do których w prawdziwym życiu nie należy wchodzić, ale warto tam zajrzeć wirtualnie, przyjrzeć się na sucho niskim emocjom i instynktom. Potrzebujemy tego, żeby być lepszymi ludźmi. Trzeba wiedzieć, że w lesie czyha zły wilk.
Kiedy piszę, chodzę w dresie, mam brudne włosy, bolą plecy i gardło, bo niektórzy palą podczas pisania. Świat zewnętrzny przestaje istnieć, rachunki są niezapłacone, a ja siedzę wściekła, bo mi nie idzie scena. Trzeba to pokonać, samemu!
Stworzyła pani postaci dwójki profilerów, Huberta Meyera i Saszy Załuskiej. To wysokiej klasy specjaliści, którzy tworzą profile psychologiczne przestępców, dzięki czemu łatwiej ich schwytać. Dlaczego profilerzy?

Pierwszą książkę, „Sprawę Niny Frank” pisałam, gdy pracowałam w „Newsweeku”. Dużo czasu spędzałam tam na pusto, czekałam, aż redaktorzy sprawdzą tekst, żeby nanieść poprawki. I zaczęłam spisywać sobie różne scenki. Nie wiedziałam, że wyjdzie z tego kryminał. W tym czasie pisałam duże teksty okładkowe, o niewykrytych zbrodniach. Niektóre historie z mojej dziennikarskiej pracy zostawały we mnie bardzo głęboko. Tak było z morderstwem 20-letniej dziewczyny z Rawicza, Moniki. Była piękną blondynką, wyglądała jak Laura Palmer z „Miasteczka Twin Peaks”. Pracowała w sklepie, dorabiała sobie, bo chciała pojechać do szkoły językowej w Norwegii. Morderca przyjechał do sklepu na rowerze, zabił ją nożem i zabrał z kasy jakieś drobne pieniądze.

Bardzo przeżyłam tę sprawę. Napisałam o tym tekst. Potem podczas przeglądania prasy regionalnej znalazłam notatkę, że w końcu złapali mordercę. To był młody chłopak, miał na koncie cztery inne zbrodnie. Trudno go było znaleźć, bo wszędzie był przejazdem. Zadzwoniłam do tamtejszego komendanta i zapytałam, jak go znaleźli. Było to tak, że przyjechał koleś w czarnym płaszczu, wziął na noc akta sprawy, a rano przyniósł kartkę w kratkę, na której w 33 punktach rozpisał charakterystykę sprawcy. I policjanci, którzy prowadzili sprawę, wiedzieli już, gdzie i kogo szukać. Padło wtedy tajemnicze słowo „profiler”. To słowo było jak zaklęcie, policjanci sami o profilerach mało wiedzieli. Nie chcieli mi zbyt wiele zdradzić, bo obawiali się, że jeśli przestępcy dowiedzą się o profilowaniu, to będą bardziej skuteczni.

Jasnowidz był wtedy bardziej wiarygodny?

Zdecydowanie tak. Pan komendant miał jednak wobec mnie dług wdzięczności i powiedział mi, jak się ten facet nazywa. To był Bogdan Lach z Katowic. Wzięłam więc kilka dni urlopu i pojechałam do Katowic, żeby się z nim spotkać. W komendzie mi powiedzieli, że nie mają kogoś takiego jak profiler, a Bogdan Lach jest szefem sekcji psychologów. Nie chcieli mnie do niego wpuścić, ale się uparłam. Wyżebrałam pół godziny rozmowy. O profilerach do tej pory wiedziałam niewiele, trochę z amerykańskich filmów, ale przed wyjazdem przeczytałam książkę Instytuty Ekspertyz Sądowych „Profilowanie kryminalne” oraz „Motywy zbrodni” Johna Douglasa i Marka Olshakera. Miałam też w torbie wydruki z publikacji, które znalazłam na stronie FBI. Musiałam udowodnić, że coś na ten temat wiem. Wyglądałam wtedy dość niewiarygodnie, miałam dredy, nosiłam trampki i bluzę z kapturem.

Bogdan Lach był przekonany, że nie odróżniam podejrzanego od oskarżonego. Zaczęliśmy rozmawiać i z pół godziny zrobił się cały dzień. Wsiąkłam w ten temat. Lach opowiadał, że mało kto wierzy w profilowanie, że – tak jak pani mówi – jasnowidze stoją wyżej w hierarchii wiarygodności. Gdy wracałam w nocy z Katowic, wiedziałam już, że mam bohatera książki, czyli profilera. Potem Bogdan udzielił mi wywiadu i to był pierwszy w Polsce tekst o profilerach. Edward Kawecki zrobił do niego piękne, mroczne zdjęcia. I tak to było, wysoki sądzie.
Było to tak, że przyjechał koleś w czarnym płaszczu, wziął na noc akta sprawy, a rano przyniósł kartkę w kratkę, na której w 33 punktach rozpisał charakterystykę sprawcy. I wtedy policjanci, którzy prowadzili sprawę wiedzieli, gdzie i kogo szukać.
To, że jest pani kobietą z jasnymi włosami, pomagało w pracy dziennikarskiej, czy raczej przeszkadzało?

Różnie to bywało. Wchodziłam „na blondynkę”, ale później musiałam udowodnić, że mam mocy łeb. I że jestem twarda z natury, choć to nie do końca prawda. Z policjantami nauczyłam się palić, pierwszego papierosa zapaliłam, gdy miałam 25 lat. Na komisariatach palili wszyscy, trzeba się było dostosować. Do tej pory mam kontakty z policjantami, z którymi pracowałam jako dziennikarka, konsultuję z nimi wiele spraw. Czasem początki znajomości były dość nieprzyjemne, bo to szowinistyczny światek. Mieli też przykre doświadczenia z dziennikarkami, które wyciągały informacje, a potem je publikowały, choć obowiązywało na nie embargo, i przez to psuły śledztwo. Ja nigdy czegoś takiego nie zrobiłam. Takie same zasady obowiązywały podczas moich rozmów z gangsterami. Wiedziałam, co mogę opublikować, a czego nie. Wiele z tego, co mi opowiadali, wykorzystałam potem w „Pochłaniaczu”. Teraz dość sceptycznie podchodzę do tzw. dziennikarskich śledztw, bo wiem, że wszystkie przecieki są kontrolowane. Ale to już jest temat na zupełnie inną historię.

Nie jest pani twarda? Pozory mylą?

Życie wymusiło moją siłę. Musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Albo mogłam szukać kogoś, kto się mną zaopiekuje, albo zostać wojownikiem. Wybrałam to drugie. Chciałam pisać książki. Facetowi pisarzowi jest łatwiej. Zawsze znajdzie się kobieta, która będzie muzą, przyniesie kawkę, zrobi obiadek, zdejmie wszystkie ciężary z barków. W drugą stronę to nie działa, faceci nie chcą być opiekunami pisarek.

Jest pani w związku z pisarzem, z Mariuszem Czubajem? Spotkanie dwojga pisarzy to inna jakość?

Ale to jest specyficzna relacja. Widujemy się, nie przebywamy cały czas razem; każdy ma swój świat.

Prowadzę czasem kursy i zasada jest taka, że przychodzi 60 proc. kobiet i 40 proc. mężczyzn. Panowie wstydzą się tego, że czegoś nie potrafią. I m.in. dla niech napisałam książkę „Maszyna do pisania”, żeby sobie ją obłożyli w gazetę i w spokoju poczytali. Wszystkim mówię, że pisanie to zgoda na samotność. Inaczej się nie da. Często kobiety zaczynają pisać książkę, ale jej nie kończą, bo brakuje im czasu, ciągle ktoś czegoś od nich chce. Wybór pisarstwa to wybór sposobu życia.

Katarzyna Bonda – autorka bestsellerowych powieści kryminalnych. Do polskiego kryminału wprowadziła postać profilera: trylogia o psychologu policyjnym Hubercie Meyerze (Sprawa Niny Frank, Tylko martwi nie kłamią, Florystka), w 2014 roku zapoczątkowała "tetralogię żywiołów" o profilerce Saszy Załuskiej (Pochłaniacz – POWIETRZE, Okularnik – ZIEMIA, w przygotowaniu: Lampiony – OGIEŃ, Czerwony Pająk - WODA). Autorka książek dokumentalnych: Zbrodnia niedoskonała i Polskie morderczynie. Założycielka szkoły pisania www.maszynadopisania.pl. Ukończyła dziennikarstwo na UW i scenariopisarstwo na PWSFTViT.

Wybrane dla Ciebie