XIX wiek nazywano epoką arszeniku

aktualizacja: 13:41 wyślijdrukuj
Katarzyna Kwiatkowska (fot. Janusz Gliszczyński)

– Medycyna sądowa pod koniec XIX wieku raczkowała, już wiedziano, że każdy z nas ma indywidualne odciski palców, ale jeszcze nie wykorzystywano ich do tego, by udowodnić przestępcy, że to on popełnił zbrodnię. Dopiero w 1903 r. w Londynie wykorzystano odciski palców jako dowód w śledztwie. Nie wiedziano też jeszcze, że każda broń palna znaczy kule. Tak że można było na miejscu zbrodni podrzucić dowolny pistolet i twierdzić, że właśnie to było narzędzie zbrodni – mówi Katarzyna Kwiatkowska, autorka kryminalnej powieści pt. „Zbrodnia w szkarłacie”.

Kiedy czytałam powieść „Zbrodnia w szkarłacie” przypomniał mi się serial „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, który wiele lat temu emitowała TVP. Rzecz się działa w Wielkopolsce, na przestrzeni 100 lat, pod początku XIX wieku i opowiadała o walce z germanizacją…

...i o walce o ziemię. To był pierwszy serial na ten temat, który obejrzałam. I być może jedyny, jaki w ogóle powstał. Oglądałam go w dzieciństwie. Całe moje zainteresowanie XIX-wieczną Wielkopolską wtedy się zaczęło. Później cały czas pogłębiałam wiedzę. Ale to był początek mojej fascynacji.

Czyli najpierw było zainteresowanie historią, a dopiero potem pojawił się pomysł pisania kryminałów?

Zdecydowanie tak. Nigdy jednak nie interesowała mnie typowo szkolna, podręcznikowa historia. Fascynowało mnie dawne życie codzienne, zwyczaje, kuchnia, kultura materialna, historia dworu szlacheckiego.

Teraz już jest jasne, skąd wzięły się w książce m.in. smakowite opisy uczty weselnej…

Tak. Choć w poprzednich moich książkach było więcej o kuchni niż w „Zbrodni w szkarłacie”. Teraz starałam się trochę przyciąć ten wątek. Akcja toczy się przecież w rozpadającym się dworze, gospodarze mają kłopoty finansowe i na co dzień gotują proste, tradycyjne wielkopolskie potrawy, raczej chłopskie. Kuchnia szlachecka, pałacowa pojawia się dopiero, tak jak pani wspomniała, podczas przygotowań do uczty weselnej. Pani domu cierpi na popularną w Polsce przypadłość, którą ilustruje powiedzenie „Zastaw się, a postaw się”. Czyli jak przychodzą goście, to się trzeba pokazać, przemeblować dom, zrewolucjonizować życie domowników.
Kiedy postanowiła pani, że będzie pisać kryminały?

Nigdy nie pisałam do szuflady. Wiem, że bardzo wielu autorów mówi, że pisali od czasów szkoły podstawowej. Ja nie. Nie pisałam wierszy, opowiadań fantastycznych, nic takiego. Przez wiele lat byłam pracoholikiem w pełnym tego słowa znaczeniu, praca mnie pochłaniała. I pewnego dnia musiałam z tego trybu życia zrezygnować. Nagle okazało się, że dysponuję czymś, czego nigdy nie miałam, czyli czasem. Wtedy – nie wiem, skąd – pojawił się pomysł, że napiszę książkę. Jestem wielką miłośniczką kryminałów, wiedziałam więc na pewno, że napisze kryminał właśnie.

Czyli napiszę to, co sama lubię czytać?

Myślę, że to jest najlepsza recepta na sukces. Każdy pisarz, zanim zacznie pisać, jest przecież czytelnikiem. A skoro lubiłam czytać kryminały, była szansa, że w tej dziedzinie sprawdzę się najlepiej.

I sprawdziła się pani, bo debiutancka powieść kryminalna „Zbrodnia w błękicie” była nominowana do nagrody Wielkiego Kalibru.

To była zachęta do tego, żeby pisać dalej. Zwłaszcza że kryminał jest chyba najbardziej pojemnym gatunkiem literackim. Powinien zapewniać czytelnikowi rozrywkę, to oczywiste. Ale jest w nim również miejsce na poważniejsze tematy, na zagłębienie się w psychikę bohaterów, zgłębianie problemów codzienności, itp. Ja interesuję się historią, zdecydowałam się więc na osadzenie akcji swoich książek w przeszłości, w Wielkopolsce u na przełomie XIX i XX wieku.
Kostium historyczny nie jest dodatkową trudnością? Wydawałoby się, że łatwiej pisać o świecie, który znamy najlepiej, czyli o współczesności?

Dla mnie jest to rodzaj ucieczki przed współczesnością, która bywa dolegliwa, nachalna. Trzeba się z nią mierzyć, ale czasami przyjemnie jest się schować w czasach, które wydają nam się milsze. Choć, jak pokazałam to w „Zbrodni w szkarłacie”, ci ludzie mieli – gdy spojrzymy na to z naszej perspektywy – potworne problemy. Zacznijmy od drobnych niedogodności, które dla nas są naturalne, jak np. brak bieżącej wody w kranie, prądu, telefonu, itp. Była też wszechogarniająca nuda, taka, której nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Krąg ciągle tych samych twarzy, te same zajęcia. I do tego walka z zaborcą. Rząd pruski robił bowiem wszystko, by Polaków wynarodowić.

Gdybym pisała kryminały współczesne, na pewno trochę ułatwiłabym sobie pracę. Nie musiałabym tak dokładnie badać przeszłości. Wystarczyłaby mi obserwacja tego, co dzieje się wokół mnie. O czym ludzie rozmawiają, jak się zachowują, co czytają, itp. Podczas pisania kryminału historycznego trzeba wiele czasu poświęcić na dokumentację, natomiast mniej wymagająca jest warstwa dotycząca samej zbrodni, technik kryminalistycznych. Medycyna sądowa pod koniec XIX wieku raczkowała, już wiedziano, że każdy z nas ma indywidualne odciski palców, ale jeszcze nie wykorzystywano ich do tego, by udowodnić przestępcy, że to on popełnił zbrodnię. Dopiero w 1903 r. w Londynie wykorzystano odciski palców jako dowód w śledztwie. Nie wiedziano też jeszcze, że każda broń palna znaczy kule. Tak że można było na miejscu zbrodni podrzucić dowolny pistolet i twierdzić, że właśnie to było narzędzie zbrodni.
Możemy więc powiedzieć, że to był „raj” dla przestępców?

Trochę tak. XIX wiek nazywano epoką arszeniku. Tak więc, przygotowanie intrygi kryminalnej nie jest aż tak wymagające, jak opowiedzenie o dawnych realiach. Zbrodnia i śledztwo pochłaniają mi 5, 10 procent pracy nad książką. W książce „Zobaczyć Sorrento i umrzeć”, której akcja dzieje się tak samo jak w przypadku „Zbrodni w szkarłacie” w 1900 r., jest scena podróży bohaterki pociągiem z Neapolu do Pompejów. Napisanie jej zajęło mi wiele dni, ponieważ musiałam sprawdzić, czy na tej linii jeździły wagony pierwszej, drugiej i trzeciej klasy; jak wyglądały wagony; czy bilet oddawało się konduktorowi podczas wsiadania czy wysiadania; czy za bagaż podręczny trzeba było płacić; czy kobiety podróżowały w kapeluszach, itp. Mnóstwo detali, na których najłatwiej jest się poślizgnąć. Czujność jest niezbędna i cały czas trzeba ją zachować.

Intryga kryminalna musi jednak być bardzo precyzyjnie zbudowana, bo to jest jednak w w kryminale najważniejsze.

Piszę powieści detektywistyczne. Znaczy to, że czytelnik musi otrzymywać te same informacje, które otrzymuje detektyw i mieć takie same jak on szanse na rozwiązanie zagadki. Autor prowadzi więc intelektualną grę z czytelnikiem. Podaje tropy, ale też stara się skierować jego uwagę na nieco inne okoliczności, umniejszać pewne fakty, ale ich nie ukrywać. Chodzi o to, by czytelnik od razu nie dostrzegł, co w danej sprawie jest kluczowe. To jest teraz o tyle trudne, że większość czytelników kryminałów to prawdziwi eksperci. Na pamięć znają wszystkie numery, schematy i np. dla nich najbardziej podejrzaną osobą jest ta, która na początku wydaje się zupełnie bez winy. Wywarcie wrażenie na czytelniku jest teraz o wiele trudniejsze niż w czasach Agaty Christie.
Lubi pani kryminały Agaty Christie?

Czytałam wszystkie jej książki i to nie jeden raz. Jest wzorcem, stworzyła kryminał uniwersalny. Choć wiadomo, że współczesny czytelnik żąda czegoś więcej. Ważna jest nie tylko sama zbrodnia i śledztwo, ale także tło obyczajowe, psychologia, itp. Zagadka kryminalna była u Agathy Christie zawsze najwyższej klasy i pod tym kątem staram się do niej nawiązywać. Czyli wszyscy podejrzani zostają przedstawieni, nie wyciągam ich z kapelusza. Gram fair, tak jak grała pani Christie.

Bohater, Jan Morawski, jest detektywem z przypadku jak panna Marple, a jego kamerdyner, Mateusz budzi skojarzenia z doktorem Watsonem, przyjacielem Sherlocka Homesa.

Tak, albo z kapitanem Arthurem Hastingsem, który pomagał Herculesowi Poirotowi. To klasyczny dosyć układ. Poza tym, Mateusz jest niezbędny, bo zamożny ziemianin w tamtych czasach musiał mieć kogoś takiego. Starałam się uczynić postać Mateusza ciekawą. I wydaje mi się, że Mateusz ma większe rzesze wielbicielek wśród czytelniczek, niż Jan. Jest osobą niezwykle lojalną, a ja lojalność niezwykle cenię, wyposażyłam go więc w tę cechę. A poza tym, on się całym sobą we wszystko angażuje. W drugiej powieści, w której występował, jednym z wątków była choroba innego służącego. Mateusz zlekceważył śledztwo prowadzone przez Jana i zajmował się chorym. Bardzo go lubię też za to, że potrafi być bardzo zabawny.

Co lubi pani u Jana?

Wyrozumiałość i tolerancję, a są to cechy, których mnie samej brakuje. Jestem wielbicielką prozy Tadeusza Boya-Żeleńskiego. W jednym ze szkiców nt. literatury francuskiej Boy opisywał swoją ulubioną postać molierowska z „Mizantropa”, Filinta i nazwał go emanacją sceptycyzmu intelektualnego. Uważał, że to jest wcielona wyrozumiałość i tolerancja, że to jest człowiek, który widzi wady innych, ale potrafi przejść nad nimi do porządku dziennego. Gdy konstruowałam postać Jana, postanowiłam, że on będzie właśnie taki. Czasami pojawiają się zarzuty, że jest bezbarwny, że nie ma traum i fobii, które inni współcześni powieściowi detektywi miewają, że nie jest pijakiem, narkomanem, nie ma depresji. Ale to, że jest miłym człowiekiem, go wyróżnia. Potrafi się jednak zdenerwować.

Ale nie chce się angażować w związki z kobietami. Dlaczego?

Wydaje mu się, że nie jest stworzony do długofalowych związków. Przez lata był przekonany, że jest już prawie narzeczonym pewnej młodej damy, Konstancji, która byłą bohaterką książki „Zobaczyć Sorrento i umrzeć”. Konstancja w końcu się jednak zniecierpliwiła niemrawością zalotów Morawskiego i ogłosiła deklarację niepodległości.
Skąd bierze pani pomysły na zbrodnie? Czytuje pani dawne kroniki kryminalne?

Obserwuję i czytam. W „Ablu i Kainie” zainspirowałam się wątkiem z powieści, którą tłumaczyłam, czyli z „Żon i córek” Elizabeth Gaskell. Chodziło o zapatrzenie ojca w jednego z synów i całkowite ignorowanie drugiego. Drugi wątek w „Ablu i Kainie” był wynikiem przypatrywanie się osobie z mojego otoczenia i jej fobii związanych z ojcem. Intryga kryminalną to przede wszystkim kto, kogo i dlaczego zabił. A później doplata się wątki, które wzbogacają książkę i wprowadzają zamieszanie.

Po „Zbrodni w błękicie” dwie książki wydała pani sama. Czyli dobre recenzje i nominacja do Wielkiego Kalibry nie otwarły drzwi wydawnictw?

Wiem, że są pisarze, którzy wysyłają swoją książkę do jednego wydawnictwa i już. Książka zostaje przyjęta i dość szybko przychodzi kontrakt na kolejne. W moim przypadku to była trudna orka i nie życzę nikomu takiej drogi.

Self publishing ma jakieś zalety?

Zaletą, która może też być wadą, jest to, że autor jest od początku do końca całkowicie odpowiedzialny za całokształt książki, za treść, okładkę, tekst na okładce. Ale ma to też minusy, bo ja nie znam się na wymaganiach rynku. Powieść potrzebuje redaktora, który przyjdzie i bezwzględnie powie, co trzeba wyciąć, czego jest za mało, czego za dużo. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiała do tego wracać.

Pisze pani nową książkę, w której występuje Jan Morawski?

Mam pomysły na kilka następnych. Bardzo wiele zależy jednak od tego, czy wydawnictwo będzie zadowolone z wyników, które osiągnie „Zbrodnia w szkarłacie”.

Trzymam kciuki, żeby wszystko się udało.

Katarzyna Kwiatkowska wydała powieści kryminalne: „Zbrodnia w błękicie”, „Zobaczyć Sorrento i umrzeć”, „Kain i Abel”, „Zbrodnia w szkarłacie”.

Wybrane dla Ciebie