Najbardziej skażone miejsce na Ziemi. Radziecki atom i katastrofa, o której milczano dziesiątki lat

Jezioro Karaczaj to najbardziej zanieczyszczone miejsce na Ziemi (fot.Wikipedia/NASA/Google Maps)

Dla człowieka to miejsce zabójcze - wystarczy godzina, by promieniowanie doprowadziło do śmierci. Jezioro Karaczaj na rosyjskim Uralu uznawane jest za najbardziej skażone miejsce świata. Ale w jego okolicy nadal mieszkają ludzie i nadal pracują zakłady atomowe Majak, które kiedyś wytwarzały komponenty niezbędne do stworzenia broni jądrowej. Przez lata były pilnie strzeżoną tajemnicą Związku Radzieckiego. Tak wielką, że światła dziennego nie ujrzała nawet informacja o olbrzymiej katastrofie, porównywalnej z awarią reaktora atomowego w Czarnobylu.

Jezioro Karaczaj położone jest na Uralu, w obwodzie czelabińskim. Na zaledwie kilku zdjęciach, które można znaleźć w sieci, z pozoru niczym się nie wyróżnia: ot, jezioro o nieregularnym kształcie, przypominającym literę “S”. Ale według ekspertów, to najbardziej zanieczyszczone miejsce na Ziemi. 25 lat temu podczas pomiarów okazało się, że godzina spędzona nad brzegiem jeziora dla człowieka oznacza dawkę 600 rentgenów. Czyli taką, która zabija.

Pytanie numer jeden: dlaczego?

Jezioro Karaczaj przez wiele lat traktowane było jak kosz na radioaktywne odpady pobliskich zakładów atomowych Majak, a dzieła ostatecznego skażenia dopełniły ekologiczne katastrofy z lat 50. i 60. Związek Radziecki, podobnie jak w przypadku Czarnobyla, milczał o tym przez lata. Prawda wyszła na jaw dopiero w 1990 roku.

Zakłady Majak (nazywane początkowo Czelabińsk-40 i Czelabińsk-65) powstały w późnych latach 40. XX wieku - w wielkim pośpiechu i całkowitej tajemnicy. Pięć reaktorów miało rafinować i obrabiać pluton do głowic nuklearnych, później zakłady zaczęły głównie przetwarzać radioaktywne substancje z nieużywanej broni i poatomowych odpadów. Obecnie produkuje się tam tryt i promieniotwórcze izotopy.

W pierwszych latach działania zakładów radioaktywne odpady - m.in. Stront-90 i Cez-137 - były spuszczane wprost do pobliskich rzek i jezior. Mieszkający w regionie ludzie zaczęli chorować na białaczkę, bezpłodność i raka. Ewakuowano ponad połowę z 40 okolicznych wsi.

Sześć na siedem

Ale to był dopiero początek. W 1957 roku doszło do poważnego wypadku, zwanego katastrofą kysztymską: awarii uległ system chłodzenia zbiornika, w którym były dziesiątki tysięcy ton radioaktywnych odpadów. W rezultacie doszło do podwyższenia temperatury odpadów i wybuchu, który wyrzucił w powietrze 160-tonową betonową pokrywę zbiornika. Skażonych zostało około 20 tys. km kwadratowych powierzchni. Ewakuowano 10 tysięcy osób. Zdarzenie dostało szósty stopień w siedmiostopniowej skali - była to trzecia największa katastrofa w historii po wycieku z Fukushimy i awarii reaktora w Czarnobylu.

Jezioro Karaczaj na zdjęciu z Google Maps

Nie wiadomo, ile osób ucierpiało na skutek promieniowania po wypadku. Szacuje się, że około 50 zmarło z powodu raka wywołanego napromieniowaniem, a u kolejnych 66 zdiagnozowano chorobę popromienną. Ogółem skutkami katastrofy dotkniętych zostało 270 tys. mieszkających w okolicy ludzi.

Nie mów nikomu

Związek Radziecki trzymał wiadomość o katastrofie w sekrecie i zaprzeczał jej przez blisko 30 lat. Jedynymi dowodami były relacje okolicznych mieszkańców, którzy widzieli srebrzyste łuny na niebie i zdjęcia z amerykańskich satelitów, którym udało się udokumentować zniszczenia, jakie wywołał wybuch zbiornika. Zachód dowiedział się o wypadku jednak dopiero w 1976 roku za sprawą emigranta, biologa Żoresa Miedwiediewa, który ujawnił część faktów.

CIA oczywiście wiedziała o wszystkim dzięki wspomnianym zdjęciom satelitarnym, ale nie chcąc wywoływać paniki w czasach zimnej wojny, trzymała wszystko w sekrecie. Rosja przyznała się do katastrofy dopiero w 1992 roku.

Mapa okolic zakładów Majak (fot.NASA)

Później w zakładach Majak dochodziło jeszcze do wielu awarii, gdy napromieniowaniu, czasami w śmiertelnej dawce, ulegali pracownicy fabryki. Jeden z poważniejszych wypadków wydarzył się w 1968 roku, gdy dwóch pracowników zakładów wlało roztwór plutonu to złego pojemnika, w wyniku czego jeden z nich zmarł, a drugi stracił obie nogi.

Najbardziej ucierpiała jednak przyroda i wspomniane jezioro Karaczaj. Przez dziesięć lat wylewano do niego radioaktywne roztwory, licząc, że nie wydostaną się one poza granice zbiornika (jezioro nie jest zasilane rzekami). Ale inżynierowie się przeliczyli - w 1967 roku nadeszła susza, przez którą jezioro właściwie wyschło. Wówczas zgromadzony na jego dnie radioaktywny pył został nawiany nad pobliskie miasto Oziorsk, powodując napromieniowanie około 400 tys. osób.

Droga radioaktywnej chmury po katastrofie kysztymskiej (fot. Wikipedia)

Epilog

W 1990 roku do jeziora Karaczaj dopuszczono naukowców. Zmierzyli, że promieniowanie na brzegach jeziora jest w stanie zabić człowieka w ciągu godziny. Od tamtego czasu wokół jeziora systematycznie wylewa się beton, który ma zniwelować skutki skażenia. Najprawdopodobniej jest już o wiele za późno: zanieczyszczone zostały tysiące metrów sześciennych wód podziemnych.

Zakłady Majak nadal są czynne.

W Oziorsku wciąż mieszka około 80 tysięcy osób. Nie skarżą się na kłopoty ze zdrowiem.

Oziersk dzisiaj (fot.Wikipedia/Sergey Nemanov CC BY SA 3.0)

źródło:
Zobacz więcej