Dobry detektyw to nieszczęśliwy detektyw

Beata Zatońska aktualizacja: 06:30 wyślijdrukuj
fot
Marcin Wroński (fot. Ryszard Hołubowicz)

– Z pisania da się żyć. Jeśli ktoś myśli inaczej, to znaczy, że źle interpretuje rzeczywistość. Jedni pisarze żyją lepiej, inni gorzej. Mamy kapitalizm i trzeba wiedzieć, gdzie pieniędzy szukać i się po nie schylić – powiedział portalowi tvp.info Marcin Wroński, autor bestsellerowego cyklu kryminałów retro z komisarzem Zygą Maciejewskim jako głównym bohaterem. W księgarniach jest już szósta część powieściowego cyklu pt. „Haiti”.

„Haiti” to szósta powieść z lubelskim komisarzem Zygmuntem Maciejewskim. Życie Zygi idzie naprzód, doprowadził pan go do lat pięćdziesiątych XX w., ale intrygi kryminalne nadal są zakorzenione w przedwojniu. Dlaczego?

Paradoksalnie, lepiej znam Lublin przedwojenny i jego życie kryminalne niż to z początku lat 50. Nie ma dokumentacji, na której mógłbym się oprzeć podczas pisania książki osadzonej właśnie w tych latach. Trudno zaufać gazetom z tamtych lat, to jedna wielka fikcja. Pozowane zdjęcia i lipne artykuły. Przeglądałem je teraz, żeby napisać krótki wątek do „Haiti”. Panuje tam propagandowa nuda, nie ma porządnej kroniki kryminalnej. Prasa przedwojenna to zupełnie co innego! Było tam wszystko, ogłoszenia drobne, w których np. widać, czego ludzie potrzebowali, jak myśleli, reklamy, mnóstwo tekstów obyczajowych. Nie lubię tego Lublina tuż po wojnie. Poza tym, Zyga Maciejewski, jako przedwojenny policjant, w Polsce Ludowej już jest poza nawiasem, nie prowadzi śledztw.

Pozbawił go pan wszystkiego – żony, dziecka, pracy. Zostały mu tylko wspomnienia.

Ten bohater tak był pomyślany. Plan miałem taki, że to będzie facet, który do pewnego momentu będzie odnosił sukcesy w pracy, chociaż tylko w pracy. Potem nie będzie miał nawet tego. Postać tragiczna.

Dobry detektyw to nieszczęśliwy detektyw?

Trudniej jest stworzyć postać szczęśliwą, która jednocześnie będzie miała w sobie dramatyzm i ciągnęła akcję. Pisane dzisiaj kryminały najczęściej odwołują się do powieści noir, do Raymonda Chandlera czy Dashiella Hammetta. Tkwimy w tej tradycji. Kryminały, w których najważniejsza jest zagadka, pisane są teraz z przymrużeniem oka i bardzo czuć w nich fikcję. Kryminał, który jest najchętniej czytany i który sam najbardziej lubię, odwołuje się do tradycji powieści realistycznej, pokazuje życie miasta, podziemne, złe. Do takich historii najlepszy jest bohater z połamanym życiorysem.

Łatwiej takiego bohatera stworzyć?

Dobry bohater to ciekawy bohater, a ktoś, komu jest dobrze, jest nudny. Nic się nie dzieje w starciu kogoś takiego ze światem, płynie przez życie niesiony na falach szczęścia i powodzenia.
„Haiti”
Zyga Maciejewski ma przekorny charakter, ciągle jest w konflikcie z przełożonymi. To podbija napięcie.

Staram się pokazać realia jego pracy. I jest tak, że jeśli gdzieś jest mina, to on na pewno na nią wejdzie. Taka jest też moja metoda myślenia o bohaterze i o kolejnych intrygach. Oprócz wymyślania kolejnych intryg kryminalnych, zastanawiam się też, jaką kłodę pod nogi mogę rzucić komisarzowi Maciejewskiemu. Za każdym razem Zyga ma nowy problem osobisty. Na pewno potrzebni są superbohaterowie, ale w literaturze realistycznej czytelnik ma ochotę na spotkanie z kimś z krwi i kości, z kimś, kto ma dużo gorzej od niego, komu można współczuć. Większość czytelników to kobiety i wiem, że komisarz Maciejewski budzi w nich instynkt opiekuńczy.

Powieściowy przedwojenny Lublin ma tajemnice, które razem ze swoim bohaterem pan bada. Czy mają one zakorzenienie w zbrodniach, które naprawdę się wydarzyły?

Nie, nie opisuję autentycznych zbrodni, bo one nie są ciekawe. Oczywiście czerpię pomysły z prawdziwych wydarzeń, ale niekoniecznie kryminalnych. Pomysł „Pogromu w przyszły wtorek” zaczerpnąłem z krótkiej informacji prasowej z lat czterdziestych. To była kilkuzdaniowa notatka dziennikarska, prawie dokładnie zacytowana w książce. Chodziło o to, że zginęła dziewczyna. Ktoś puścił plotkę, że padła ofiarą żydowskiego mordu rytualnego. Milicja się za sprawę wzięła i okazało się, że dziewczynka uciekła z domu. W efekcie nie doszło do pogromu. Musiałem to oczywiście sprawdzić. Skonsultowałem się z historykami i zapytałem, dlaczego nie skończyło się tak jak w Krakowie czy w Kielcach. Dopowiedziałem sobie, że w sprawę wtrącił się komisarz Maciejewski. Ale to był jedyny przypadek, gdy autentyczne zdarzenie zainspirowało mnie tak wprost. Zwykle jest to suma pewnych informacji, czasem jakiś drobiazg, ciekawy, oryginalny szczegół. Staram się w każdej książce pokazywać inne miejsca w Lublinie, inne środowiska. Zastanawiam się, czego w poprzednich książkach nie było, co można jeszcze opisać. Są też inne inspiracje. Np. w „Haiti” pobrzmiewają echa „Vabanku” Machulskiego.

A skąd się wzięły wyścigi konne w „Haiti”. Kolejny pomysł, by torturować Maciejewskiego, który koni nie lubi?

Stało się to za sprawą mojego przyjaciela, który prowadzi fanpage „Aj law LUBLYN”. Wyszukuje i zamieszcza tam różne lubelskie ciekawostki. Od kilku lat namawiał mnie, żebym napisał „końskiego” Maciejewskiego. Opierałem się, bo nie interesują mnie wyścigi. Cykl o Maciejewskim jednak rósł, potrzebowałem kolejnych tematów. Kiedyś usiedliśmy, przyjaciel zaczął mi opowiadać. Pokazywał też albumy z rosyjską XVIII- i XIX-wieczną biżuterią. Znalazłem w albumie medalion, który się świetnie nadawał, by wepchnąć go komuś do gardła. Połączyłem dwa wątki, biżuterii i wyścigów, i zacząłem wierzyć w ten pomysł. Zostałem namówiony i zagrało. Czasem się tak zdarza. Nie unikam zatem lobbingu. W „Kinie Venus” Maciejewski z narzeczoną mieszkał lubelskiej dzielnicy Dziesiąta. Poprosiła mnie o to rada dzielnicy. Zastanowiłem się, okazało się, że to mi pasuje i zgodziłem się. Oczywiście, gdybym musiał naginać akcję, byłoby to niemożliwe. Ale w takim przypadku, dlaczego nie.
fot.
Wypromował pan Lublin w literaturze.

Do tej pory było go raczej mało, a w kryminałach był zupełnie nieobecny. Władze Lublina doceniają to, otrzymałem też Nagrodę Literacką Miasta Lublina. Jeśli powstanie serial o Maciejewskim, a mam nadzieję, że tak będzie, bo prace nad nim są dość zaawansowane, Lublin stanie się jeszcze popularniejszy. Jest już scenariusz na 11-odcinkowy serial. Napisałem go na podstawie „Morderstwa pod cezurą”, „Kina Venus” i „Skrzydlatej trumny”. Jest producent, Studio Filmowe Kalejdoskop, liczymy na TVP. Miasto obiecało, że wspomoże produkcję. Już ponad dwa lata nad tym pracujemy.

Podjął się pan pisania scenariusza? Bywa, że autorzy nie chcą tego robić.

Lubię uczyć się nowych rzeczy. A to było prawdziwe wyzwanie.

Niedawno przez media przetoczyła się burzliwa dyskusja o tym, czy w Polsce da się wyżyć z pisania książek? Co pan na to?

Da się. Należałoby raczej zapytać nie „czy”, ale „jak”. Na pewno jest wąskie grono tych, którzy zarabiają na tym krocie. Jedni pisarze żyją lepiej, inni gorzej. Mamy kapitalizm i trzeba wiedzieć, gdzie pieniędzy szukać i się po nie schylić. Dyskusja, o której pani wspomniała, była bardzo przykra, nikt z biorących w niej udział nie zachował się ładnie, niezależnie od tego, czy miał rację, czy nie.

Jest pan z Maciejewskim ładnych kilka lat. To długi związek. Przebiega bez problemów? Długo będzie jeszcze trwał?

Mam umowę na 10 książek. Do Zygi Maciejewskiego nie mam osobistego stosunku. Myślę o nim w kategoriach praktyczno-technicznych, ile dam radę jeszcze z jego postaci wyciągnąć. W każdej powieści staram się coś nowego o nim powiedzieć, konfrontować go z nowymi sytuacjami, zaskakiwać czytelnika, odkrywam nieznane do tej pory zdarzenia z życia Zygi. Czasem martwię się, na ile wystarczy mi „świeżego Maciejewskiego”. Czytelnicy cyklów powieściowych jednocześnie bowiem oczekują pewnej powtarzalności i lubią niespodzianki. Oczywiście Hercules Poirot Agathy Christie był cały czas taki sam, ale ja bałbym się teraz tak pisać. Publiczność literacka jest coraz bardziej wymagająca. Piszę prozę gatunkową, ale staram się po prostu tworzyć dobrą literaturę. Zależy mi na interesującej intrydze kryminalnej, nie marzę jednak o tym, by było to coś tak skomplikowanego na poziomie zagadki, aby wspomniana Agatha Christie wstała z grobu i zaczęła klaskać. W dobrej książce ważne jest to, co dzieje się między ludźmi, emocje, uczucia, a kryminał jest tłem, które tylko musi z tym grać. W „Haiti” motorem napędowym akcji są zemsta i honor.
fot.
Co szykuje pan w następnej powieści o Maciejewskim?

Będzie nosić tytuł „Kwestja krwi” – kwestja przez „j”, zgodnie z dawną ortografią. Część akcji będzie się rozgrywać w latach 50. i Zyga zostanie trenerem w podrzędnym klubie bokserskim. Opiszę też pierwszą sprawę, którą w latach 20. w Zamościu prowadził młody aspirant Maciejewski. Czytelnicy dowiedzą się więc, co wydarzyło się, zanim dostał promocję do Lublina. Pojawi się też znowu komisarz Leon Przygoda. To postać autentyczna. W latach 20. komendant policji w Zamościu, potem awansował do Warszawy. W czasie wojny wywieziony do Ostaszkowa, zabity w Miednoje.

Czytuje pan przedwojenne kryminały? W „Haiti” wyposażył pan w nie Zygę, który wybierał się w podróż pociągiem. On jednak uznał, że tego czytać się nie da.

Czytam, bo pomagają mi budować świat moich bohaterów. Pasjonują mnie jednak bardziej jako literackiego archeologa niż czytelnika. Były pisane pod inną wrażliwość, pod odbiorcę sprzed prawie stu lat, przyzwyczajonego do innej narracji. Miała to być literatura lekka, łatwa i przyjemna, tzw. wagonowa. Przed wojną jednak cieszyły się dużą popularnością. Ekranizowano je, tak jak np. „Czerwonego błazna”. Film niestety nie zachował się do naszych czasów. Zyga Maciejewski nie mógł być ich fanem, bo znał kryminalne środowisko od podszewki i wyczuwał każdy fałsz.

Jedna książka na rok to duże tempo dla pisarza?

To absolutne minimum, jeśli się nie chce wypaść z obiegu. Oczywiście jeśli mówimy o literaturze gatunkowej, a taką jest kryminał. Znakomity artysta Wiesław Myśliwski może sobie pozwolić na zamilknięcie na trzy, cztery lata. Ale to jest inna półka i inna literatura. Jako literacki rzemieślnik nie mogę sobie pozwolić na takie przerwy, bo moje miejsce na rynku zająłby ktoś inny.

Co po Maciejewskim, myśli pan o tym?

Mam pomysły, więc Maciejewski ma się dobrze. Żadnego cyklu nie można jednak przeciągać w nieskończoność. Myślę o kryminalnej alternatywie dla Zygi Maciejewskiego, ale to przyszłość. Marzy mi się też napisanie czegoś innego, niekryminalnego. Zobaczymy.

Marcin Wroński

pisarz, autor kryminałów; z wykształcenia polonista, pracował jako nauczyciel, redaktor i dziennikarz; mieszka w Lublinie. W 2007 roku zainaugurował cykl kryminalny z komisarzem Zygą Maciejewskim – dziś liczący już sześć tomów. Jest także autorem thrillera kościelnego :Officium Secretum. Pies Pański”. Za książkę „Pogrom w przyszły wtorek” dostał Nagrodę Wielkiego Kalibru oraz Wielki Kaliber Czytelników. „Morderstwo pod cenzurą” i „Kino Venus”, kryminały otwierające cykl z Maciejewskim, ukazały się po rosyjsku.

Wybrane dla Ciebie