Najpierw Horn, potem Antarktyda. Polacy płyną na koniec świata

Chcą popłynąć jak najbliżej bieguna południowego. Jeśli im się uda, zapiszą się na kartach historii światowego żeglarstwa. Polski jacht, polsko-czeska załoga i... TVP INFO na pokładzie. Start zaplanowano na dziś, a od poniedziałku relacje z ekspedycji „Selma-Antarktyda-wytrwałość” znajdziecie na portalu tvp.info.

Jest zimno, mokro, wieje i strasznie kiwa. Antarktyczne lato bywa dużo gorsze niż polska zima. Okolica południowego bieguna to jednak ostatnie miejsce na Ziemi, gdzie można dokonywać wielkich odkryć. A plan jest ambitny. Podróżnicy chcą najpierw opłynąć słynny przylądek Horn, w grudniu wziąć udział w słynnych regatach Sydney-Hobart, a na koniec popłynąć najdalej, gdzie się da na południe – aż do Zatoki Wielorybów na Morzu Rossa, śladami Ernesta Shackletona – wielkiego XX-wiecznego podróżnika i żeglarza.

Kierunek – Antarktyda

Pomysł rejsu na Morze Rossa chodził po głowie Piotra Kuźniara już od wielu lat. Żeglarz i jego przyjaciele przez lata zbierali doświadczenie w arktycznych zmaganiach.„Selmą” na Antarktydę pływają już od ponad ośmiu lat.Wcześniej gościli m.in. na Spitzbergenie i Grenlandii. W tym czasie załoga okrzepła i nabrała potrzebnego przetarcia i hartu. Na pokładzie nie zabraknie doświadczonych żeglarzy. To prawdziwa elita.

(fot. www.selmaexpeditions.com)

Na początek Horn

Na mapie wygląda to prosto, Jacht „Selma” wyruszy z argentyńskiego portu Ushuaia (Ziemia Ognista) i obierze kurs na Przylądek Horn. Skalisty cypel to od kilku wieków przekleństwo żeglarzy. Pogoda jest tam zawsze zła, a wiatry zawsze silne i lodowate. Fale sięgają nieraz 30 metrów. Na dno poszło tam łącznie 800 statków. Ten trudny odcinek załoga chce pokonać w ciągu kilkunastu dni. Meta znajduje się w Punta Arenas („przylądek piaszczysty”) – chilijskich wrotach na Pacyfik.

(graf. tvp.info)

Słynne regaty

Po pokonaniu Przylądka Horn załoga wpłynie na Ocean Spokojny, a kilka miesięcy później dotrze do Australii. To stamtąd (z Sydney) jacht Piotra Kuźniara i jego polsko-czeskiej załogi skieruje się na Tasmanię (uczestnicząc w 70. edycji Regat Sydney-Hobart), a potem na antarktyczne Morze Rossa – starając się pobić rekord żeglugi pod żaglami.

(graf. tvp.info)

Na Antarktydzie nie ma prezesów

Morze Rossa – główny cel wypraw – stanowi część Oceanu Południowego. Do najdalszych jego zakątków można wpłynąć tylko przez kilka tygodni w roku. Ponad połowę powierzchni morza stanowi ogromny szelfowy lodowiec, od którego odrywają się wielkie lodowe bloki. Niektóre z nich mają wielkość wysp. Największy – Jamajki.



– Jak przychodzą wiatry od lodowca szelfowego, to temperatura latem spada do minus 10-20 stopni – mówi Piotr Kuźniar. A wieje często i mocno. Huragany łamią maszty i zrywają żagle. Zdarza się, że prędkość wiatru osiąga 200 km/h. W takich warunkach po kilku dniach pokornieją nawet najtwardsi.

– Tam, gdzie jedziemy, czujesz się bardzo małym elementem tego świata. Jest on prosty i surowy. Musisz zawalczyć, żeby się przespać, coś zjeść. Podajesz komuś gorącą herbatę i to jest ważne wydarzenie. Mierzysz się ze sobą, widzisz swoje słabości, ale jednak dajesz radę – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Piotr Kuźniar – opadają maski. Przestajemy być kierownikami, mężami, jesteśmy tylko my, w mokrych ciuchach, z chorobą morską, zmęczeniem – dodał w rozmowie.



Wyprawa potrwa cały rok, a jej główny etap ponad 3 miesiące. Żeglarze chcą zakończyć przygodę w marcu 2015 r. w Nowej Zelandii.

Już od poniedziałku na portalu tvp.info będziemy codziennie informować o rejsie. Znajdziecie u nas nie tylko relacje żeglarzy, ale także zdjęcia i materiały wideo.

(graf. tvp.info)

Zobacz więcej