TYLKO U NAS

Masakra w Gamie – jatka, za którą nikt nie zostanie ukarany

aktualizacja: 09:58 wyślijdrukuj
Strzelanina w Gamie była najkrwawszą gangsterską masakrą w stolicy (fot. policja)

Pięciu mężczyzn leżało na podłodze restauracji Gama. Krew wypływająca z licznych ran postrzałowych, mieszała się z wodą z podziurawionego kaloryfera, a ta mikstura wpływała na talerze z pierogami, które tuż przed śmiercią jedli dwaj bossowie „Wołomina” i trzej pomniejsi gangsterzy. W powietrzu unosił się zapach prochu. Tak 15 lat temu wyglądało miejsce największej mafijnej masakry w stolicy. Wszystko wskazuje na to, że w ciągu kilku tygodni śledztwo w tej sprawie zostanie umorzone.

– Śledztwo w sprawie zabójstwa pięciu osób w restauracji Gama na warszawskiej Woli zbliża się do końca. Został nam do przesłuchania tylko jeden świadek i od jego zeznań będzie zależeć, jakie podejmiemy dalsze kroki. Nie chcę jednak spekulować, czy sprawa będzie umorzona, czy też możliwe jest przedstawienie komuś zarzutów – mówi portalowi tvp.info prok. Radosław Wasilewski, naczelnik wydziału śledczego stołecznej prokuratury okręgowej.

Ten tajemniczy świadek, to osoba znana w półświatku, która przez kilka ostatnich lat unikała kontaktów z wymiarem sprawiedliwości. Wiele wskazuje na to, że wie ona wiele o kulisach największej gangsterskiej masakry w stolicy. Jednak, co prokuratorzy przyznają nieoficjalnie, raczej nie można się spodziewać, że jego zeznania doprowadzą po 15 latach do postawienia komukolwiek zarzutów w tej dramatycznej sprawie. Można się spodziewać, że w ciągu kilku tygodni śledztwo zostanie umorzone. Planowano to kilka miesięcy temu, ale zmienił się referent sprawy, który chciał raz jeszcze dokładnie przeanalizować akta.

Rozłam w „Wołominie”

Strzelanina w restauracji Gama była punktem kulminacyjnym „bratobójczej” walki między członkami gangu wołomińskiego. Rozłam w jednej z najpotężniejszych grup przestępczych w Polsce, mylnie kojarzonej z braćmi Niewiadomskimi, zaczął się pod koniec 1998 r. Według informacji operacyjnych policji punktem przełomu było zabójstwo w styczniu 1998 r., Andrzeja G. ps. Junior. W dniu śmierci odwiedził on bossów „Wołomina” Mariana K., ps. Maniek i Ludwika A., ps. Lutek w ich kantorze w przejściu podziemnym w pobliżu Dworca Centralnego. Ponoć miał im złożyć „propozycję nie do odrzucenia” od Jeremiasza Barańskiego, ps. Baranina, który chciał, aby wymienieni mafiosi z nim współpracowali. Obaj, starzy recydywiści, mieli odpalić, że nie będą pracować dla konfidenta. Niedługo potem kiler zabił „Juniora”.

Jesienią 1998 r. „Baranina” rzekomo znalazł swojego nowego reprezentanta na Polskę. Miał nim być zaufany członek gangu „Mańka” – Karol S., ps. Karol. – „Baranina” wykorzystał fakt, że część młodych gangsterów, skupionych wokół „Karola”, chciało więcej zarabiać i być bardziej samodzielnymi. Doszło do jakiegoś incydentu między „Mańkiem” i „Karolem” i wojna była już tylko kwestią czasu – opowiada emerytowany funkcjonariusz stołecznego wydziału zabójstw Komendy Stołecznej Policji.

„Baranina” wykorzystał fakt, że część młodych gangsterów, skupionych wokół „Karola” chciało więcej zarabiać i być bardziej samodzielnymi. Doszło do jakiegoś incydentu między „Mańkiem” i „Karolem” i wojna była już tylko kwestią czasu
Samochód Mariana K. chwilę po wybuchu bomby (fot. TVP)

A więc wojna

Za początek wojny przyjmuje się wybuch bomby pod samochodem „Mańka”, który miał miejsce 14 grudnia, ok. godziny 20.30. na parkingu przed hipermarketem Geant przy ul. Jubilerskiej na warszawskiej Pradze. Ładunek wybuchł, gdy Piotr L. –kierowca i ochroniarz Mariana K., uruchomił auto. L. został ranny. Niedługo potem wyjechał na Zachód, gdzie został zatrzymany podczas próby przemytu kilku ton haszyszu. To zapewne uratowało mu życie, bo do tej pory nigdy nie opuszczał swojego pryncypała. Policja musiała sprawdzić auto drugiego bossa Ludwika A., ps. Lutek, który bał się, że pod jego samochodem również może być ukryta bomba.

W styczniu 1999 r. „Karol” i jego grupa uderzyli ponownie. 6 stycznia 1999 r. przy skrzyżowaniu ul. Trawiastej z IV Porzeczną w Aninie miało miejsce spotkanie kilku wołomińskich gangsterów. Prym wiódł na nim Piotr W. ps. Kajtek, jeden z adiutantów „Mańka”. Ferajna szukała rozwiązania problemu secesji. Ponoć „Kajtek” wszedł w komitywę z jednym z watażków gangu markowskiego – Krzysztofem K., ps. Baniak. Nagle na ulicy pojawił się dodge stratus. Z okien auta wysunęły się lufy, które plunęły ogniem w kierunku zebranych. Kilkanaście kul dosięgło „Baniaka”, który skonał na miejscu. Inny gangster „Garnek” dostał kilkanaście postrzałów. Cudem wyżył. Ferajna zmieniła mu pseudonim na „Durszlak”.

Już 20 marca cyngle „Karola” zaatakowali ponownie „Kajtka” w pobliżu restauracji TGI Friday’s. Tym razem skutecznie. Jednak poza wołomińskim gangsterem, zginął przypadkowy przechodzień, pracownik Teatru Wielkiego. Zamachu dokonali wg. prokuratury Karol S. „Karol”, Paweł J. „Japa”, Andrzej M. „Niuniek”, Robert B. „Bieniasty” i Cezary R. „Popo””.

Dobry dzień na śmierć

Te potyczki doprowadziły do krwawego finału w Gamie. 31 marca 1999 r. był ciepłym, słonecznym dniem. Gama – słynąca z dobrych pierogów restauracja – była ulubionym miejscem pracy „Mańka”. Boss słynął z tego, że zawsze był elegancki i szarmancki wobec kobiet. Nawet w areszcie nie tracił rezonu. Od rana, razem z „Lutkiem” załatwiali swoje interesy. Ludwik A. to z kolei typowy „prażanin”. Zakpił kiedyś z policji, doprowadzając do zniknięcia kilkuset litrów przemycanego spirytusu pilnowanych przez funkcjonariuszy. W Gamie bossowie rozmawiali m.in. o sprzedaży gruntów pod hipermarkety, spotykali się z reprezentacjami innych gangów. A przez Gamę przeszły całe pielgrzymki różnych typów z półświatka.

Bossom towarzyszył Olgierd W. ps. Łysy, który był ochroniarzem i kierowcą Mariana K. Dwóch innych ochroniarzy, „Maniek” z niewiadomych powodów, puścił na miasto. Po południu dołączyli do bossów Piotr Ś. Ps. Kurczak i Mariusz Ł. Ps. Piguła. Według policji „Maniek” zlecał im właśnie wyeliminowanie „Karola” i jego najwierniejszych ludzi. Miał nawet zdjęcia celów, które znaleziono później w zakrwawionej marynarce bossa.

Przed godz. 13 do Gamy weszło trzech kilerów. Świadkowie spierali się później, czy byli zamaskowani. Jedni mówili, że mieli na sobie jakieś mundury, inni – że kombinezony. Wszyscy są zgodni co do tego, że byli uzbrojeni po zęby. Kilerzy weszli do lokalu, minęli obsługę i poszli szybkim krokiem do drugiej sali. Na widok zebranych dali ognia z broni maszynowej, strzelby myśliwskiej i pistoletu. „Maniek” i jego druh „ Lutek” zginęli podziurawieni kulami. Podobny los podzieliła pozostała trójka. Mordercy uciekli szarym polonezem. Cudem nie zginął nikt z przechodzących obok Gamy.

Polowanie na kilerów

Kilka dni po masakrze, w mieszkaniu przy ul. Obozowej w Warszawie, policja odkryła bandycki arsenał: pięć karabinów maszynowych, trzy pistolety oraz dwie bomby. Znaleziona tam broń była użyta m.in. do zabójstwa „Baniaka”.

Pod koniec lipca antyterroryści ujęli Karola S. i czterech jego kompanów. Boss schował się w specjalnym schowku i policjanci odkryli go dopiero po dwóch godzinach przeszukiwania mieszkania. Paweł J. „Japa” próbował wyrzucić pistolet z tłumikiem. Wpadli też Robert B. „Bieniasty”, Cezary R. „Popo” i Andrzej M. „Niuniek”. Zatrzymania uniknął Andrzej T. ps. Tyburek, który wpadł dopiero w listopadzie 2009 r. Rok później „Karol” i członkowie jego gangu zostali skazani za zabójstwa „Baniaka” i „Kajtka”. Nigdy nie usłyszeli zarzutów związanych z masakrą w Gamie. „Popo”, który zaczął już mięknąć i przerwał zmowę milczenia, został zapewne zaszczuty przez kompanów z aresztu i zabił się w swojej celi.

Jacek K. ps. Klepak, syn „Mańka” miał nawet rzekomo wyznaczyć nagrodę za wytropienie zabójców ojca. W dość gwałtowny sposób zginęło kilku kompanów „Karola”. Jednak młodemu bossowi nie dane było zbyt długo przeżyć ojca. 17 sierpnia 2002 r. w barze Okoń w Mikołajkach bawiło się wówczas kilku wołomińskich gangsterów, w tym sam „Klepak”. Młody boss ukrywał się przed policją, polująca na jego bandę. Do siedzących „wołominiaków” podeszło trzech mężczyzn, którzy wyciągnęli broń i zaczęli strzelać. Jacek K. zginął na miejscu. Po zabiciu „Klepaka” mordercy rzucili się do ucieczki. W pogoń za nimi ruszył policjant Marek Cekała, zaalarmowany krzykami świadków strzelaniny. Mordercy zastrzelili go i uciekli.

Bez wyroku

Karol S. ps. Karol, Paweł J. ps. Japa, Andrzej M. ps. Niuniek oraz Robert B. ps. Bieniasty, zostali w lutym 2013 ostatecznie skazani na kary dożywocia za strzelaniny przed warszawską restauracją Friday's oraz w Aninie. Żaden z nich nigdy nie przyznał się do zarzutów. Także do jakichkolwiek związków z masakrą w Gamie. Zdaniem policji sam „Karol” nie brał udziału w rzezi, ale ją zlecił i koordynował. Zabrakło jednak dowodów, pozwalających na postawienie kogokolwiek przed sądem. Nie jest pewne, czy kiedykolwiek uda się skazać kogokolwiek za rzeź w Gamie. Aby tak się stało, jeden z członków bandy Karola S. musiałby przerwać zmowę milczenia. A ci, którzy wiedzieli najwięcej już nie żyją.

Wybrane dla Ciebie