Na Wembley o honor i nadzieję

aktualizacja: 04:00 wyślijdrukuj
Mecz Anglia - Polska na Wembley w 1973 r. oglądał cały świat (fot. arch. PAP/EPA/Peter Robinson)

Wokół tych meczów działo się właściwie wszystko. Piłkarze zostawali sportowcami roku, gole zdobywano rękami, a kiedyś nastąpił nawet... koniec świata! We wtorek, na londyńskim Wembley, Anglia zagra z Polską w eliminacjach mistrzostw świata 2014. Równo 40 lat temu biało-czerwoni wyrzucili rywali za burtę mundialu. Teraz zagrają tylko o honor i nadzieję na lepszą przyszłość. A na trybunach pojawi się... gigantyczna szachownica. Tak kibice znad Wisły chcą oddać hołd polskim lotnikom, poległym w Bitwie o Anglię. Patronat nad akcją objęła TVP Info.

„Lato... W środku mamy dwóch zawodników, proszę Państwa Grzegorz Lato... Sam McFarland, ucieka teraz Gadocha... Domarski... Gol! Gooool! Proszę Państwa! Sensacja na Wembley! Dziesiąta minuta gry drugiej połowy, 1:0 dla polskiej drużyny na Wembley! 400 milionów ludzi, siedzących przed telewizorami, przeciera ze zdumienia oczy!” – ryczał do mikrofonu niezapomniany redaktor Jan Ciszewski, a te słowa do dziś pamięta chyba każdy kibic.

Był 17 października 1973 roku. Polacy kończyli niezwykle udane eliminacje MŚ 1974 r. Wcześniej ograli Anglików w Chorzowie (2:0 to dotąd jedyne zwycięstwo z tym rywalem), po drodze uporali się z Walijczykami i pierwszy powojenny awans na mundial był o krok. Dawał nam go remis.

„Wyzywali nas od clownów”

Ale Anglicy byli pewni swego. – Wyzywali nas od clownów, myśleli, że strzelą Polaczkom na dzień dobry trzy gole i potem zaczną się bawić – wspominał po latach Jan Tomaszewski. To on został bohaterem wieczoru, gdy w bramce dokonywał cudów po strzałach gospodarzy. – Gdy przed hymnami słyszeliśmy te przeraźliwe gwizdy i okrzyki „animals” („zwierzęta” – przyp. red.) to modliłem się, żeby nie przynieść tam wstydu – dodawał legendarny golkiper, który dziś jest posłem.

Polska drużyna była wówczas na ustach całego piłkarskiego świata, bo mogła wyeliminować z walki o MŚ czempionów globu sprzed siedmiu lat. Stawka była olbrzymia, a to elektryzowało nie tylko polskich i angielskich kibiców. Mecz na Wembley transmitowano do 24 krajów.

W kraju wyludniły się ulice, a tygodnik „Sportowiec” donosił, że transmisję z meczu puszczono nawet w... samolocie z Wrocławia do Warszawy, bo pasażerowie nie mogli wytrzymać godziny w przestworzach, bez wieści z Londynu.

Od początku to Anglicy ruszyli do ataku, niesieni dopingiem 100 tysięcy widzów. Bramka Tomaszewskiego była bombardowana jak na froncie, a nasz golkiper od pierwszych minut musiał grać z kontuzją dłoni, po ostrym wejściu rywala. Polacy rozpaczliwie się bronili, ale przetrwali angielską nawałnicę. Po przerwie zaczęli coraz śmielej kontrować. Jedna z takich akcji przyniosła nam gola, chyba najsłynniejszego w dziejach polskiej piłki. Jan Domarski przeszedł do historii, choć był to raptem jego drugi gol w narodowych barwach i, jak się potem okazało, ostatni. – Dzięki tej bramce ludzie o mnie pamiętają. Inaczej dziennikarze nie dzwoniliby do mnie za każdym razem, gdy gramy z Anglią. Przykro mi tylko, że kolejne pokolenia piłkarzy nie mogą nawiązać do naszych wyników sprzed lat – powtarza Domarski, którego czasem już nieco męczą pytania o słynnego gola.
Polska prowadziła na Wembley 1:0, choć gdyby przegrywała 0:5, nikt by nie miał prawa się dziwić. Niedługo potem gospodarze wyrównali jednak z rzutu karnego. Wynik 1:1 wciąż jednak premiował Orły Górskiego. I to przyjezdni mogli przechylić szalę na swoją korzyść. W końcówce mieli znakomitą sytuację. Niestety wychodzącego „sam na sam” z angielskim bramkarzem Latę powalili obrońcy. Rywale powinni kończyć w dziesięciu, ale wówczas za faule taktyczne nie karano jeszcze czerwoną kartką.

„Nie taki diabeł straszny”

Ostatnich minut nie oglądał już trener Kazimierz Górski. – Pomyślałem sobie tak: zaraz jest koniec meczu i ruszyłem w kierunku narożnika boiska. Idę więc w kierunku chorągiewki, a tymczasem mecz trwa dalej! Sędzia przedłużył go o trzy minuty. Doszedłem już do narożnika, później stałem za bramką Tomaszewskiego, i widziałem jak Bulzacki i Szymanowski wybijają piłkę z linii bramkowej – mówił potem legendarny selekcjoner.

Legenda głosi, że gdy po pierwszej połowie rozemocjonowani gracze wparowali do szatni, on ze stoickim spokojem wypalił: – No i jak panowie, nie taki diabeł straszny, jak go malują .

PAP/EPA/Peter Robinson
Jan Tomaszewski zatrzymał Anglię (fot. arch. PAP/EPA/Peter Robinson)

Remis stał się faktem. Polska pierwszy raz od 1938 roku miała zagrać na MŚ 1974 w Niemczech. Dla Anglików był to szok. Gazeta „The Sun” dała na pierwszej stronie wielki tytuł „Koniec świata!”. Brytyjscy dziennikarze określili Jana Tomaszewskiego „człowiekiem, który zatrzymał Anglię”, a posadę stracił słynny trener Alf Ramsey, który siedem lat wcześniej doprowadził Synów Albionu do mistrzostwa świata. Polska zaś, choć w Londynie nigdy potem już nie uniknęła porażki, pół roku później zajęła na mundialu trzecie miejsce, choć to już inna opowieść...
Co ciekawe, w kolejnych latach aż osiem razy Polska wpadała na Anglię w eliminacjach czy to mistrzostw świata, czy mistrzostw Europy, a także w finałach MŚ. Niestety już nie udało nam się wyprzedzić przeciwników w grupie, choć wiele spotkań również przeszło do historii.



Na Wembley zagraliśmy jeszcze pięć razy. Na przełomie lat 80. i 90. ponosiliśmy w Świątyni Futbolu dotkliwe klęski, a na bramkę tam czekaliśmy aż do 1996 roku. 9 października do Londynu przyjechała kadra Antoniego Piechniczka, która rozpoczynała eliminacje MŚ 1998.

Faworytem nie byliśmy, ale wszyscy liczyli, że zadziała magia trenera Piechniczka, który drugi raz objął kadrę, a za pierwszym razem wywalczył III miejsce na MŚ w Hiszpanii.

Po kilku pierwszych minutach kibice przecierali oczy ze zdumienia. Prowadziliśmy sensacyjnie 1:0 po trafieniu Marka Citki. Komentujący mecz Dariusz Szpakowski krzyczał wtedy, żeby wołać sąsiadów, dzwonić do znajomych, żeby wszyscy włączali telewizory. Biało-czerwoni grali odważnie i dobrze. Pewnie by nie przegrali, gdyby nie średnia postawa bramkarza Andrzeja Woźniaka, który łatwo puścił dwa gole.

Kraj obiegła wtedy prawdziwa „citkomania”, a skromny piłkarz łódzkiego Widzewa został sportowcem roku TVP w głosowaniu audio-tele. Niestety, mimo dobrych momentów, eliminacje zostały przegrane.

Polski lider na Wembley

Na uwagę zasługuje też ostatni nasz dotąd mecz w Świątyni Futbolu, przed jej gruntowną modernizacją, która miała miejsce w połowie poprzedniej dekady.

27 marca 1999 roku na Wembley Polacy, kierowani przez trenera Janusza Wójcika, zmierzyli się z odwiecznymi rywalami w eliminacjach Euro 2000. Jechali tam jako liderzy grupy, po dwóch okazałych zwycięstwach z Bułgarią i Luksemburgiem.

Kibice pamiętają pewnie najlepiej bramkę Jerzego Brzęczka, który ucałował po niej orzełka na koszulce. Szkoda tylko, że był to gol na 1:2... Bohaterem meczu został wtedy kto inny, zawodnik Manchesteru United Paul Scholes, nazwany w mediach po spotkaniu „piłkarzem kompletnym”. Wszystko dlatego, że strzelił nam trzy gole: głową, nogą i niestety... ręką. Eksperci wypominali później trenerowi Wójcikowi bojaźń i przeraźliwie defensywną taktykę, która już po kilkunastu minutach wzięła w łeb, gdy rywale prowadzili 2:0. Na Euro 2000 Polacy nie pojechali, choć na koniec zmagań mieli tyle samo punktów co Anglicy.
W eliminacjach MŚ 2014 Polacy grają bardzo słabo... (fot. PAP/Radek Pietruszka)
Tragiczne eliminacje

Teraz reprezentacja Polski AD 2013 meczem z Anglią finiszuje w zakończonych klęską, eliminacjach MŚ 2014. Zespół Waldemara Fornalika zaprezentował się w nich tragicznie, a kompromitacja goniła kompromitację. Okazało się, że szkoleniowiec, który w polskiej lidze potrafi zostać wicemistrzem kraju z przeciętnym chorzowskim Ruchem, chyba nie nadaje się jeszcze do rywalizacji na międzynarodowej arenie.

Mając średniej klasy rywali, którzy z pewnością dla wielu europejskich zespołów byliby tylko tłem, zespół Fornalika, mający w składzie kilku graczy wybitnych, potrafił w starciach o punkty pokonać tylko San Marino (dwa razy) i Mołdawię (raz). Fakt, że dla tych pierwszych przeciwników gol z nami był premierowym od... pięciu lat, również zasługuje na podkreślenie.

Spyta ktoś, kiedy zatem Polacy wygrali mecz o punkty z poważnym rywalem na wyjeździe? Było to dawno, bo aż w listopadzie 2007 roku, czyli sześć(!) lat temu. Wówczas 1:0 wygraliśmy w Brukseli z Belgią. Tamte eliminacje zakończyliśmy spektakularnym awansem. Ale od owego listopada 2007 roku w eliminacjach Euro 2008, a potem MŚ 2010 i MŚ 2014 na wyjazdach udało nam się zdobyć trzy punkty ze wspomnianym już San Marino oraz z Azerbejdżanem. Czy ktoś jeszcze wierzy w londyńską wiktorię?

Anglicy tracą głowę

Jakie są zatem przesłanki, że właśnie we wtorek na Wembley ma być inaczej? Ano Anglicy, aby awansować, muszą wygrać (bo w równoległym meczu Ukraina na pewno pokona San Marino). Inaczej skazują się na baraże, a tam różnie być może...

A historia pokazuje, że jeśli Synowie Albionu muszą zwyciężyć, to zwykle spalają się psychicznie. Przykłady można mnożyć. Poddanych Elżbiety II zabrakło m.in. na Euro 2008. Na koniec eliminacji grali u siebie z pewną awansu Chorwacją, której piłkarze przyjechali nad Tamizę poopalać się i zrobić zakupy na Times Square. I co? Po kwadransie Anglicy przegrywali 0:2. Co prawda potem doprowadzili do upragnionego remisu, ale i tak 3:2 wygrali goście.



Podobnie było w 1999 roku. Wtedy hegemonem grupy eliminacyjnej byli Szwedzi, a Anglicy bili się o drugie miejsce z... Polską. I w Warszawie kończyli tamte eliminacje. Gdyby wygrali, mieliby baraże. Ale znów zawiodła psychika. Goście kończyli w dziesiątkę, po chamskim zachowaniu jednego z zawodników i to biało-czerwoni byli wtedy bliżsi zwycięstwa.

Ostatecznie było 0:0. Oba zespoły miały tyle samo punktów, ale to Polaków czekał jeszcze mecz w Sztokholmie. Gdyby Szwedzi chcieli się pozbyć angielskich rywali, to pewnie by zremisowali i my walczylibyśmy w barażach o Euro 2000. Ale zawodnicy Trzech Koron postawili na fair play i koncertowo nas ograli. Anglicy mogli odetchnąć.

A tę historyczną wyliczankę zakończmy może w 1993 roku. Anglia zagrałaby na MŚ 1994 w USA, gdyby zremisowała z Holandią na wyjeździe. Tak się jednak nie stało, 2:0 wygrali gospodarze i to oni cieszyli się z awansu.

Dla Polski wtorkowy mecz będzie pierwszym na zmodernizowanym Wembley. Nasi zawodnicy grają o honor, prestiż i... punkty do rankingu UEFA. Jeśli wygrają, mają szansę na wskoczenie do trzeciego koszyka przed losowaniem eliminacji Euro 2016. Oznaczałoby to tylko dwóch, teoretycznie silniejszych rywali. Inaczej wylądujemy w koszyku czwartym, a o awans na kolejne ME będzie jeszcze trudniej.
Ale biało-czerwoni grają też dla kibiców. Już słychać plotki, że co najmniej 1/3 stadionu będzie miała polskie barwy narodowe. Fani przygotowali też niespodziankę, której pomysłodawcą jest stowarzyszenie Hurricane of Hearts, czyli Huragan Serc. Jej członkowie starają się tworzyć pomosty między Polakami, a pozostałymi mieszkańcami Wysp Brytyjskich, organizując różne kulturalne imprezy.

Wielka flaga

Teraz wymyślili, że przy okazji meczu Anglia - Polska na trybunach Wembley pojawi się ogromna flaga w formie biało-czerwonej szachownicy. Ta ma nawiązywać do oznakowania polskich samolotów, walczących w Bitwie o Anglię, w 1940 r. Organizatorzy chcą przypomnieć, że żołnierze polscy i brytyjscy walczyli ramię w ramię, a oba narody wiele łączy. Patronat nad akcją objęła TVP Info.

Czy flaga poniesie naszych piłkarzy do triumfu? Transmisja meczu w Telewizji Polskiej, na antenach TVP1 i TVP Sport. Początek o godz. 21.

Wybrane dla Ciebie